Anna Matysiak: Chętnie zagrałabym wampirzycę [WYWIAD]

Anna Matysiak to jedna z najbardziej charyzmatycznych polskich aktorek młodego pokolenia. Widzowie kojarzą ją zarówno jako Majkę z „Listów do M.”, jak i Ramonę z serialu „Klan”. Artystka w rozmowie z serwisem Telemagazyn.pl opowiedziała o swoich aktorskich marzeniach, pracy przy „Listach do M.”, specyfice serialu „Klan”, kręceniu teledysków i reklam, a także o swojej roli w najnowszym serialu Telewizji Polskiej pt. „Bodo”, który na ekranach telewizorów pojawi się wiosną.

Multimedia

Anna Matysiak urodziła się w kwietniu 1989 roku. Sympatię publiczności zdobyła dzięki serialowi „Tancerze” (2009-2010), w którym wcieliła się w postać różowowłosej Luizy. Udany debiut przed kamerą zaowocował rolą Majki Lisieckiej w filmie „Listy do M.” (2011), co okazało się przełomowym momentem w karierze aktorki. Ponadto Anna Matysiak zagrała także w filmie „Oszukane” (2013), kontynuacji „Listów do M.” (2015) oraz wciąż jest obecna w serialu „Klan”.

„Listy do M. 2” okazały się gigantycznym sukcesem. Czy fakt, że zagrałaś w tak popularnej produkcji jakoś przekłada się na Twoje życie zawodowe? Pojawia się więcej propozycji? Jesteś bardziej rozpoznawalna?
Trochę tak. To większe zainteresowanie widać chociażby na przykładzie mediów społecznościowych, gdzie powiększyła się liczba followersów. Co do propozycji ról to nie chcę zapeszać, ale myślę, że też będzie dobrze. Rzeczywiście widać, że po „Listach do M.” coś się zaczyna dziać.

Nie jesteś trochę rozczarowana, że Twój wątek w „Listach do M. 2” – w porównaniu do części pierwszej – został mniej wyeksponowany? Nie wybrzmiał tak, jak w oryginale.
W pierwszej części nie było mnie dużo więcej (śmiech). Opinie się różne, np. dużo moich znajomych mówi mi, że w tej części jest mnie więcej, ale faktycznie znam też osoby, które mają odmienne zdanie. Wszystko chyba zależy od tego jak się ogląda ten film (śmiech).

Pofantazjujmy. Jeżeli miałabyś napisać scenariusz do trzeciej części „Listów do M.”, to jak potoczyłyby się losy bohaterów, w szczególności Twój wątek?
Wszystko zależy od tego, jak długa byłaby przerwa od części drugiej. Bo jeżeli znowu cztery lata, to pokusiłabym się może o jakąś ciążę Majki (śmiech)! Do mojej postaci można podejść na dwa sposoby – z jednej strony Majka w drugiej części próbowała stworzyć związek, którego nie udało się stworzyć jej rodzicom, no i teraz rodzi się pytanie czy to się udało, czy nie. Dlatego ciekawe czy w ewentualnej trzeciej części sama byłaby wciąż szczęśliwa u boku tego samego mężczyzny i pojawiło się w ich życiu jakieś maleństwo, czy właśnie borykałaby się z tym, że w życiu nie układa się jej z mężczyznami. Odnośnie do wątku rodziców Majki, to mam nadzieję, że już byliby razem na stałe, bo zdecydowanie wystarczy tych perturbacji w ich losach (śmiech).

Pytałem o scenariusz, gdyż kiedyś w jednym z wywiadów przyznałaś, że nie wykluczasz w przyszłości napisania scenariusza. To wciąż aktualne? Czego Ci brakuje w polskim kinie?
Temat jest nadal aktualny, pomimo że nie ruszony, ale dlaczego nie? Ja bardzo lubię pisać. Natomiast co do tego, czego brakuje mi w kinie, to przede wszystkim filmów science-fiction, filmów akcji oraz filmów kostiumowych. Oczywiście, nie zrobią w Polsce „Iron Mana”, bo to nie te pieniądze oraz nie ta skala, ale ja uwielbiam oglądać filmy na podstawie komiksów Marvela. One mnie super rozluźniają. Nie jest to jakaś wybitna kinematografia, natomiast są bardzo fajne i czegoś takiego u nas nie ma. Myślę też, że potrafiłabym odnaleźć się w takiej produkcji jako aktorka.

