"Volta". Juliusz Machulski chce odzyskać koronę króla polskiej komedii [RECENZJA]

Juliusz Machulski, niegdysiejszy król polskiej komedii, od kilku lat – a konkretniej rzecz ujmując – od 2008 roku, gdy nakręcił fatalne „Ile waży koń trojański?”, niezbyt potrafi odnaleźć się na filmowym poletku. Każde kolejne obrazy to chybione strzały, ale za to dużo ciekawiej Machulski prezentował się w wydaniu Teatru Telewizji, gdzie kameralne „Next-Ex”, „Brancz” czy „Rybkę Canero” naprawdę dobrze się oglądało. Być może właśnie dlatego „Volta” wygląda jak prosty spektakl teatru telewizji przepisany na język kina.

„Volta”, co już sugeruje sam tytuł, to powrót Machulskiego do komedii kryminalnej spod znaku „Vabanku” czy „Vinci”, chociaż niestety nowa produkcja pozbawiona jest uroku swoich poprzedników. Tytuł filmu to jednocześnie nazwisko bohatera, wokół którego reżyser buduje całą intrygę. Otóż Bruno Volta (świetny Andrzej Zieliński) jest spin doktorem i „robi z ćwoków normalnych ludzi”. To typ łasy na kasę, gotów za garść srebrników sprzedać własną matkę, który jednocześnie jest szalenie spostrzegawczy i potrafi radzić sobie w kryzysowych sytuacjach. Tyle tylko, że wizja fortuny może nieźle zaślepić człowieka, o czym przekona się, gdy koleżanka (Olga Bołądź) jego kobiety (Aleksandra Domańska) wejdzie w posiadanie… korony Kazimierza Wielkiego.

Machulskiemu udało się zgromadzić na planie wielu znamienitych aktorów. Poza słusznie odświeżonym dla kina Andrzejem Zielińskim, pojawiają się też m.in. Marcin Hycnar, Cezary Pazura, Dobromir Dymecki, Robert Więckiewicz, Philippe Tłokiński czy Bartosz Porczyk, szkoda jedynie, że autor za bardzo nie ma na nich pomysłu. Dlatego większość z tych nazwisk oglądamy na drugim i trzecim planie w niepotrzebnych retrospekcjach, które może i momentami śmieszą, ale właściwie do całego filmu mają się nijak, wyglądając jak losowo wplecione do fabuły skecze. Za to już szersze pole do popisu mają Michał Żurawski i genialny Jacek Braciak.

Zresztą wątek z Jackiem Braciakiem jako Kazimierzem Dolnym, kandydatem Partii Socjalistyczno-Narodowej na prezydenta (co ma być przystankiem w drodze po koronę królewską i przywrócenie monarchii w Polsce) to zdecydowanie najlepsza część filmu. Scena z „Dziadami” czy z programem telewizyjnym prowadzonym przez Monikę Olejnik to nie tylko komediowe perełki, ale przede wszystkim gorzkie spojrzenie na rzeczywistość. Śmiejemy się z poczciwego Kazia, ale w zasadzie nie ma z czego się śmiać, bo on i tak przewyższa inteligencją oraz obyciem większość naszej klasy politycznej. Smutne i prawdziwe.

"Baby Driver". Czerwone Subaru po ulicach mknie. Jeden z najlepszych filmów roku?Zobacz więcej

Część kryminalna już tak dobrze Machulskiemu nie wychodzi, ale to raczej wynika z faktu, że autor postawił na nieskomplikowaną, prościutką wręcz historię, w której odnajdzie się każdy. Bardzo to łopatologiczne wszystko. Taka wariacja na temat historii, próbująca być starym Machulskim w nowych czasach. Nie ogląda się tego źle, chociaż to nie zasługa reżysera, serwującego nieświeże żarty, a duetu Zieliński – Żurawski; panowie dwoją się i troją, aby stworzyć ciekawych bohaterów. Tego problemu nie miały Aleksandra Domańska i Olga Boładź – chociaż to na nich opiera się intryga, to autor i tak potraktował je wyłącznie jako dodatek. Mają ładnie wyglądać i w zasadzie tyle, kompletnie nie pozwolono im rozwinąć skrzydeł. Więcej, tak je zaniedbano, że jako widz zupełnie nie czułem potrzeby, aby w jakikolwiek sposób poznać te postaci, dowiedzieć się kim są i co motywuje ich działania.

Inną słabością „Volty” jest… Lublin, a właściwie nachalna reklama miasta. Rozumiem, że aby dopiąć budżet trzeba było zaglądać do różnych kieszeni, ale namolny product placement już od dawna jest jedną ze zmór polskiego kina. Można lokować produkty w sposób nieprowadzący do irytacji, ale można też niestety z filmu zrobić chociażby reklamówkę parówek. Tym razem Machulskiemu bliżej było do działań Ryszarda Zatorskiego z „Porad na zdrady”.

Za sprawą „Volty” Juliusz Machulski nie odzyska korony króla polskiej komedii, ale mimo wszystkich potknięć całość dobrze się ogląda i raczej po wyjściu z seansu nie będzie się miało poczucia straconego czasu. Po ostatnich filmowych dziełach autora „Kilera” można było spodziewać się katastrofy, więc całe szczęście, że Machulski postanowił na prostotę i nieskomplikowaną rozrywkę. Nierówne to strasznie, ale dla Jacka Braciaka warto.

Ocena: 6/10

Krzysztof Połaski
[email protected]

"VOLTA" W KINACH OD 7 LIPCA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 7 lipca 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Komoruski (gość)

    Gniocisko straszne, Machulski niech przemyśli scenariusz, a nie skacze jak baran na manifach koderastów.

    07.07.2017 21:40

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.