"Bohemian Rhapsody" [RECENZJA]. Muzycznie imponujące widowisko, ale Freddie Mercury zasłużył na fabularnie lepszy film

Proces powstawania filmu „Bohemian Rhapsody” nie był usłany różami i właściwie stanowi materiał na osobne dzieło filmowe. Najpierw Sacha Baron Cohen zrezygnował z roli głównej, gdy okazało się, że filmowy Freddie Mercury musi być łagodniejszy, a później – jeszcze w trakcie zdjęć – odszedł reżyser, Bryan Singer, który jednak ostatecznie widnieje w napisach jako twórca produkcji. Aż dziw, że wszystko udało się poskładać w jedną całość i wprowadzić do kin.

Multimedia

"BOHEMIAN RHAPSODY" - RECENZJA

Scenariusz „Bohemian Rhapsody”, którego autorem jest Anthony McCarten, musiał zostać wcześniej zaakceptowany przez członków Queen i to w zasadzie od początku do końca ustawia cały film. Dostajemy grzeczną oraz wygładzoną historię Freddiego Mercury’ego i Queen, gdzie wszystko jest kreślone grubymi liniami i nie ma miejsca na żadne szarości – albo jest się dobrym, albo złym.

Zwróćcie uwagę na filmową wersję Queen, no po prostu chłopki cud malina. Niby z pazurem, ale gdy trzeba to grzecznie przeprowadzą staruszkę przez jezdnię. Widać, że członkowie zespołu zatroszczyli się o to, aby na wielkim ekranie nie spadł im z głów żaden włos – od pierwszej do ostatniej minuty wiemy, że to poczciwe i dobre chłopaki są.

Jednak, choćby się dwoili i troili, stanowią jedynie tło dla gwiazdy filmu, bo Freddie Mercury to był gość! To właśnie on wprowadza nas do świata „Królowej” i właściwie to jedyny bohater, któremu twórcy starają się nadać choćby minimalny charakter. Udaje się to połowicznie, głównie za sprawą bardzo dobrego Ramiego Maleka, który robi wszystko, aby z tak scenariuszowo skrojonego bohatera wycisnąć coś więcej. Nie zawsze się to udaje, ale brawo za próbę.

Głównym problemem „Bohemian Rhapsody” jest brak zdecydowania; pomysł, aby przedstawić historię Freddiego i Queen od powstania do koncertu Live Aid na Wembley, nie był trafiony. Właśnie dlatego żaden z wątków w filmie nie może odpowiednio wybrzmieć, a autorzy tylko prześlizgują się po kolejnych faktach z życia Farrokha Bulsara, jak naprawdę nazywał się wokalista Queen. Nie ma tutaj miejsca na żadne zaskoczenia, ot typowy film biograficzny.

"Ślepnąc od świateł". Naćpani celebryci, seks polityków z prostytutkami oraz opowieść o ludzkich błędach i słabościach. Najlepszy serial HBO Polska?Zobacz więcej

Szkoda też, że twórcy tak bardzo skupiają się na orientacji seksualnej głównego bohatera zamiast na nim samym, przez co jego obraz jest dość płytki. To w zasadzie jeden wielki teledysk; w tej historii był dużo większy potencjał. Ba, sam Freddie zasłużył, aby opowiedzieć o nim w lepszy sposób.

O ile „Bohemian Rhapsody” scenariuszowo prezentuje się dość mizernie, tak technicznie mamy do czynienia z ucztą dla oczu. Doskonałe kostiumy, scenografie, oddanie ducha epoki – kłaniam się nisko. Wygląda to wybornie. Do tego świetny, dynamiczny montaż, który po części uwspółcześnił i uatrakcyjnił całość.

Największą siłą „Bohemian Rhapsody” jest muzyka. Wówczas mamy do czynienia z petardą. Są ciary, są emocje, są łzy w finale – potwierdzone i sprawdzone. Każda z muzycznych sekwencji to małe arcydzieło. I nie mam na myśli wyłącznie koncertowych scen, ale też rekonstrukcję realizacji teledysku czy sekwencję nagrywania płyty w stodole. Wtedy czuć moc „Bohemian Rhapsody”.

Mimo wszystko mam do „Bohemian Rhapsody” ogromną sympatię. Fabularne film bardzo często niedomaga, ale przez sposób realizacji oraz ścieżkę dźwiękową zwyczajnie nie potrafię nie lubić tego filmu. Bo właściwie otrzymaliśmy miły dla oka obrazek, który dość dobrze się ogląda. Widzowie, którzy nie są psychofanami Queen, raczej będą dobrze się bawić podczas seansu. A po wyjściu z kina bankowo sięgną po płyty Queen. Wiem, co mówię.

Ocena: 6/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"BOHEMIAN RHAPSODY" W KINACH OD 2 LISTOPADA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 2 listopada 2018 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Jola (gość)

    PS. Dla mniej zorientowanych: można przejrzeć trasę Works Tour, chociażby na Wikipedii i tam się dowiedzieć, że ostatni z wielu koncertów zagrali na dwa miesiące przed Live Aid i nie mieli kilkuletniej przerwy, jak sugeruje film. I Freddie nie musiał się biczować, jak to przedstawiono, żeby wrócić do zespołu. Ta scena była chyba najbardziej żenująca w tym filmie. I nie wiem jak pozostali członkowe grupy mogli ją zaakceptować lub może nawet wpaść na taki pomysł? Mało tego, w dokumentalny filmie,, Queen : Days of Our Lives,, jest mowa o tym, że to oni wręcz namawiali go do udziału w tym przedsięwzięciu.

    19.11.2018 22:47
  • Jola (gość)

    Nie czuję się,, psychofanką,, Queen, ale fanką tego zespołu na pewno. Jako rocznik 1960 mogę powiedzieć, że jego muzyka towarzyszyła mi od początków jego istnienia. I daleka jestem od zachwytów nad tym filmem. Wręcz przeciwnie. Ale po kolei. Co do strony muzycznej, to jest wspaniała. Ale, że znam i oglądałam ich koncerty wydawane na kasetach DVD a później płytach CD, wiedziałam, że to giganci występów na stadionach i co Freddie potrafił robić z publicznością. I jak ona na niego reagowała. To było świetnie pokazane. Ale co do biografii tego genialnego muzyka, to totalna porażka. Nie będę punktowała nieścisłości, bo to już zrobili inni. Za grosz nie oddano jego wielkości, talentu, charyzmy, skupiając się na orientacji seksualnej. Widocznie pozostali członkowie zespołu zadbali o to, żeby Freddie ich nie przerosł. A scena w gabinecie menagera przed Live Aid woła o pomstę do nieba. To nie on potrzebował zespołu, tylko zespół jego. A May i Taylor w tym filmie to prawdziwe anioły! Zero alkoholu, narkotyków, tylko żony i dzieci. Śmiać się chce, kiedy May zabierając żonę mówi przed przyjęciem u Freddiego,, choć, to nie dla nas,, Widocznie nie przejrzał dobrze internetu i nie widział siebie bawiacego się na tych sławnych balangach u Fredka. Podsumowując duży plus za muzykę i ogromny minus za fabułę.

    19.11.2018 22:03

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×