Z pewnością byłoby to ciekawe wyzwanie aktorskie.
Ogromnie! Chętnie wcieliłabym się w jakąś wampirzycę, na wzór bohaterki „Underworlda”!

Na horyzoncie pojawił się Tomasz Bagiński, który próbuje swoich sił w gatunkach o których inni filmowcy boją się nawet pomyśleć.
Całe szczęście. Tomku, jeżeli to czytasz, zaproś mnie kiedyś do swojej produkcji (śmiech). Jesteś jedyny, który jeszcze niesie jakiś promyk nadziei (śmiech).

Wracając do produkcji kostiumowych. Zakończyły się zdjęcia do serialu „Bodo”, w którym grasz, tańczysz oraz śpiewasz. Opowiedz o tym projekcie oraz swojej roli.
To jest jeden z pierwszych odcinków, w którym Eugeniusz Bodo zaczyna swoją karierę aktorską. Przyjeżdża do Teatru Apollo w Poznaniu i tam stara się coś zrobić – oczywiście na początku dostaje propozycję zostania bileterem. Chyba tylko tyle mogę póki co zdradzić, natomiast ja, plus moje koleżanki, i obecny z tym odcinku Bartek Kasprzykowski, jesteśmy ludźmi, których Bodo spotyka na swojej drodze w tym teatrze. Jeżeli chodzi o nasze charaktery, to niektórzy będą bardziej lub mniej dobrzy. Reprezentujemy wizję tego, jak to w tamtych czasach wyglądało w teatrze. Był jakiś mentor, który oczywiście poprzez łóżko wybierał dziewczyny i dawał im lepsze role oraz solowe partie – przynajmniej tak według twórców wyglądały ówczesne realia. Gram dziewczynę, która jest chórzystką, ale bardzo chciałaby zostać solistką. Bardzo fajne było to, że mogłam zagrać w serialu pomimo moich tatuaży. Swoją drogą pierwszy raz spotkałam się z tak skutecznym i profesjonalnym podejściem do zakrywania tatuaży w Polsce, więc nie były najmniejszym problemem dla nikogo. Chciałabym, żeby tak było częściej (śmiech).

Czy tatuaże przeszkodziły Ci kiedyś w otrzymaniu jakiejś roli?
Nie wiem, czy zauważyłeś, ale np. w „Klanie” nie gramy moich tatuaży. Nie wiem, czy to jest jakiś problem, ale zdarza się, że one muszą być ukrywane. Robi się to albo makijażem, albo strojem, co nie zmienia faktu, że jednak te role dostaję. A czasami dostaję je właśnie przez tatuaż, tak jak to było w przypadku „Przepisu na życie”, gdzie miałam epizod, w którym grałam dziewczynę – mejkapistkę – która miała mieć tatuaże. Raz to pomaga, raz nie, ale no cóż, mam je, to jest już jak pieprzyk na ciele i trzeba się z tym pogodzić.

Mówisz, że w „Klanie” nie pokazuje się tatuaży. Czy są jeszcze jakieś rzeczy, które w telenowelach są niepożądane?
Wydaje mi się, że to zależy od telenoweli. „Klan” z założenia jest telenowelą edukacyjną, przez którą Telewizja Polska wypełnia swoją misję. Zdarza się, że serial jest nośnikiem ważnych, aktualnych informacji. Jak była wymiana pieniędzy, to serial miał za zadanie uświadomić starszym ludziom, że pieniądz będzie teraz nieco inaczej wyglądał i jest właśnie tym właściwym pieniądzem, a nie falsyfikatem, więc powstała na ten temat cała scenka. Twórcy starają się nieść tę misję. Nie wiem czy jest coś, czego nie można pokazywać, przecież w końcu ostatnio Ramona pokazała tak zwanego „fucka”, więc przełamujemy bariery (śmiech).

