"Berlin Alexanderplatz" [RECENZJA]. Baśń o pragnieniu stania się Niemcem. Najważniejszy europejski film ostatnich lat?

Berlin - miasto przestępstw, rapu, prostytutek, dilerów, gangsterów, nocnych klubów, ale też nowa ziemia obiecana i mekka uchodźców upatrujących szansy na nowe, lepsze życie. A może Berlin to po prostu kraina imaginacji, złudzeń oraz marzeń, które nigdy nie zostaną spełnione? Burhan Qurbani w "Berlin Alexanderplatz" nie pozostawia żadnych wątpliwości. Film już w kinach!

Multimedia

"BERLIN ALEXANDERPLATZ" - RECENZJA

Burhan Qurbani urodził się w 1980 roku w Erkelenz, jednak w jego żyłach płynie afgańska krew; potomek politycznych uchodźców, którzy opuścili Afganistan w czasie radzieckiej interwencji, już od początku swojej twórczości miał na celowniku obraz nowego społeczeństwa w Niemczech. Jeszcze w szkole filmowej zrealizował pilot serialu opowiadającego o tureckiej rodzinie zamieszkującej berliński Kreuzberg, aby pośrednio do tematu powrócić w swoim dyplomie i pełnometrażowym debiucie "Wyznanie wiary" (2010), gdzie na tapet wziął rozwarstwienie między niemiecką a islamską kulturą. Temat migrantów został liźnięty także w drugim filmie pt. "Jesteśmy młodzi, jesteśmy silni" (2014), lecz z dzisiejszej perspektywy obraz ten był tylko rozgrzewką przed decydującym uderzeniem pod postacią "Berlin Alexanderplatz", którym autor podzielił publiczność tegorocznego Berlinale.

Qurbani na język współczesny przepisuje klasyczną powieść Alfreda Döblina "Berlin Alexanderplatz: Dzieje Franciszka Biberkopfa", co czyni nie do końca współczesnymi metodami, rozgrywając akcję według własnych reguł; cytuje, wycina, eksperymentuje, krzyczy i żongluje efekciarstwem zmiksowanym z niezwykłą sterylnością oraz delikatnością zdjęć. Wynikiem tego jest ponad trzygodzinne, monumentalne dzieło, któremu bliżej do spektaklu teatralnego bądź instalacji artystycznej niż klasycznej fabuły. "Berlin Alexanderplatz" w wykonaniu niemiecko-afgańskiego twórcy zarówno intryguje, jak i irytuje. Drażni i fascynuje. Śmieszy oraz wprawia w osłupienie. Patrząc na to, jak Qurbani rozmieszcza kolejne elementy fabularnej układanki, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że miał do czynienia z teatralną interpretacją Natalii Korczakowskiej z warszawskiego Teatru Studio, bo obydwa dzieła promieniują podobną kampowością, ironicznością, próbując utrzymać się na cienkiej granicy między parodią a powagą.

Dzisiejszym Franciszkiem Biberkopfem, teraz zwanym Francisem (Welket Bungué), jest uchodźca z Bissau, który szczerze nienawidzi tego określenia. Niewiele wiemy o jego przeszłości, poza tym, że podczas morskiej przeprawy do upragnionej Europy, stracił miłość swojego życia i teraz postanowił być dobrym człowiekiem. Wypełnienie obietnicy jednak nie będzie takie proste, a widz stanie się świadkiem faustowskiego widowiska, gdzie - niczym u Goethego - Bóg i Mefistofeles założyli się o duszę afrykańskiego przybysza, rozdartego między dobrem i złem. Na stronę tego drugiego próbuje przeciągnąć go diaboliczny i przepięknie karykaturalny Reinhold (doskonały Albrecht Schuch), kuszący wizją życia w przepychu, pięknymi kobietami oraz - a może przede wszystkim - niemieckim paszportem. Dla obcego, który mówi łamanym niemieckim, mieszka wraz z innymi uchodźcami w obozie na lotnisku Tempelhof i nie ma absolutnie żadnych perspektyw, jest to bardzo ponętna propozycja. Łatwo ulec i powierzyć swoją duszę diabłu.

