Andrzej Meller o "Prepersach": Ten serial daje do myślenia [WYWIAD]

Andrzej Meller – reporter, podróżnik i korespondent wojenny, który miał okazję być w najbardziej zapalnych punktach świata – na Kaukazie, Sri Lance, w Afganistanie i Libii, poprowadzi cykl "Prepersi - gotowi na wszystko" w Fokus TV. Nam opowiedział o idei preperingu i wyjaśnił na czym polega ten ruch. Zdradził też, czy sam się do niego zalicza. Kim są polscy prepersi? Przed czym się zabezpieczają, a czego najbardziej się boją? Przeczytajcie wywiad z Andrzejem Mellerem!

Andrzej Meller (prywatnie brat Marcina Mellera, dziennikarza TVN i felietonisty "Newsweeka") od 20 lat podróżuje po świecie. Pracował jako reporter wojenny na Kaukazie, w Afganistanie, Pakistanie, na Sri Lance i w Libii. Napisał dwie książki: "Miraż. Trzy lata w Azji" oraz "Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki", kolejna - o Wietnamie, ukaże się w 2016 r. Od lat związany jest z "Tygodnikiem Powszechnym", ale jego teksty publikowane są także w innych gazetach i magazynach. Uczestnictwo w programie poświęconym polskim prepersom potraktował nie tylko jak kolejne wyzwanie zawodowe, ale także jako możliwość doskonalenia własnych umiejętności.

Telemagazyn.pl: Kim są prepersi?
Andrzej Meller: Prepersi to ruch, który powstał w Stanach Zjednoczonych. To ludzie, którzy obawiają się kryzysów cywilizacyjnych, wojen, zamachów stanu, a nawet biedy. Do tego dochodzi też koniec świata czy atak zombie. Chcą być przygotowani na każdą ewentualność. W różnych miejscach na świecie robią to w trochę inny sposób. Jeśli chodzi o polski preperyzm, zakres spraw, których można się obawiać jest nieco węższy. W Polsce duży wpływ na lęki prepersów ma obecna sytuacja geopolityczna w naszej części świata – wojna na Ukrainie, zajęcie Krymu przez Rosjan, konflikt z prorosyjskimi separatystami w Donbasie, a także kryzys związany z uchodźcami. Istnieje spora obawa przed Rosjanami. Z drugiej strony, preperyzm to także reakcja na biedę - na to, że w nieoczekiwanym momencie można stracić pracę.

Prepersi gromadzą też zapasy, aby mieć co jeść w przypadku trwałego bezrobocia?
Tak. Gromadzą zapasy, albo pokazują, jak przeżyć i zdobywać pożywienie w warunkach naturalnych. W jednym z odcinków „Prepersów” poznamy ludzi, którzy zabiorą nas do polskiego lasu. Tam będą jeść zupę z pokrzyw, koniki polne i pić sok z kory brzozy. Zaprezentują zastosowania różnego rodzaju produktów, o których większość z nas nie ma pojęcia. Okazuje się więc, że prepersi w Polsce to są ludzie, którzy nie przyzwyczają się do dobrobytu. Oni istnieją od dawna, ale dopiero teraz nazywa się ich w ten sposób. Wcześniej to być może byli po prostu harcerze, w pewnym sensie survivalowcy, a także paramilitaryści. Jeszcze do niedawna Polacy w ogóle byli narodem prepersów. Konspiracja, szukanie alternatywnych rozwiązań, życie podziemne – to wszystko było wokół nas. Za sprawą globalizacji, szybkiego tempa życia, to się zmieniło. Można powiedzieć, że ci nasi prepersi w serialu mają takie trzecie oko, dzięki któremu podświadomie wyczuwają zagrożenie. Cały czas mają włączoną czujność.

