"Alienista" [RECENZJA]. Netflix igra z naszymi oczekiwaniami

Mocną stroną mini serialu "Alienist" jest to, że igra z naszymi oczekiwaniami. Zwłaszcza tymi tyczącymi się odpowiedzi na stawiane w nim pytania. I to jest jego najmocniejsza stroną.

Multimedia

NASZA OCENA: 7/10

Nowy Jork, koniec XIX wieku. W mieście grasuje seryjny morderca zabijający w niezwykle brutalny sposób młodych, prostytuujących się chłopców. Roosevelt, komisarz policji korzysta z pomocy swego przyjaciela dr Laszlo Kreislera, psychiatry, który pomaga w opracowaniu portretu psychologicznego oraz rysownika Johna Moore’a mającego pomagać na miejscu zbrodni. Do zespołu wkrótce przyłącza się sekretarka Roosevelta, Sara, pierwsza kobieta zatrudniona w nowojorskiej policji oraz bracia Isaacsonowie, policjanci-patolodzy. Ponieważ trop wiedzie do wyższych sfer miasta, zespół napotyka na opór ze strony kolegów z policji będących na usługach nowojorskiego establishmentu.

I tak naprawdę akcja zamiast zmierzać do celu, coraz bardziej się gmatwa, bo różni ludzi, mniej lub bardziej skorumpowani upatrują nadziei w tym, by śledztwo utknęło w martwym punkcie. Tym wątkiem oraz mroczną atmosferą i naturalistycznym klimatem „Alienista” przypomina w pierwszym momencie serial „The Knick”, z którym mógłby się również mierzyć na ilość scen, w których widać okaleczone ludzkie ciała i wylewające się wnętrzności. Zresztą serial zaczyna się mocnym ujęciem wejścia kamery w pusty, wydłubany oczodół martwego dziecka. Bo też „Alienista” to przede wszystkim kryminał w całym tego słowa znaczeniu. I skojarzenia zarówno z serią o Sherlocku Holmesie jak i „Sleepy Hollow” Burtona, w którym mamy detektywa posługującego się nowoczesną aparatura badawczą i dedukcją jest chyba nieprzypadkowe. Jest jednak jeszcze jedno serialowe skojarzenie jeśli chodzi o przełamywanie tabu i pionierskość metod działania bohaterów. Wiodący prym w filmie psychiatra dr Kreisler to ktoś, kto próbuje wprzęgnąć psychologię do prowadzonego śledztwa i za pomocą jej narzędzi znaleźć mordercę dzieci. Niekonwencjonalne metody działania spotykają się z niezadowoleniem zwierzchników, ale i niezrozumieniem zwykłych ludzi, dla których to, co „wyprawia” doktor ze swoimi pacjentami nie mieści się w głowach. Bohaterowie, podobnie jak agenci FBI rozmawiający z seryjnymi mordercami w „Minhunterze”, też muszą złamać mnóstwo zasad i nagiąć reguły panujące w ich świecie, by przekonać niedowiarków, że opieranie portretu zabójcy na przesłankach płynących z psychologii ma sens. Jak i tamci nasz zespół jako pionierski popełnia mnóstwo błędów wynikających z braku doświadczenia: czasem śledczy idą po omacku, czasem w głupi sposób tracą czujność. Mottem jednak tego serialu mogłoby być powiedzenie: „kto nie popełnia błędów, nie idzie naprzód”. I bohaterowie, choć niewolni od skaz brną z trudem ku prawdzie.

