Brodzik: Mam 2 prywatnych trenerów. Każdy po... 15kg!

Joanna Brodzik (37 l.) przez ostatnie miesiące nie udzielała zbyt wielu wywiadów. Gwiazda skupiła się jedynie na rodzinie, gotowaniu oraz pracy, którą kocha nad życie.

Multimedia

Dlatego ten wywiad jest wyjątkowy! Tylko w rozmowie z Faktem gwiazda zdradza sekrety ciężkiej pracy w swoim programie kulinarnym "Brodzik od kuchni", a także opowiada o wyjątkowej atmosferze na planie serialu "Dom nad rozlewiskiem". Po raz pierwszy opowiada też, jak bardzo zmieniło ją macierzyństwo, jak spędza wolny czas z najbliższymi oraz komu zawdzięcza swoją zgrabną figurę.

Czy spodziewała się pani, że ludzie tak panią pokochają dzięki roli w serialu "Dom nad rozlewiskiem"? - Bardzo na to liczyłam. Małgosia jest świetną postacią i bardzo mi zależało, żeby widzowie ja pokochali.

Jest Pani zadowolona, że będzie kolejna seria serialu? - Oczywiście, że jestem zadowolona. Drugi raz wejść do tej samej rzeki to duża satysfakcja. I duży kredyt zaufania.

A co Panią najbardziej urzekło w tym serialu? - W "Domu nad rozlewiskiem" udało się uchwycić coś, co rzadko zdarza się w serialu - nadrzędnym bohaterem stała się mazurska przyroda. Tak jak w "Magdzie M." udało się sfotografować Warszawę jako bohatera serialu, tak w tym przypadku udało się pokazać bohaterów w kontekście otoczenia, świata, który na nich wpływa. Na ich postawy i wybory, na ich życie. Myślę, że to bardzo istotne i fajnie, że widzowie też to dostrzegają.

Jak Pani godzi pracę z opieką nad dziećmi. Kto się nimi opiekuje, gdy Pani gra? - Staram się tak zaplanować swoje życie rodzinne i zawodowe, żeby moja praca nie odbierała mi przyjemności bycia z dziećmi na co dzień.

Pojawiły się jakieś przyjaźnie na planie? - Stanowimy zgrany, zaprzyjaźniony zespół. Nie może być inaczej, kiedy spędza się ze sobą 12 godzin dziennie 6 razy w tygodniu. Trochę to przypomina pracę na statku kosmicznym - tylko zamiast burz słonecznych musimy radzić sobie z burzami mazurskimi. A zamiast kosmitów walczymy z muchami (śmiech).

Woli pani grać w otoczeniu przyrody czy w mieście? - Fajnie jest grać tę postać w takim odrealnieniu, oddaleniu od codzienności. Na czas realizacji serialu przeniosłam się z domem na Mazury - tu mieszkam, nie podróżuję, nie krążę między Warszawą a Mazurami. Właściwie to dziś, rozmawiając z panią na konferencji prasowej w Warszawie czuję się nie na miejscu, a tam, w ogrodniczkach i bez makijażu, czuję się absolutnie na miejscu. Ekipa się bardzo z sobą zżyła. Ta radość z tego, że spotykamy się drugi raz spowodowała, że ludzie się bardzo ze sobą zaprzyjaźnili. Wzajemnie się odwożą i przywożą z Warszawy. Przywozimy sobie rzeczy, których nam brakuje na Mazurach i bardzo o siebie dbamy nawzajem. Myślę, że ten serial wyglądałby inaczej, gdyby grali w nim inni ludzie. Nie wyobrażam sobie choćby jednej osoby z obsady, którą można byłoby zamienić na kogoś innego.

Zakochała się pani w Mazurach? - Nie. Choć nauczyłam się je lubić. Przekonałam się, że jestem typem miejskim i bardzo mi już tęskno do Marszałkowskiej. Cieszę się, że grając Małgosię mogłam zakosztować sielskiego życia na wsi, ale ciągnie mnie do szumu wielkiego miasta.

A może marzy pani o domku w takich okolicach? - Chyba nie. Chociaż nie wiem, co się wydarzy w przyszłości. Ale jeśli już jakiś domek, to raczej na południu Hiszpanii, bo tam nie ma... much (śmiech).