W końcu mieliście też wątek aborcji, którego polscy twórcy seriali wciąż się bardzo boją. Ostatnio chyba tylko w „Aż po sufit!” odważono się na podobny manewr.
To był ten moment, w którym Ramona była jeszcze dość negatywną postacią, więc jednak ta aborcja była nacechowana negatywnie, co nie zmienia faktu, że rzeczywiście wątek się pojawił i może potem będzie miał jakąś wagę w przyszłości w życiu Ramony. Zobaczymy, co przyniesie los.

Jak dołączyłaś do „Klanu”, to już od początku było postanowione, że Twoja postać stopniowo z dość negatywnej bohaterki będzie przechodzić na dobrą stronę mocy?
Nie, absolutnie nie. W tego typu serialach, które trwają już tyle lat, odcinki są pisane na bieżąco i z jednej strony to jest dla nas niespodzianka, ale z drugiej strony jako aktorzy musimy cały czas prowadzić rolę w taki sposób, aby przy ewentualnej zmianie jej charakteru, to było umotywowane charakterologicznie w jakiś sposób. Tak naprawdę nie wiem, co się wydarzy z Ramoną. Dostaję na parę tygodni wcześniej odcinki i wtedy się dowiaduję co się będzie dalej działo.

Wszystko powstaje na bieżąco, więc trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie. Więc jednak gra w telenoweli może być wyzwaniem aktorskim.
Oczywiście, że tak. Czasami zdarza się tak, że odcinek bądź scenę dostaje się dopiero na planie. I zapewne nie tylko w „Klanie” się tak dzieje, ale w innych produkcjach również. Coś się nagle zmienia i trzeba dokonać korekty, więc trzeba być bardzo elastycznym, żeby sobie z takimi sytuacjami odpowiednio radzić. To jest bardzo dobra szkoła życia.

Jak wspominasz swoją przygodę z „Na dobre i na złe”?
Co zabawne, przyszłam tam na chwilę, a moja postać co jakiś czas ciągle wraca na jakieś kolejne badania kontrolne. Strasznie lubię tę ekipę, tam niemal wszystkie zdjęcia się kręcone w jednym miejscu, więc trochę inaczej niż w przypadku „Klanu”, gdzie obiekty zdjęciowe mamy w różnych miejscach i kręcimy w różnych częściach Warszawy. W „Na dobre i na złe” jednak ta stała ekipa spotyka się w tym jednym miejscu i rzeczywiście bardzo ich polubiłam, więc uwielbiam tam wracać. Zobaczymy co dalej się będzie działo z moją postacią, teraz znowu wróciła z jakimś problemem, ale nie zdradzę jakim. Fajnie jest tam wracać. Poza tym „Na dobre i na złe” w dosyć dobry sposób pokazuje lekarską prawdę, na planie cały czas jest lekarz, który stara się, aby to wszystko wyglądało tak, jak naprawdę powinno wyglądać. Pamiętam jak Julka Kamińska robiła mi trepanację, to wtedy krew sikała tak, jak to się dzieje w rzeczywistości. Grałam w śpiączce, ale grałam (śmiech)!

Pracujesz teraz nad czymś nowym?
Szykuje się prawdopodobnie parę rzeczy, ale dopóki nie zostaną oficjalne potwierdzone, to nie mogę jeszcze o tym rozmawiać.

Mam nadzieję, że będą to też nowe projekty teatralne. Bo „Zorro” w Teatrze Komedia właśnie został zakończony.
No właśnie skończyliśmy naszą przygodę z „Zorro” i czekam na jakieś nowe propozycje. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale ja mam takie szczęście – chyba troszkę się w czepku urodziłam – że jak jedno się kończy, to zaraz coś innego się zaczyna i nigdy nie miałam przestoju, żeby dłużej niż kilka miesięcy nie grać w teatrze.

Kiedyś powiedziałaś, że żeby być aktorką w pełni, należy – obok grania – umieć także tańczyć oraz śpiewać. Z pierwszym nie masz najmniejszych problemów, a co z drugim? Czy będzie Cię można gdzieś usłyszeć?
No zobaczymy właśnie, czy będzie można mnie usłyszeć, czy nie, bo to też jest jedna z tych rzeczy, o których nie mogę powiedzieć. Natomiast ja cały czas szkolę mój głos. Po szkole baletowej byłam troszkę zamknięta na tę sferę wydania z siebie dźwięku, ale otwieram się. W końcu znalazłam bardzo fajną nauczycielkę śpiewu i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że naprawdę polubiłam śpiewanie. Chciałabym, że ono na stałe zagościło w moim życiu.

