"2001: Odyseja kosmiczna". Arcydzieło wizjonera i mistrza kina, Stanleya Kubricka [RECENZJA]

Jeden z najsłynniejszych obrazów w dziejach kina. Uznany za arcydzieło Kubricka, a także filmu sci-fi, przekroczył ramy gatunku, stając się przedmiotem gorących dyskusji i analiz, inspirując twórców, widzów i krytyków do dziś.

Multimedia

NASZA OCENA: 10/10

Stanley Kubrick miał obsesję udowodnienia, że jest świetnym reżyserem – na tyle dobrym, że da sobie radę z każdym gatunkiem filmowym, jaki weźmie na na warsztat. Stąd tak duży rozrzut w jego filmografii (niezależnie od chronologii): od komedii ("Dr Strenglove, czyli jak pokochałem bombę"), przez film kostiumowy ("Spartakus", Barry Lyndon"), sci-fi ("2001: Odyseja kosmiczna", "Mechaniczna pomarańcza"), filmy wojenne ("Ścieżki chwały", "Full Metal Jacket"), po thriller ("Pocałunek mordercy"), horror ("Lśnienie") i dramat obyczajowy ("Lolita", "Oczy szeroko zamknięte"). Na dodatek był perfekcjonistą, co powodowało duże problemy, gdyż wielka ilość dubli nie tylko wydłużała czas realizacji, ale również, a może przede wszystkim, prokurowała dodatkowe koszty. A tego producenci nie lubią. Poza tym Kubrick uchodził – całkowicie słusznie! – za twórcę "trudnego": samodzielnego, upartego, nieskłonnego do kompromisów i poddawania się naciskom producentów. To również był powód dla którego kręcił tak rzadko – 13 filmów pełnometrażowych w ciągu 46 lat kariery reżyserskiej – wytwórnie nie były chętne, by powierzać mu scenariusze do realizacji, szczególnie od połowy lat 70. XX w., kiedy zaczęło rosnąć znaczenie wszelkiego rodzaju rankingów, a wartością nadrzędną stały się oglądalność i zysk.

Ów słynny perfekcjonizm Kubricka był też jednym ze źródeł sukcesu "2001: Odysei kosmicznej". Każdy element, każdy detal był dopracowywany aż osiągnął wg reżysera ideał. Było to niezwykle trudne i uciążliwe, gdyż kapitalne efekty specjalne jakie wykorzystano w filmie, uzyskano w sposób czysto "mechaniczny", bez użycia jakichkolwiek komputerów. Np. słynna scena z unoszącym się w z powodu nieważkości ołówkiem i jego chwytaniem była opracowywana kilka miesięcy. Kiedy zawiodły wszystkie pomysły, sięgnięto po najprostszy: ołówek został położony na tafli szkła przymocowanej przed obiektywem kamery! Takie przykłady można by mnożyć. Przez wiele lat te efekty stanowiły punkt odniesienia i niedościgły wzór dla kolejnych twórców filmów sci-fi. A słynna początkowa scena z "Wojen gwiezdnych" z nadlatującym krążownikiem kosmicznym jest żywcem ściągnięta właśnie z "2001...". Warto przy okazji zwrócić uwagę, jak wiele elementów przyszłego świata Kubrick przewidział: w filmie pojawiają się np. wahadłowce czy tablety.

Jeszcze jednym, całkowicie niezamierzonym i ostatecznie dość komicznym efektem sukcesu "2001: Odysei kosmicznej", było włączenie Stanleya Kubricka do jednej z najsłynniejszych "urban legend". Chodzi oto, że część Amerykanów (i nie tylko ich) wciąż nie wierzy, że ludzie wylądowali na Księżycu. Tropiciele teorii spiskowych uważają, że wyprawa Apollo 11 to była jedna wielka mistyfikacja, którą na polecenie rządu USA stworzył i wyreżyserował właśnie Stanley Kubrick! W sieci można znaleźć wiele filmików poświęconych tej sprawie. A motyw ze sfingowanym lądowaniem (ale na Marsie) został wykorzystany w filmie "Koziorożec 1".

"2001: Odyseja kosmiczna" była pierwszym w historii wielkobudżetowym filmem sci-fi. Kubrick dostał taką szansę, gdyż trzy jego poprzednie filmy – "Spartakus" (1960), "Lolita" (1962) i "Dr Strangelove, czyli jak pokochałem bombę" (1964) – okazały się nie tylko wielkim sukcesami komercyjnymi, ale również pokazały, że ten reżyser jest prawdziwą osobowością. Może czasami trudną we współpracy, czasami wręcz anarchiczną, ale jednak dającą duże szanse na stworzenie filmu jeśli nie przebojowego, to przynajmniej wybitnego. A czasami nawet przebojowego i wybitnego zarazem. Choć przy "Odysei..." nie było łatwo: w czasie pokazu premierowego wyszło, jak dokładnie policzono, 241 osób, a wśród nich Rock Hudson, który głośno zapytał "Czy ktoś może mi do cholery powiedzieć, o co tu chodzi?". Trudno się zresztą temu dziwić: "2001: Odyseja kosmiczna" jest czymś pomiędzy klasycznym filmem sci-fi a traktatem filozoficznym. I to traktatem poruszającym najważniejsze problemy: skąd się wziął człowiek? Dokąd zmierza? Jaki jest cel ludzkiego istnienia? Czy możliwe jest istnienie sztucznej inteligencji? Czy może ona kiedyś zagrozić człowiekowi? Jeśli dodać do tego imponującą oprawę wizualną (i nie chodzi mi tylko o efekty specjalne) oraz muzyczną, otrzyma się dzieło niezwykłe i wybitne. Rozwijające się niespiesznie, nieprzegadane – przez pierwsze 25 minut nie pada ani jedno słowo!), zmuszające do refleksji i pozostawiające po sobie ślad na długo. Arthur C. Clarke (autor książki i współautor scenariusza) powiedział kiedyś: - Jeśli całkowicie zrozumiałeś "2001: Odyseję kosmiczną", to znaczy, że schrzaniliśmy robotę. Chcieliśmy zadać więcej pytań niż udzielić odpowiedzi.

Piotr Radecki

"2001: Odyseja kosmiczna". Sprawdź datę emisji

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×