"Lobster". To nie jest planeta (dla) singli [RECENZJA]

„Lobster” to przykład kina, którego nie da się opisać jednym słowem. To produkcja wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, podążająca własną, wyraźnie wyznaczoną ścieżką, która „wierci dziurę” w głowie długo po projekcji. Wychodząc z seansu uśmiechnąłem się i pomyślałem, że w świecie wykreowanym przez Yorgosa Lanthimosa miałbym naprawdę przekichane. Rzeczywistość w ujęciu Greka nie jest bynajmniej planetą (dla) singli, dlatego niedługo później uśmiech zszedł mi z twarzy, gdyż autor „Kła” wcale nie nakreślił surrealistycznego i niewiarygodnego portretu przyszłości, tylko z ironią rozebrał na czynniki pierwsze teraźniejszość. Auć.

Wchodzisz na Facebook, kolejna koleżanka chwali się zdjęciami ze ślubu albo chociaż fotką pierścionka zaręczynowego, kumpel ze szkoły właśnie zmienił status na „w związku”. Masz dość, wychodzisz i idziesz do kina lub teatru. Z deszczu pod rynnę. Dookoła same pary, a ty nie masz nawet do kogo ust otworzyć. Masz wrażenie, że patrzą na ciebie jak na odmieńca. A gdy nie patrzą, to się całują lub obściskują, co powoduje twoją irytację lub zazdrość. Wracasz do domu i od razu odpalasz komputer lub telefon z aplikacją randkową, nerwowo przeciągasz palcem po ekranie w lewo bądź w prawo, szukając na internetowym targowisku singli tej jednej, jedynej, idealnej. Albo nie idealnej, przynajmniej ładnej. Albo chociaż w miarę ok, nie masz wielkich wymagań. Właściwie nie ważne jaka, ważne, żeby była, a jakieś cechy wspólne zawsze się znajdą. Pewnie pije herbatę, a ty przecież też pijesz herbatę. Pasujcie do siebie jak łyżka do szklanki, idealnie. W końcu nie wypada być samotnym, co ludzie powiedzą? Co sobie pomyślą? Jak ktoś jest sam, to z pewnością coś jest z nim nie tak, bo w przeciwnym wypadku na pewno kogoś by sobie znalazł. Czy jest większa przegrana życia od bycia singlem?

Yorgos Lanthimos zaprasza nas do jeszcze bardziej restrykcyjnego świata, gdzie samotni, rozwodnicy lub porzuceni trafiają do specjalnego hotelu, wyglądającego jak połączenie nowoczesnego spa, sanatorium i obozu koncentracyjnego. Na znalezienie swojej drugiej połówki ma się 45 dni, a jeżeli po tym czasie wciąż się będzie samemu, to włodarze placówki przemienią delikwenta w dowolnie wybrane przez niego zwierzę. David (Colin Farrell w zestawie z lekkim brzuszkiem i wąsem) postanawia, że chce być homarem. W końcu psów na ziemi i tak jest już za dużo, a homary są płodne przez całe lata. To z jego perspektywy poznajemy hotel. Już na starcie trzeba być zdecydowanym ma jedną płeć, dlatego biseksualiści muszą wybrać, czy szukają partnera swojej płci, czy przeciwnej. Do tego całkowity zakaz masturbacji, surowo karany za pomocą tostera, nocne polowania na leśną partyzantkę samotników oraz codzienne zabiegi podniecania przez piękną pokojówkę (Ariane Labed). Nie ma lekko.

Nie lepiej jest za murami hotelu. Żyjąca w lesie grupa singli z wyboru co prawda może się masturbować, ale już za próbę flirtu z innym człowiekiem można stracić usta bądź wzrok. W roli liderki wyśmienita jest zimna, twarda i bezwzględna Léa Seydoux. To pies ogrodnika, sama nigdy nie zaznała szczęścia i nie dopuści, aby ktoś mógł być szczęśliwszy od niej. Co jednak warte zauważenia, zarówno kierowniczka hotelu (Olivia Colman), jak i liderka partyzantów, są jedynie częścią pewnego układu. To nie oni rozdają karty, lecz są cząstkami dwóch silnie zwalczających się grup. W „Lobsterze” nikt nie zadaje pytań, nikt niczemu się nie dziwi, ludzie po prostu potulnie wykonują rozkazy. To portret posłusznego społeczeństwa, które musi czuć nad sobą bicz, bo inaczej nie jest w stanie funkcjonować. Ludzie pozbawieni są indywidualności, a jak zobaczą, że występuje w nich jakieś odstępstwo od normy, to automatycznie szukają drugiej osoby z taką samą cechą, aby wejść z nią w komitywę.

Ateński twórca bezceremonialnie kpi z rzeczywistości, w której samotni są nowymi pariasami. Grecki reżyser pokazuje, jak bardzo zdewaluowała się instytucja rodziny, która często jest tworzona sztucznie, od niechcenia i ze strachu przed samotnością. Dzieci nie są owocem uczucia, ale mają za zadanie poprawić psujące się relacje pomiędzy małżonkami. Seks nie jest przyjemnością, tylko realizacją umowy wynikającej z zawarcia związku małżeńskiego, a miłość została wyparta przez czystą kalkulację, gdzie zwyczajnie nie opłaca się poświęcić dla drugiej osoby. W końcu zawsze można znaleźć kogoś innego.

„Lobster” uwiera, jest niewygodny, wgryza się w człowieka i obnaża jego hipokryzję. To galeria emocjonalnych kalek, nie potrafiących funkcjonować bez świadomości obecności drugiej osoby obok. Na własne życzenie pozbawiają się godności i stają marionetkami. Lanthimos głośno śmieje im się w twarz, przyglądając się maluczkim ludziom, dla którym jedynym sensem życia i zarazem celem jest związek, bo przecież udawanie miłości jest mniej poniżające od samotności. Nie dajcie się zwieść, Grek wcale nie snuje opowieści science fiction, lecz opowiada o współczesności. O naszym małym tu i teraz. Wyśmienity film, wielkie kino.

Ocena: 9/10

Krzysztof Połaski
[email protected]

"Lobster" w kinach

Francja, Grecja, Holandia, Irlandia, USA, Wielka Brytania 2015, 118’
reż. Yorgos Lanthimos, scen. Efthymis Filippou & Yorgos Lanthimos, zdj. Thimios Bakatakis, dystr. United International Pictures Sp z o.o., wyst.: Colin Farrell, Rachel Weisz, Olivia Colman, John C. Reilly, Ariane Labed, Léa Seydoux, Ben Whishaw, Jessica Barden

Udostępnij artykuł
Polub Telemagazyn

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »

Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.