Gdzie znaleźliście polskich prepersów? Jakie jeszcze umiejętności zaprezentują w serialu?
Serial nagrywaliśmy na Warmii, Mazurach, pod Opolem, w Warszawie, Skierniewicach. Odcinki są podzielone tematycznie, m.in. żywność, broń, infrastruktura. Pokażemy schrony, które powstały jako bunkry jeszcze w czasach pruskich, przećwiczymy ewakuację na wypadek zagrożenia, zaznaczymy, w co należy się zaopatrzyć i jak zagospodarować taki schron. U nas to może brzmieć dziwnie, ale np. na Kaukazie w każdym domu jest schron, a w Czeczenii domy to twierdze z wysokimi murami. Każdy z naszych prepersów ma inną pasję. Byliśmy u osób, które mają potężne arsenały broni i lubią w weekendy sobie postrzelać. Niektórzy są myśliwymi, a niektórzy po prostu trenują strzelanie z ostrej amunicji. Jedna z bohaterek - wykładowca Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, ma natomiast ogromną wiedzę na temat ziół i ich zastosowania. Dla ludzi mieszkających np. na Syberii jest to wiedza absolutnie normalna, ale dla nas w Polsce, gdzie żyje się względnie dostatnio i gdzie technologia idzie szybko do przodu, taka wiedza może być abstrakcją. Ludzie zapominają podstawowych umiejętności, nie wiedzą, jak rozpalić ognisko, jeśli nie wpiszą sobie tego w Google. A przecież nigdy nie wiadomo, kiedy to może się przydać. Najlepszym tego przykładem jest właśnie Ukraina, gdzie ludzie z dnia na dzień musieli zmienić myślenie i sprostać rzeczywistości, której nigdy nawet sobie nie wyobrażali. Jedziemy też do czterech prepersów w Ontario w Kanadzie. Chcemy pokazać nieco inny rodzaj preperingu – trochę na wyższym poziomie.

Jak to się stało, że to właśnie Ty zostałeś prowadzącym cykl "Prepersi – gotowi na wszystko"?
To trochę wynik przypadku. Dostałem taką propozycję od producenta, a słyszałem o ruchu prepersów jeszcze w czasach, gdy przez krótki czas chodziłem do szkoły średniej w USA. Poza tym od ponad 20 lat jeżdżę po świecie, wyruszam w podróże, które może nie są nastawione na survival, ale siłą rzeczy w ostateczności stają trochę survivalowe. Dla niektórych mogą wydawać się nawet ekstremalne. Ja nie jestem prepersem, ale jeździłem do dzikich miejsc, w których nie było rozwiniętej na szeroką skalę turystyki, np. na Syberię czy Kaukaz. Chodziłem po górach, byłem obecny na wojnach – na Sri Lance, w Afganistanie, Pakistanie, w Libii. Mieszkałem w Indiach, w Wietnamie. Podróżowanie i mieszkanie w tych miejscach, w szczególności w Azji Południowo-Wschodniej, sprawia, że człowiek nabiera umiejętności, które dla Europejczyka mogą wydawać się niepotrzebne w codziennym życiu.

Większość swojego życia spędziłeś więc poza Polską?
Odkąd jestem pełnoletni dużo podróżuję. Nawet w czasie studiów, ciągle gdzieś jeździłem. W lato wyruszałem na Syberię, potem robiłem badania terenowe na Ukrainie. Studiowałem antropologię kulturową, w tym czasie trwała wojna w Czeczenii, wcześniej obijały mi się o uszy wojny w Abchazji, Osetii, Tadżykistanie, bo mój brat jeździł na Kaukaz jako reporter. Zacząłem się tym mocniej interesować, dużo czytałem i powoli stawałem się dziennikarzem. Niektórzy twierdzą nawet, że zaliczam się do grupy reporterów ekstremalnych, ja tak nie uważam. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że z punktu widzenia Warszawy, to co dzieje się w miejscach, w których byłem, może być ekstremalne. Sama wojna na pewno jest ekstremalna.