"Świnia". Seks z 14-letnimi prostytutkami, szantaż nagraniami i gangsterzy sterujący politykami. Słowacka odpowiedź na "Pętlę" Patryka Vegi?Zobacz więcej

W pięciu kolejnych odsłonach (oraz epilogu) "Berlin Alexanderplatz" oglądamy przemianę Francisa we Franza. Kogoś, kto chciałby stać się Niemcem z krwi i kości, kto sam z dumą wykrzykuje Ich bin Deutschland. Tyle, że prawdziwym Niemcem nigdy nie będzie. Co już słusznie zauważyła Urszula Antoniak w swoim "Pomiędzy słowami" (2017), Niemcy mogą szanować i żyć obok obcego, ale nigdy nie będą uważać go za jednego ze swoich. To bolesna diagnoza niemieckiego społeczeństwa, które przez lata ignorowało i wciąż lekceważy gastarbeiterów oraz ich potomków, próbując ich nie zauważać. Aż chce się krzyknąć: Augen auf! Dzisiaj jest to już niewykonalne i trzeba otworzyć oczy. Kanaki weszli nie tylko głęboko w niemiecką tkankę, lecz migranci stanowią mainstream, począwszy od świata filmu i muzyki, po wszystkie inne dziedziny życia. Tyle, że w wielu przypadkach wciąż muszą walczyć o paszport, a marginalizowani przez władzę i społeczeństwo, nie mają szansy na integrację, co rodzi kumulację przestępczości i innych patologii, czego niemalże dokumentalną relację otrzymaliśmy za sprawą serialu "4 Blocks" (2017-2020).

Reinhold robi wszystko, aby zdeprawować Francisa. Obydwaj bohaterowie wyglądają jakby stanowili rewers i awers jednej postaci. Reinhold to intelekt, Francis to siła. Pierwszy jest przebiegły, fałszywy oraz zdolny do największej obrzydliwości, natomiast drugi jest naiwny, honorowy oraz pełen wiary w ludzi. Nawet ich fizyczności się zazębiają; przygarbiony Reinhold nie ma sobie ni grama atrakcyjności, lecz jest uzależniony od seksu, a Francis na pierwszy rzut oka wygląda jakby został wyrzeźbiony przez samego Boga, ale nie postrzega każdej kobiety jako potencjalnej partnerki seksualnej. Ich relacja jest mocno nasączona homoerotyzmem. Są od siebie uzależnieni, przyciągają się i odpychają jednocześnie, jednak gdy Reinhold zorientuje się, że nie jest w życiu Francisa priorytetem, ten gorzko tego pożałuje.

Pożałują również kobiety, które pojawią się w życiu Francisa, z prostytutką Mieze na czele. Wcielająca się w eskortkę z aspiracjami, Jella Haase, która dzięki komediom Bory Dagtekina wyrosła na jedną z najciekawszych niemieckich aktorek młodego pokolenia, jest również narratorką całej historii, jawiąc się niczym głos sumienia oraz fantasmagoria głównego bohatera, który nigdy nie zaznał prawdziwego szczęścia. Może nigdy nie istniała? Może była jedynie pragnieniem miłości? Niczym biblijna Maria Magdalena jest nawróconą grzesznicą oraz świadkinią narodzin nowego Biberkopfa, którego nie sposób nie utożsamiać z wariacją na temat Jezusa Chrystusa. Z drugiej strony wiele w niej z Matki Boskiej, co symbolizuje - być może wtórna, lecz pasująca do tej opowieści - scena żywo inspirowana Pietą Michała Anioła.

"Berlin Alexanderplatz" tryska symboliką oraz cytatami. Burhan Qurbani w swojej wizji jest bezczelny, lekką ręką pożyczając wiele od mistrzów kina, ale ma wszystko pod kontrolą i potrafi przejęte motywy przepisać na własny język. Jego interpretacja Döblina podzieli widzów, ale to nie tylko brawurowa i przybijająca wędrówka po neonowym Berlinie, lecz przede wszystkim jeden z najważniejszych europejskich filmów ostatnich lat. Jeszcze żaden twórca tak dosadnie i wprost nie odnosił się do niemieckiego społeczeństwa, oskarżając Niemców o symboliczny mord na ausländerach. Świetna baśń o pragnieniu stania się Niemcem.

Ocena: 9/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 5 listopada 2020 roku.

"BERLIN ALEXANDERPLATZ" JUŻ W KINACH!

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Piotr (gość)

    Świetna recencja. Pozdrawiam autora. Podczas oglądania pomyślałem przez chwile o 4Block oraz Proroku Jacques’a Audiarda.

    07.12.2021 23:17

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×