"Bóg Internetów" [RECENZJA]. Od zera do youtubera, czyli krótka historia o tym, jak zrobić z siebie kretyna w sieci i zdobyć fejm

W momencie, gdy piszę te słowa, w internetkach rozgrywa się kolejna jutubowa drama. Jeden YouTuber oskarża drugiego, tamten odpowiada, włącza się trzeci. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły, bo co dzisiaj jest w trendach, jutro odejdzie w zapomnienie. O świecie internetowej sławy opowiada film "Bóg Internetów" w reżyserii Joanny Satanowskiej. Oceniamy!

Multimedia

"BÓG INTERNETÓW" - RECENZJA

Kuba "Szark" Szarkowski (Adam Organista) ma 30 lat, ale absolutnie nie ma żadnych perspektyw na przyszłość. Typowy przegryw i piwniczak, którzy nigdy nie trzymał dziewczyny za rękę. Wręcz wzorcowy stulejarz, który nie potrafi zadbać o siebie, dobrze się ubrać, a jego przebywanie w tym słynnym T O W A R Z Y S T W I E staje się definicją krindżu.

Jego świat ograniczony jest do Internetu, więc nic dziwnego, że swoją przyszłość widzi... w sieci. Marzeniem Kuby jest zostanie znanym youtuberem, tyle, że nie ma na swoją filmową działalność żadnego pomysłu. Z jednej strony chce robić pranki (jest 2020 rok, przypomnijmy), z drugiej nagrywać daily vlogi, ale wszystkie jego wysiłki kończą się porażką i wylądowaniem w zestawieniu największych idiotów YouTube'a. W końcu nawet zła sława jest sławą, prawda? Przecież wyczyny kretynów klikają się najlepiej, więc w tym szaleństwie jest metoda. Od zera do (popularnego) youtubera. Teraz zostają już tylko wywiady, kontrakty reklamowe i transmisje live.

Joanna Satanowska postanowiła do rozmiarów pełnego metrażu rozwinąć jeden ze swoich wcześniejszych krótkometrażowych pomysłów. Forma, jaką wybrała, zapewne nie każdemu przypadnie do gustu, ale ja kupuję ten quasi-dokumentalny sposób podążania na bohaterem. Oglądając "Boga Internetów" właściwie można poczuć się tak, jakbyśmy oglądali ponad 90 minutowy film z YouTube'a, przez co mocno zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością. Z jednej strony wiemy, że to jedynie fabuła, a z drugiej obserwujemy jak aktorzy Magdalena Celmer i Mikołaj Chroboczek po części grają samych siebie, przy okazji mrugając okiem do widza i nawiązując do swojego wspólnego projektu pt. "Zgniłe uszy". Dorzućmy do tego prawdziwych youtuberów i ciekawy zabieg z matką głównego bohatera, która nie zgodziła się na publikację swojego wizerunku. I co najśmieszniejsze, gra ją... a zresztą sami się przekonacie, gdy obejrzyjcie film.

Urodzona w 1988 roku reżyserka zaprasza widzów do świata YouTube'a, który tylko teoretycznie jest znany. Oczywiście, Satanowska nie odkrywa Ameryki, gdy zauważa, że w Internecie najbardziej klikalne są rzeczy najgłupsze, najbardziej żenujące czy kontrowersyjne, ale największa siła "Boga Internetów" jest w momentach, gdy film zaczyna opowiadać o relacjach międzyludzkich. Wzajemne żerowanie YouTuberów na sobie, walka o wyświetlenia czy "przyjaźnie" wynikające z popularności drugiej osoby. To rzeczy stare jak świat, rządzące od lat chociażby celebryckim środowiskiem, jednak w przypadku internetowych gwiazdorów wybrzmiewają dosadniej.

"Zgniłe uszy". Najbardziej nieszablonowa i odjazdowa komedia romantyczna w polskim kinie?Zobacz więcej

Satanowska pyta się, jaka jest wartość popularności. Co można poświęcić dla kilku minut sławy? Własne zdrowie? Rodzinę? Przyjaźń? Tutaj kapitalna jest scena z udziałem Magdaleny Celmer, która idzie na casting, podczas którego jest zmuszana do coraz bardziej poniżających rzeczy. Zdecydowanie jeden z najmocniejszych momentów filmu. Zresztą Magdalena Celmer swoją energią oraz talentem kradnie dla siebie każdą scenę, w której się pojawia. Jako początkująca aktorka, jarająca się fit życiem oraz relacjonująca każdy moment swojego jestestwa w mediach społecznościowych, opowiada o jednej ze współczesnych patologii, która aktorów dotyka szczególnie - nie ma cię w sieci, nie istniejesz. Zdarzało mi się rozmawiać z aktorami, którzy mówili mi, że nie raz spotkali się z tym, że o zdobyciu roli w filmie bądź serialu, zadecydowały ich zasięgi w mediach społecznościowych.

W tym momencie można zatrzymać się i zastanowić, czy w XXI wieku oddzielenie życia realnego i wirtualnego jeszcze w ogóle jest możliwe? A może pojęcie "życia wirtualnego" nie ma już żadnego sensu? Wirtual już od dawna przenika się z realem, aczkolwiek wciąż w sieci łatwiej od podstaw zbudować swój wizerunek, który jednocześnie prosto zweryfikować w "prawdziwym" życiu. Nasze wyobrażenie o sobie nigdy nie wygra z prawdą.

"Bóg Internetów" trafia w punkt swoją aktualnością oraz wyczuciem współczesności. Kameralny dramat o zagubieniu w świecie wielkich możliwości, gdzie od najmłodszych lat liczy się przede wszystkim pomysł na siebie. To krótka wycieczka dla świata YouTube'a, gdzie w pogoni za fejmem, wyświetleniami oraz lajkami łatwo zatracić samego siebie. Kompleksy leczone potrzebą bycia popularnym. W pewnym momencie każdym youtuberem zaczynają sterować widzowie, którzy stają się źródłem utrzymania oraz łechtania ego, więc trzeba tańczyć jak zagrają. Jeżeli wyhamujesz, to na twoim miejscu pojawi się ktoś nowy, kto jest gotowy postawić swoją granicę ciut dalej. I tak to się żyje w tej sieci, kochani widzowie. A teraz losujemy kubek. GO HA, GO HA, GO HA, 3 złote.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 10 grudnia 2020 roku, w ramach relacji z 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

"BÓG INTERNETÓW" DO KIN TRAFI W 2021 ROKU

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×