"Drzewo życia". Cztery miliardy lat życia na Ziemi z perspektywy rodziny O’Brienów [RECENZJA]

Terrence Malick w „Drzewie życia” wziął się za wyjaśnienie tajemnic stworzenia i funkcjonowania wszechświata, refleksję nad ludzkim grzechem i psychoanalityczną diagnozę nienawiści wobec ojca. Za wiele, nawet jak na dwugodzinny seans.

NASZA OCENA: 8/10

Jack, najstarszy z trójki braci, dorasta w latach 50. w Teksasie. Jego matka usiłuje chronić synów przed surowym, stosującym kary cielesne i psychiczne ojcem, ale w miarę jak chłopcy dorastają jej mąż staje się coraz większym tyranem. W końcu doprowadza to do tragedii.

„Drzewo życia” Terrence’a Malicka, reżysera wspaniałej i poruszającej „Cienkiej czerwonej linia” zdobyło Złotą Palmę na MFF w Cannes 2011, ale stało się to chyba na zasadzie siły rozpędu, bo spod ręki Malicka zawsze wychodziły dobre filmy. Mam wrażenie, że tym razem zrealizował tak zagmatwany w intelektualno-metafizycznych labiryntach film, że krytykom którzy go nie zrozumieli głupio było się do tego przyznać i na wszelki wypadek przyznali mu nagrodę.

Film ma bardzo skomplikowaną poetykę, która jest rodzajem nieskrepowanego logiką i chronologią strumienia podświadomości głównego bohatera, usiłującego z punktu widzenia dorosłego człowieka odnaleźć swoje miejsce… we wszechświecie. Tak, tak już nie w świecie, bo Malick idzie dalej i w opowiadaną narrację wprowadza elementy by tak rzec globalne – a są nimi abstrakcyjne obrazy ukazujące powstanie wszechświata, narodziny życia i ewolucję gatunków. I tak obok Amerykanów klasy średniej pojawiają się w filmie m.in. dinozaury. I jeśli Malick przenosząc na ekran wspomnienia swojego własnego dzieciństwa z dużym wyczuciem, ale i nie bojąc się brutalnego realizmem w ukazywaniu przemocy psychicznej i fizycznej wobec dzieci tworzy niezapomniane i poruszające sekwencje, tak te filozoficzne już mu średnio wychodzą. Może dlatego, że wydaje się jakby ich autorem nie był wybity reżyser, mający zapędy filozoficzne, ale nawiedzony kaznodzieja, którego mowa jest po prostu pretensjonalna. Zamiast pytań natury egzystencjalnej, mamy wizję życia po życiu tak niepodważalną, że aż rodzącą wątpliwości. Zamiast pytań, dostaliśmy odpowiedzi, zamiast wykładu, kazanie. Jeśli ktoś zgadza się z Malickiem to w porządku, ale nieprawomyślnych „lektura” filmu może lekko zirytować. Trzeba jednak przyznać, że kinomanom obejrzenie filmu sprawi dużą przyjemność, zarówno ze względu na bardzo dobrą grę Brada Pitta i Jessiki Chastain w roli rodziców, jak i na piękne, poetyckie zdjęcia. Faktem jest, że pewne sceny w tym filmie powalają. Mnie osobiście zachwycił akt stworzenia świata, dla którego tłem muzycznym jest cudowna wokaliza Elżbiety Towarnickiej z Lacrimosy Zbigniewa Preisnera. Sekwencja zaczyna się od dojmującej ciszy panującej w kosmosie, by poprzez drobne dźwięki skończyć na cudownie mocarnym wokalu, który nikogo nie może pozostawić obojętnym. Nawet Boga (jeśli jest), który w myśl koncepcji Malicka jest owym Wielkim Poruszycielem materii tego świata.

Beata Cielecka

"Drzewo życia" w tv - sprawdź datę emisji.

WRÓĆ DO PROGRAMU TV!

Udostępnij artykuł
Polub Telemagazyn

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »

Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.