Więc może jakiś talent-show?
Może, zobaczymy. Nie jest to głupi pomysł (śmiech). To byłaby wyśmienita zabawa. Nie wiem, jakie podejście do tego mają inni, ale gdyby mi zaproponowano udział w „Tańcu z gwiazdami”, to jestem przekonana, że bym się tam dobrze bawiła, bo to jest w tych programach najważniejsze.

Odnoszę wrażenie, że nawet do aktorstwa podchodzisz z wielkim luzem i bez spiny, traktując je jako zabawę. To świetne.
To nie do końca, ale dobrze, że to tak wygląda. Etapy castingów, etapy przygotowań są dla mnie naprawdę bardzo stresujące i poświęcam im dużo uwagi oraz pracy, żeby być w tym profesjonalną i żeby to nie była tylko zabawa. Oczywiście, gdy już jestem na samym planie, często lepiej podejść do tego z przymrużeniem oka, bo wychodzą lepsze efekty. Im bardziej jest się na luzie, tym łatwiej wszystko się dzieje. Czasami trzeba spuścić to ciśnienie i wtedy to zaczyna wyglądać tak, jak powinno.

Czyli jednak ten system castingowy wciąż obowiązuje. To nie jest tak, że przychodzi do Ciebie twórca mówiąc, że widział Cię w jakieś roli i wydajesz się odpowiednia.
Czasami tak zdarza, ale castingi są nieodłączną częścią zawodu aktora i chyba najbardziej stresującą, co pewnie przyzna każdy aktor. I tak naprawdę, im dłużej jest się w zawodzie, tym castingi bardziej stresują, bo ma się na sobie presję, że jednak już się coś zrobiło, a teraz może się nie udać. Ale trzeba sobie zdawać z tego sprawę i wiedzieć, że jeżeli się decyduje na ten zawód, to na tym to polega. Raz się zostanie wybranym, raz nie. Mnie takiego podejścia nauczyły castingi do reklam, w których grałam będąc jeszcze w szkole. Tam nie ma reguły, klient decyduje kogo zatrudnia do reklamy i nawet jeżeli w castingu poszukuje się blondynki, to może zostać wybrana brunetka. Dlatego nie można do tego podchodzić z założeniem, że jeżeli się nie udało, to jest się beznadziejnym i do niczego się nie nadaje. Taki po prostu jest los.

Reklama to zapewne zupełnie inny świat niż realia filmowe.
Tak, ale to też jest szkoła życia, która bardzo dużo uczy. W dodatku wielu reżyserów filmowych przecież też kręci reklamy, aczkolwiek są też takie, które realizują gwiazdorzy, aktorzy i celebryci. Reklamy są bardzo dobrym sprawdzianem dla młodego aktora, gdyż to doświadczenie, którego nie da się porównać z żadnym innym.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że kiedyś kręciłaś reklamę żelazka w Indiach, która była przeznaczona na tamtejszy rynek. Miałaś wiele takich egzotycznych propozycji?
Miałam dwie takie sytuacje. Pierwsza to była reklama, którą kręciliśmy w Polsce, ale z przeznaczeniem na rynek turecki, natomiast druga to była właśnie to żelazko. Prześmieszna historia, bo tamtejszy klient wybrał tak jakby całą polską ekipę w pakiecie, czyli reżysera, aktorkę i choreografa. I oni tam w Indiach myśleli, że ja jestem jakąś wielką gwiazdą, bo po co sprowadzać kogoś, kto nie jest wielką gwiazdą aż z Polski do Indii (śmiech)? Klient był w ogóle zakochany we mnie, mówiąc, że koniecznie to ja muszę zagrać. Tamtejszego rynku absolutnie nie da się porównać z niczym – jak u nas w ekipie pracuje na planie 30 osób, to tam jest 130. Takie mini Bollywood. Każda osoba miała swoją funkcję; kiedy ja powiedziałam, że jestem głodna i chciałabym zjeść jakąś kanapkę, to przyszedł do mnie pan ze srebrną tacą z kanapkami i stał z nią aż ja zjem! Było mi tak głupio, prosiłam, żeby po prostu postawił tę tacę, ale on na to, że nie może, bo to jest jego zadanie. I każdy jest tak strasznie dumny z tego, że ma swoje zadanie do wykonania, naprawdę niesamowite. Było tam bardzo fajnie, chociaż ciężko, bo mieliśmy najpierw długi dzień zdjęciowy, a potem jeszcze sesję zdjęciową. Świetna przygoda.

