"48 godzin". Wielki przebój kinowy, czyli Nick Nolte i Eddie Murphy na tropie grasujących bandytów [RECENZJA]

Detektyw Cates i zwolniony warunkowo więzień Hammond mają dwie doby na wytropienie pary bandytów, którzy zbiegli z aresztu i grasują w chińskiej dzielnicy San Francisco.

Multimedia

NASZA OCENA: 6/10

Reggie Hammond (Eddie Murphy) jest bardzo wygadanym drobnym złodziejaszkiem, który miał nieszczęście narazić się kiedyś niejakiemu Ganzowi (James Remar). A ten bezwzględny zabójca właśnie uciekł z więzienia, zabijając podczas próby pojmania dwóch policjantów. Ocalał tylko Jack Cates (Nick Nolte), który ma teraz dwie doby na schwytanie Ganza. Jedynym pomocnikiem może być właśnie Hammond, który całkiem słusznie obawia się o życie. A ponieważ siedzi w więzieniu, Cates fałszuje zaświadczenie, które pozwala „wypożyczyć” Hammonda na tytułowe 48 godzin. Ale nim panowie wyjaśnią sobie o co chodzi i kto jest szefem, minie trochę cennego czasu. A Ganz z kolesiami także nie próżnują.

Historia filmowych duetów jest bardzo długa i nie ma co jej przypominać. Ale niewątpliwie zestaw małomówny biały twardziel Nick Nolte – wygadany czarnoskóry cwaniaczek Eddie Murphy należy do najbardziej znanych. Choć sama akcja nie jest zbyt oryginalna, „48 godzin” okazało się wielkim przebojem. I otworzyło drogę do kariery debiutującemu na dużym ekranie Murphy’emu. A przy okazji stało się protoplastą dwurasowej dwójki z „Zabójczych brioni”. Jednak w tej parze atrybuty charakterologiczne zostały pozamieniane miejscami: tym spokojniejszym i rozważniejszym jest czarnoskóry Danny Glover, za wariata robi biały Mel Gibson.

Piotr Radecki

Komedia sensacyjna USA 1982, reż. Walter Hill

"48 godzin". Sprawdź date emisji

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×