„Alienista” to nie tylko serial kryminalny, jest też podróż w dusze bohaterów. Im głębiej wchodzimy w fabułę tym bardziej akcja zaczyna dotykać ich samych, ich własnych lęków, porażek za które zapłacili, grzechów, które za sobą ciągną przez lata. Mamy bowiem w filmie niezłą galerię oryginałów, z których nikt nie jest… całkiem normalny, a przynajmniej banalny. Momentami bezwzględny (i tu Daniel Bruhl jest wiarygodny) chwilami melancholijny (tu jest z tą wiarygodnością gorzej) dr Kreisler ukrywa przed innymi jak doszło do tego, że jest kaleką; Sara Howard (świetna Dakota Fanning) skrywa mroczna tajemnicę związaną z jej ojcem; grany znakomicie przez Luke’a Evansa John Moore z kolei to lekkoduch, który swe prowadzenie „zawdzięcza” miłosnemu rozczarowaniu. Najmniej skomplikowani wydaj się braci Isaacsonowie, ale oni z kolei mają inne demony – muszą mierzyć się ze swym żydowskim pochodzeniem i znosić upokorzenia. W ogóle film jest cudownie niepolityczny, używa się w nim określeń, jakich za chwilę próżno będzie szukać w naszym języku, takich jak Żydek, Czarnuch czy Indianiec. Homoseksualista to w nim sodomita i ciota, a niezamężna kobieta to stara panna. Serial brzmi przez to prawdziwie, wierny faktowi, że nikt wtedy nie słyszał o politycznej poprawności i taki językowy naturalizm właśnie w nim króluje. Towarzyszy mu cala paleta postaw związanych z antysemityzmem, rasizmem i mizoginizmem, ale bardzo ładnie tu przemyconych a to jako niewinna uwaga w mowie potocznej, a to jako gest w mowie ciała czy spontanicznych uwagach. Najsilniej chyba uwidoczniono to ostatnie, a na przykładzie postaci Sary widać wyraźnie, że kobieta parająca się męskimi zajęciami jest obca zarówno jej współpracownikom z policji (bo się jej zbyt boją), kolegom z zespołu (bo się o nią nazbyt troszczą) jak i… innym kobietom. Bo to Sara z kolei reaguje zdziwieniem na uprawianie wspinaczki przez Elizę.

„Alienista” mierzy się też z amerykańską przeszłością, podejmując dyskusję co do mitów związanych z Indianami, jak i Afroamarykanami. Indianie spotkani przypadkiem w pociągu okazują się „normalnymi” ludźmi, a dr Kreisker w pewnym momencie słyszy gorzkie słowa, co do relacji jaka łączy go z czarnoskórym Cyrusem, którego nazywa przyjacielem, ale pozwala sypiać w stajni i używa go do swych celów bez oglądania się na konsekwencje.

„Alienist” to trzymający aż do ostatnich minut w napięciu kryminał, momentami mający w sobie więcej z mrożącego krew w żyłach thrillera, w którym siły nadprzyrodzone zaczynają odnosić sukces nad racjonalnym światem. Zakończenie serialu to sukces okraszony goryczą, dający nam tylko po części odpowiedzi na pytania jakie sobie (wraz z bohaterami) zadawaliśmy. Zarówno te dotyczące pobudek działania zbrodniarza, jak i te związane z losem członków zespołu, z którymi zdążyliśmy się zżyć i zidentyfikować. Pewne pytania na zawsze pozostaną bez odpowiedzi, co pięknie oddaje klimat nieodgadnionego pełnego przeciwieństw miasta. Pełen dwoistości Nowy York to z jednej strony dzielnice biedoty, gdzie bezdomne, grzejące się własnym ciepłem dzieci śpią pod gołym niebem, „mieszkania” w barakach oddzielają od siebie tylko brudne szmaty, a ludzie stąpają w błocie po kostki; z drugiej bogate rezydencje możnych, obwieszonych klejnotami i chadzających do opery. Podczas gdy ciemne zaułki śmierdzą pomyjami i uryną, a burdele spoconymi ciałami i ludzkimi wydzielinami, salony podczas bankietów pachną unoszącym się w powietrzu zapachem świeżych kwiatów, ciężkim piżmem perfum eleganckich dam i wodą kolońską dżentelmenów. Ot kontrasty, które podkreśla też niepokojąca, hipnotyzująca muzyka.

Szkoda tylko, że to mini serial, choć z prozy Calleba Carra można by uszyć parę innych seriali z równie niesamowitą atmosferą i cudowną koncepcją plastyczną działająca na wyobraźnię i przenoszącego widza w zupełnie inny świat.

Beata Cielecka

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×