Grasz też w teledyskach. Pojawiłaś się m.in. w klipie Tego Typa Mesa oraz Pezeta. Czym to jest dla Ciebie? I jak bardzo różni się plan teledysku od planu serialu?
Był jeszcze m.in. teledysk Afromental – „Rock&Rollin' Love”, chyba mój ulubiony. W porównaniu z filmem czy serialem, na pewno mamy o wiele mniej czasu na realizację. To bardziej porównywalne do reklamy. A tak większych różnic raczej nie ma, może poza tym, że nie muszę nic mówić, bo na ogół wszystko jest do muzyki (śmiech). Często teledyski kręci ci sami reżyserzy, którzy robią filmy, tak jak właśnie było w przypadku tego klipu Afromental, który wyreżyserował twórca „Listów do M.”, Mitja Okorn.

Skąd pomysł na zajęcia taneczne dla dzieci?
Ta inicjatywa już bardzo długo istnieje, bo prawie 10 lat. Jak miałam 16 lat, zaproponowano mi, żebym poprowadziła zajęcia z dzieciakami na takim festiwalu w Czechach, na którym była młodzież w moim wieku z Czech, Polski i Słowacji. Wtedy pierwszy raz znalazłam się jakby po tej drugiej stronie, ale tak naprawdę od początku jak byłam w szkole baletowej, to moi nauczyciele zawsze mówili, że ja będę świetnym pedagogiem. Co prawda wolałabym być świetną tancerką, no ale cóż, tak właśnie słyszałam (śmiech). A czy faktycznie jestem dobrym pedagogiem, to już trzeba by było spytać dzieci, ale rzeczywiście zwracam bardzo pilną uwagę na technikę. No i gdzieś tam z czasem zaczęłam dostawać propozycje prowadzenia zajęć, aktualnie współpracuje z Warsztatową Akademią Musicalową i na ogół prowadzę warsztaty wyjazdowe, bo nie mam czasu, żeby prowadzić zajęcia np. co weekend. Te dzieciaki są naprawdę strasznie utalentowane! Niektóre z nich grały ze mną np. w „Zorro”. To naprawdę fajne, żeby uczyć nowe pokolenie i żeby te dzieciaki dostały taką wiedzę, jaką ja też mam. Trzeba ją przekazywać, bo czasami zdarza się, że dowiadują się czegoś po łebkach, więc ja przychodzę i muszę wszystko prostować i dokładnie wyjaśniać (śmiech).

Wymagająca nauczycielka!
I to bardzo! Potrafię powtarzać jedno ćwiczenie przez całą lekcję, aby zostało w końcu dobrze wykonane. No cóż, inaczej nie ma po co się uczyć, to wyniosłam z baletówki. Jak już coś się robi, to powinno się to robić dobrze.

Na planie filmowym też taka jesteś? Reżyserzy się Ciebie nie boją?
To już ich należałoby spytać (śmiech). Aktorstwo trochę krócej jest ze mną, więc nie zawsze jestem pewna, czy coś robię na pewno dobrze. Poza tym nie zawsze jest tak, że jak aktor myśli, że coś dobrze zrobił, to rzeczywiście tak wygląda na ekranie. Trzeba uwierzyć reżyserowi i oddać tę pałeczkę komuś, kto ma się tym zająć, a to nie zawsze jest proste, gdyż trzeba walczyć ze swoją ambicją.

