"Wieża". Architektoniczny musical i parada słodko-gorzkiej prawdy o nas samych [RECENZJA]

Po projekcji „Wieży” na festiwalu Młodzi i Film 2017 muszę przyznać jedno: jak dobrze, że polskie kino ma Karolinę Bregułę! Urodzona w 1979 roku artystka wizualna już jakiś czas temu filmem „Biuro budowy pomnika” pokazała, czego można spodziewać się po jej twórczości, ale „Wieża” (zrealizowana chronologicznie wcześniej) wydaje się być jeszcze bardziej abstrakcyjnym projektem. I całe szczęście.

„Wieża” jest… musicalem architektonicznym, w którym partie operowe mieszają się z elektroniczną muzyką autorstwa Eli Orleans, opowiadającym o grupie mieszkańców pewnego bloku, którzy postanawiają na osiedlu wybudować wieżę z cukru. Można zastanawiać się, czemu wybrali akurat taki surowiec, ale czy może być coś słodszego? Plany budowy wieży, początkowo mającej wyróżnić osiedle naszych bohaterów na tle innych osiedli, szybko zamieniają się w wizję konstrukcji mieszkań idealnych, które będą dostosowywać się do potrzeb mieszkańców. Utopia.

I właśnie o tym opowiada nam Karolina Breguła. Za sprawą „Wieży” satyrycznym okiem patrzy na powojenne losy architektury mieszkaniowej i stale zmieniające się koncepcje, ale też film jak najbardziej można odczytywać współcześnie. Bo to przecież także parodia dzisiejszego rynku mieszkaniowego, gdzie deweloperzy dwoją i się troją, aby przyciągnąć klienta wizją idealnego mieszkania, będącego wymarzonym „gniazdkiem”. Tyle tylko, że szybko okazuje się, że wykończenie nie zostało wykonane prawidłowo, tu i ówdzie pojawiają się jakieś problemy oraz niedoróbki, więc w efekcie bańka mydlana pryska.

Breguła krytycznym okiem patrzy też na społeczeństwo, które za wszelką cenę stara się ujednolicić, mami fałszywymi sloganami o równości i jednocześnie sprawia, że jednostka zatraca swój charakter, stając się jedynie anonimową osobą z tłumu. Celnie portretują to sceny zebrań samorządu lokatorskiego, gdzie obserwujemy blokowego führera, który gdy mówi, że trzeba przegłosować eksterminację piwnicznych kotów, to znaczy, że wkrótce nastąpi ostateczne rozwiązanie kwestii kociej. To również pokazuje w jak niezwykle łatwy sposób ludzie dają sobą manipulować, porzucają własne zdanie, aby tylko przypodobać się reszcie. Jest w tym jakiś cień strachu przed odrzuceniem oraz samotnością. Lęk przed byciem wyklętym.

W „Wieży” można doszukiwać się też tęsknoty oraz swoistego hołdu dla struktury społeczno-mieszkaniowej w PRL-u. Breguła wykpiwa dzisiejszą wizję zamkniętych osiedli, gdzie obok siebie mieszkają niemal wyłącznie reprezentanci tych samych grup społecznych. Dawniej było zupełnie inaczej; robotnik mógł mieszkać obok profesora, a nauczyciel obok prostytutki. Takie blokowiska naturalnie nadal istnieją, ale równolegle tworzą się enklawy bogatych i getta biednych. Dlatego też na ekranie oglądamy bohaterów reprezentujących przeróżne klasy społeczne, ale też narodowości i ich wspólne maszerowanie w rytm piosenki jest niczym innym jak pobożnym życzeniem.

"Solace". Wycieranie twarzy kinem artystycznymZobacz więcej

Patrząc na „Wieżę” aż się chce powiedzieć: bo to Polska właśnie. Chociaż film zrealizowano w 2015 roku, to jego aktualność przeraża i wręcz obezwładnia. Wszak mamy do czynienia z grupą ludzi, którzy dla niemożliwej do osiągnięcia idei, są gotowi poświęcić wiele. Nawet samych siebie, idą po trupach do celu, a finalnie zamiast przyznać się do porażki, wolą ją propagandowo zamienić w sukces. W końcu zawsze w miejsce zawalonej wieży można postawić pomnik upamiętniający katastrofę. Jakie to prawdziwe.

Nie każdemu film Karoliny Breguły przypadnie do gustu, gdyż autorka operuje bardzo specyficznym, nie stroniącym od ironii oraz absurdu humorem, gdzie wybucha się śmiechem na pozornie nieśmiesznych kwestiach, które jednak wypowiadane są z taką powagą, że jako widz zostałem całkowicie rozbrojony. Więcej, często jest to śmiech przez łzy, gdyż „Wieża” to parada słodko-gorzkiej prawdy o nas samych.

W tej oryginalnej formie świetnie odnaleźli się aktorzy, z czego chyba najbardziej wyróżnili się Borys Jaźnicki oraz Maciej Nawrocki. Aż chciałoby się częściej oglądać takie występy w kinie. Ciekawie zaprezentowała się także operowa część obsady, która na swoich barkach – a właściwie strunach głosowych – dźwigała muzyczną odsłonę projektu. I trzeba przyznać, że pod tym względem było solidnie, ale niestety często muzyczne fragmenty były ciut za długie i mogło wkraść się jakieś znużenie.

„Wieża” to doskonały przykład kina autorskiego, które od pierwszej do ostatniej minuty jest przemyślane i oryginalne. Jest w tym pomysł, jest wykonanie i przede wszystkim autentyzm. Oczywiście, to historia w której opary absurdu aż unoszą się w powietrzu, a jedna szalona scena goni drugą, ale dzięki temu film ma aż tak dużą moc oddziaływania. W końcu tę historię można interpretować na wielu płaszczyznach, co ogromnie działa na wyobraźnię. Doskonałe widowisko, bawiące się swoją kameralnością i wyciskające z pierwotnej teatralnej formy wszystko to, co najlepsze.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
[email protected]

"WIEŻA" ZOSTAŁA ZAPREZENTOWANA NA FESTIWALU MŁODZI I FILM 2017. DATA EWENTUALNEGO WEJŚCIA DO OGÓLNOPOLSKIEJ DYSTRYBUCJI JESZCZE NIE JEST ZNANA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 22 czerwca 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »

Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.