"American Vandal". Rzecz o łatkach i penisach. Parodia seriali true crime? [RECENZJA]

Nowa produkcja Netflixa była zapowiadana jako parodia popularnego w ostatnich latach formatu filmów i produkcji telewizyjnych z gatunku mocumentary. Pod tą przykrywką udaje się jednak przemycić całkiem trzeźwe spojrzenie na to, gdzie są granice społecznej satyry.

Multimedia

Początkowo serial stworzony przez Danny'ego Perraulta i Tony'ego Yacendy operuje środkami najniższych lotów. W jednym z małych, amerykańskich miasteczek, dochodzi do skandalicznego aktu wandalizmu a terenie liceum. Pewnego popołudnia na 27 samochodach należących do nauczycieli i dyrekcji szkoły ktoś namalował 27 penisów. Aferą zaczyna żyć całe miasteczko, a sprawa jest szeroko opisywana w lokalnych mediach. Prawdopodobnego sprawcę tego aktu wandalizmu szybko udaje się ustalić. Podejrzenie pada na Dylana Maxwella, szkolnego... idioty, który jest znany m.in. z tego, że na lekcjach hiszpańskiego maluje na tablicy właśnie penisy. Choć nie ma dowodów jego przestępstwa, dyrekcja wykorzystuje sytuację by wywalić ze szkoły krnąbrnego i, według nich, niereformowalnego młodzieńca. W obronie prawdy chce stanąć jego dwóch kolegów – filmowców tworząc przy okazji dokument na ten temat.

"Taśmy winy". Krytyczne spojrzenie na amerykański system prawnyZobacz więcej

Jak widać twórcy, przynajmniej na początku, nie udają że ich produkcja jest czymś więcej, niż tylko kolejną parodią udającą poważny dokument na niepoważny temat. Niemniej im dalej w las tym coraz mocniej zaczyna się wyłaniać poważniejsza historia pokazująca społeczeństwo w nie tak do końca krzywym zwierciadle. Bo też podstawa fabuły, choć miała i strasznie prostolinijna, prowadzi do zaskakującej puenty, jaką jest przypinanie łatek w sytuacji, gdy tylko na kogoś pada choć cień podejrzenia dokonania jakiegoś niestosownego czynu. To widzimy już na podstawie głównego bohatera, ale dostrzegamy również w wielu innych sytuacjach, ponieważ śledztwo dwóch młodych dokumentalistów z czasem odkrywa kolejne karty – umownie nazwijmy to intrygi, a grono podejrzanych rośnie z odcinka na odcinek. Koniec końców okazuje się, że mógł to zrobić każdy, choć wskazanie tej jednej, czy nawet dwóch osób, nie jest wcale takie proste.

American Vandal pokazuje doskonale też jedną rzecz – jak senne miasteczko nagle się ożywia, gdy dochodzi do jakiegoś, właściwie jakiegokolwiek wydarzenia, które wykracza poza normy społeczne. Co istotne, miejscowość ożywiła się dopiero po tym, jak na 27 samochodach namalowano penisy, choć rzekomy autor tego czynu, już wcześniej dopuszczał się zdecydowanie mało błyskotliwych pranków, które ostatecznie nie robiły na nikim wrażenia. W tym pryzmacie ukazano, jak niewielkimi problemami żyją często niewielkie społeczności, a przy tym jak potrafią mocno wyolbrzymić pewne kwestie, a przy niewielkiej ilości dowodów już wieszają psy na winnym. Przypomina to tradycyjne polowanie na czarownice, gdzie wystarczy jedno oskarżenie, by wyrok w sprawie już zapadł. Owszem, bohater tej historii był doskonałym kozłem ofiarnym często dopuszczając się idiotycznych wyskoków, niemniej zasługiwał na uczciwy proces. American Vandal pokazał, że niewiele potrzeba by kogoś skreślić.

Coś więcej niż nowe "Making a Murderer" [KOMENTARZ]Zobacz więcej

Przy tym wszystkim sam serial jest dobrze zrealizowany. Dynamiczne ujęcia, częste przeskoki z kadru w kadr i forma dokumentu nie pozwalają na chwilę oderwać wzroku. Choć podstawa tej historii jest infantylna, to bardzo szybko twórcy wciągają nas w swoją opowieść. Pomagają w tym aktorzy, którym sami zaczynamy szybko przypinać łatki wandala, idioty, puszczalskiej czy bajkopisarza. Jest nam to łatwo robić, bo tak też chcieli twórcy tego serialu, stąd też na samym końcu tej historii możemy poczuć drobny niesmak nie tyle z powodu tego, że tak łatwo nam przyszło się poddać biegowi wydarzeń toczących się na ekranie, tylko z tego, że na co dzień często, nawet nieświadomie, postępujemy podobnie.

Podsumowując, Netflix tą produkcją trochę ukręcił bata na samego siebie, ale pokazał też, że podszedł do całej produkcji z dużym dystansem. Bo w końcu i ta platforma wśród wielu gatunków filmowych i serialowych promuje też te z gatunku mocumentary. I tym razem też to robi dając przy okazji mały prztyczek w nos widzom. I choćby z tego powodu jest to produkcja, która jest warta uwagi. Mimo penisów.

Nasza ocena 8/10

Paweł Szałankiewicz

Najlepsze seriale zagraniczne według gwiazd:

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×