Jak wspominasz pracę przy „Tancerzach”. To jednak była unikalna produkcja na polskim rynku telewizyjnym, która zostawiła po sobie jakąś lukę.
To był bardzo fajny okres. Śmieję się, że zostaliśmy wygnani do Wrocławia, bo większość obsady była z Warszawy i tak naprawdę spędzaliśmy cały czas ze sobą na planie. Wieczory, jako, że nie znaliśmy tam nikogo innego, też spędzaliśmy w swoim towarzystwie, więc stworzyły się długoletnie przyjaźnie. Z ludźmi, których tam poznałam, do dzisiaj mam kontakt. Praca tam była frajdą, nie było wielkiego ciśnienia, a to można było coś potańczyć, a to coś zagrać. To była moja pierwsza styczność z serialem, z kamerami, bo to jeszcze był czas przed szkołą aktorską i strasznie mi się to spodobało. Złapałam bakcyla i stwierdziłam, że chcę dalej robić coś w tym kierunku. Wspaniała przygoda i taka trochę kolonia.

Nie uczęszczałaś do tych najpopularniejszych szkół aktorskich – łódzkiej Filmówki ani warszawskiej Akademii Teatralnej, tylko do Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia w Warszawie. Jak wspominasz tę szkołę i czego najbardziej się tam nauczyłaś?
To była normalna szkoła aktorska, bo niestety w ubiegłym roku została zamknięta. To były pełnoprawne studia, które zakończyłam z tytułem magistra sztuki. Nie wiem, czy trafiłam na tak dobrych nauczycieli, czy każdy rok tak miał, ale nauczyłam się tam wielu rzeczy. Pracowałam z nauczycielami, którzy wykładają też w państwowych uczelniach, więc wydaje mi się, że uczęszczając do Filmówki czy AT, nie odczułabym wielkiej różnicy. Czasami było ciężko, chociażby zajęcia z wiersza czy scen klasycznych, ale jakim potem jest efekt oraz satysfakcja, jak się uda! Jak przyjemnie jest wtedy wyjść na scenę i powiedzieć z pełnym zrozumieniem wierszem daną kwestię. Powiem więcej, jeżeli w przyszłości wciąż w kanonie lektur będzie „Pan Tadeusz”, to nie pozwolę go czytać swoim dzieciom, tylko sama im przeczytam go nagłos, bo to jest tekst, który powinien być wygłaszany. On musi wybrzmieć, ponieważ dopiero wtedy się go rozumie. Kiedyś mnie „Pan Tadeusz” znudził, a teraz mogę się w nim zaczytywać i odnajdywać wszelkie smaczki językowe. Adam Mickiewicz był geniuszem.

Czyli jeżeli chce się myśleć o profesjonalnej karierze, to bez szkoły aktorskiej ani rusz.
To też nie do końca. Szkoła aktorska może procentować, ale niejednokrotnie spotkałam na swojej drodze osobowości, które pomimo braku szkoły poradzą sobie i nie można generalizować, że bez szkoły nie da rady. Czasami nawet radzą sobie lepiej niż ci po szkole (śmiech).

Więc szkoła może wyuczać złych nawyków w aktorach?
Nie wiem, może jest tak, że czasami okazuje się po tych wszystkich latach, że do tego zawodu ktoś po prostu się nie nadaje. Na przykład z mojego rocznika ze szkoły baletowej niektóre dziewczyny, które pokończyły szkołę, dzisiaj mniej tańczą niż ja, a przecież tej szkoły nie skończyłam. Czas weryfikuje nasze prawdziwe marzenia.

Masz jakieś marzenie aktorskie, które chciałabyś aby się spełniło w najbliższej przyszłości?
Nie wiem, czy to jest na najbliższą przyszłość, ale teraz to może już się nie wydaje takie głupie jak kiedyś, gdy to mówiłam, ale naprawdę chciałabym kiedyś dostać Oscara. Ostatnio polski film dostał, więc może to nie jest takie nieosiągalne, jak nam się kiedyś wydawało. A z bliższych marzeń to kolejna rola w teatrze.

I tego Ci życzę!
Dziękuję!

Rozmawiał Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Komentarze

Skomentuj
  • Magda (gość)

    Świetny wywiad, fajna dziewczyna, doskonały redaktor :)

    12.01.2016 20:37

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×