Obecność na wojnie musiała wymóc na Tobie, abyś był gotowy na wszystko – tak jak to się dzieje w przypadku prepersów...
Faktycznie, jeszcze zanim pojechałem na wojnę, byłem dobrze przygotowany jako dziennikarz. Mam studia, znam kilka języków, od dawna jeżdżę w teren. Ważne jest też to, że na wojnę jedzie się z pasji, a nie tylko dlatego, że szef każe ci jechać. Sposobu zachowania w sercu konfliktu nie da się jednak nauczyć. Mnie zawsze interesowały konflikty etniczne i zawsze były gdzieś koło mnie, ale teoria a praktyka to coś zupełnie innego. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, co działo się w Czeczenii. To był bodziec, który ostatecznie popchnął mnie w tę stronę. Przez ostatnie trzy lata mieszkałem w Wietnamie – to także wymagało specyficznego podejścia do życia i wszystkiego, co działo się wokoło. Tam każdy jest prepersem, ale nikt tak siebie nie nazywa.

Nauczyłeś się czegoś nowego na planie "Prepersów"?
W związku z tym, o czym powiedziałem wcześniej, niektóre umiejętności już posiadałem, ale w czasie nagrań wiele musiałem sobie przypomnieć. Nie jestem Bearem Gryllsem, ale żyję w sposób, który lubię i obserwując prepersów byłem mniej zdziwiony niż niektórzy mogliby być.

Czy to nie jest tak, że prepersi naprawdę mają nadzieję, że kiedyś te umiejętności mogą im się przydać?
Myślę, że tak. Sam jestem ciekawy, jak oni zachowaliby się "w akcji", w sytuacji faktycznego zagrożenia. Z doświadczenia wiem, że nie jest to proste. W 2008 r., gdy zaczynała się wojna w Gruzji, pojechałem tam i niedaleko mnie spadła pierwsza bomba. Szyby wyleciały z okien, kobiety i dzieci zaczęły krzyczeć, a ja byłem tak przerażony, że nie wiedziałem co robię. Biegałem po mieście, szukając wejść do piwnic, aby się schować. To zupełnie nie miało sensu, ale wtedy o tym się nie myśli. Ciekawy jestem, co zrobiliby nasi prepersi, jak by się zachowali. Wiem tylko, że dwóch z naszych bohaterów rzeczywiście miało w swoim życiu doświadczenie bojowe, w tym jeden w Afganistanie – i to widać od razu.

Prepersi mają rodziny? Jak żyją na co dzień?
To normalni ludzie, z tym, że totalnie wkręceni w prepering. W większości przypadków wynika to z hobby, które posiada głowa rodziny. To nie jest pasja niebezpieczna, nikt nikomu nie wadzi. Głównie to silni faceci w średnim wieku, którzy chcą zapewnić bezpieczeństwo swoim rodzinom w razie zagrożenia. Są też kobiety –twarde kobiety, w tym jedna, która pracowała jako ratownik po tajfunie Haiyan na Filipinach w 2013 r. Często prepering jest niedaleko pracy, którą wykonują na co dzień.

Wspomniałeś, że mieszkałeś w Wietnamie. Teraz piszesz o nim książkę. Co będziemy mogli w niej znaleźć?
Spędziłem trzy lata w Wietnamie, ale nie planowałem tego. Pisałem stamtąd reportaże do "Tygodnika Powszechnego", ale napisanie książki wydawało mi się bardzo trudne. Wydawnictwo Znak zaproponowało jednak, aby powstała książka o białym człowieku, który przyjeżdża do Wietnamu i powoli wtapia się w ten kraj – uczy się ludzi i wciąż czegoś poszukuje. W gruncie rzeczy, w Wietnamie żyje się bardzo dobrze – jest świetna pogoda, jest tanio, a ludzie najczęściej są bardzo przyjaźni. Zdarzają się jednak sytuacje na ostrzu noża. Dla obcokrajowca życie tam jest o tyle trudne, że ciężko jest się porozumieć. Nie znam języka wietnamskiego, mimo że się uczyłem. To język tonalny, a to oznacza, że każde słowo, w zależności od akcentu, w którym się je wymawia, ma kilka znaczeń. Na szczęście w prowincji, w której mieszkałem mogłem porozumieć się po rosyjsku, a to za sprawą przeszłości niektórych mieszkańców – służyli w armii wietnamskiej w bazie marynarki radzieckiej, która była niedaleko. W Sajgonie nawet jeśli ktoś mówi po angielsku, to wciąż ma się wrażenie, że to wietnamski. Nieco lepiej jest w Hanoi. Sami Wietnamczycy nie przypominają tych, których znamy z Polski. To ludzie z ogromnym temperamentem, weseli, którzy uwielbiają imprezować. Z drugiej strony, są bardzo odważni i potrafią walczyć o swoje.

Jak zachęciłbyś do oglądania serialu "Prepersi – gotowi na wszystko"?
To będzie ciekawy program przede wszystkim dlatego, że jest to pierwsza polska produkcja tego typu. Po raz pierwszy w Polsce mówimy o tym ruchu, a większość z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, że między nami są prepersi. Po drugie, ten serial daje do myślenia. Nie chodzi tutaj o sianie paniki, ani wchodzenie w paranoję, ale te wydarzenia, do których przygotowują się prepersi wcale nie są wyssane z palca. Warto mieć jakieś zapasy w spiżarni, dbać o kondycję fizyczną. Nigdy nie wiadomo, kiedy to może się przydać.

"PREPERSI - GOTOWI NA WSZYSTKO" OD 2 LISTOPADA O GODZ. 22:00 W FOKUS TV!

Rozmawiała: Kamila Glińska
[email protected]

Udostępnij artykuł
Polub Telemagazyn

Komentarze

Skomentuj
  • Petrus89 (gość)

    Fajnie gdyby ten serial, choć trochę przełamał hoplofobię w Polsce, bo te 1,3 sztuki broni na 100 mieszkańców to jest bardzo słabo w porównaniu z innymi państwami. Dziś Polacy powinni się uczyć strzelać, uczyć taktyki itd... Czy to będąc myśliwymi, strzelcami sportowymi czy kolekcjonerami stawiającymi się raz w miesiącu na strzelanie. Ruch strzelecki w Polsce powinien być masowy, tak samo dostęp do broni dla osób niekaranych i zdrowych psychicznie. Zwykły obywatel nie musi być komandosem, ale grupka uzbrojonych obywateli w sytuacji zagrożenia może wyręczyć służby w ochranianiu np. budynków użyteczności publicznej, czy wreszcie chroniąc swoje osiedle/miasteczko/wioskę i pozwalając służbą zająć się usuwaniem skutków poważnego kataklizmu czy przemocy. PS: Naprawdę życzę autorom aby program pomógł rozpropagować idee prepingu, a także dołożyć "pięć groszy" do zwalczania hoplofobii.

    25.11.2015 22:31
  • ... od razu zaczął w stylu "niusłika" (gość)

    ... od razu zaczął w stylu "tefałenu" "niusłika" czyli ...... że Polacy obawiają się Rosjan ??? , a to nieprawda bo groźniejsi są polskojęzyczni politycy i dziennikarze na garnuszku obcych państw . Dla kogo Mellerowie pracują warto się zastanowić .

    08.11.2015 20:25
  • sss (gość)

    Warto mieć jakieś zapasy w spiżarni, dbać o kondycję fizyczną. Niby logiczne ale namiarowe kilogramy u ludzi na ulicy widać, czyli dobrze im jak się nie ruszają. Ja tam wolę być mobilny i przygotowany, specjalista od Facebooka sie w lesie nie przyda :)

    19.10.2015 18:24

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »

Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.