Miała pani już wakacje w tym roku? - Na wakacje przyjdzie czas, kiedy skończę prace nad "Domem nad rozlewiskiem".

Na Mazurach nie tęskni pani za swoim ukochanym? - Nie tęsknię, bo jak jestem w pracy, to zajmuję się swoją pracą. A jak mam wolne, to staramy się spędzać jak najwięcej czasu razem.

Ma pani jeszcze jakieś inne plany zawodowe oprócz "Domu nad rozlewiskiem"? - Kończę prace nad serialem w październiku i mam nadzieję, że wkrótce będziemy mogły rozmawiać o kolejnych projektach.

Myślała pani o powrocie do teatru? - Zrezygnowałam z pracy w teatrze w momencie, w którym zaczęłam dużo grać w telewizji. Lubię spędzać wieczory ze swoimi przyjaciółmi, bliskimi, a regularne granie w telewizji i w teatrze by mi to uniemożliwiło. Uniemożliwiłoby również bycie wieczorami z dziećmi, więc na razie, dopóki kładą się w okolicy ósmej, pewnie będę się przed powrotem na deski teatru wzbraniać. Ale może kiedy dzieci podrosną...

W tej ramówce TVP nie będzie pani programu "Brodzik od kuchni". - To prawda. Mam nadzieję, że w wiosennej ramówce taka możliwość się znów pojawi. Chyba że zdarzy się coś, co skieruje moją uwagę zawodową na inne tory. Najważniejsze jest to, że udało mi się zrealizować marzenie i spróbować zmierzyć się z kuchnią na ekranie, stworzyć od podstaw program telewizyjny i zrealizować go. To jest zupełnie co innego, niż bycie gospodynią domową. Ale zrobiłam to i jestem bardzo szczęśliwa, że się odważyłam. Dało mi to duże doświadczenie, które na pewno wkrótce wykorzystam.

Pojawiał się stres? - Stres nie, ale uświadomiłam sobie, jak trudny jest zawód kucharza, który 12 godzin stoi na nogach i gotuje. Zwłaszcza że nie chciałam, aby w tym programie były jakieś uproszczenia i "ściemy". Rzeczywiście, kiedy chleb był w piekarniku, to czekaliśmy, aż on się upiecze. Zdaje się, że to jedyny program kulinarny, w którym nie używano opalarki, żeby jedzenie wyglądało na gotowe, tylko po prostu było gotowe.

Myślała pani o napisaniu książki kucharskiej? - Pojawiają się takie propozycje, więc kto wie, co się wydarzy. Może jak będę już miała sieć świetnie działających restauracji, to wtedy przyjdzie na to czas.

A ma pani takie plany? - Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Co pani gotuje swoim synom? - Gotuję dla nich z dużą ilością ziół i bardzo kolorowo. Daję im do spróbowania wszystkie te rzeczy, które sprawiają, że ich kubki smakowe rozwijają się równie dobrze jak oni. Smak to też jest rzecz, której trzeba dzieci nauczyć.

Czy macierzyństwo w jakiś sposób panią zmieniło? - Jak pani tak na mnie patrzy, to myśli pani, że zmieniło?

Myślę, że tak. - Postarzałam się w fajny sposób, o jakim sobie zawsze marzyłam. Kiedy miałam 20 lat, zastanawiałam się nad tym, jaką kobietą będę. I mniej więcej tak to sobie wyobrażałam. Czuję się świetnie w swojej skórze. Aż się nie mogę doczekać, co to będzie, jak będę miała 60 lat.

Cały czas pani gotuje. Jak pani to robi, że ma taką piękną figurę? - Po prostu nie zjadam wszystkiego tego, co gotuję, tylko dzielę się z tymi, których kocham. Jestem propagatorką idei "slow food". Jestem za tym, żeby celebrować posiłki ze swoimi bliskimi. Kiedy siedzisz przy stole z innymi i biesiadujesz, smakujesz - karmisz mózg i serce. Szanujesz siebie i tych, z którymi jesz. To jest bardzo ważne, tak naprawdę chyba ważniejsze od jakichkolwiek wytycznych, picia wody z cytryną i innych karkołomnych wskazówek dotyczących odżywiania. Myślę, że najważniejszy jest szacunek dla siebie. Świadomość tego, co się lubi, jak chce się celebrować jedzenie. Odżywianie organizmu jest wyrazem miłości do siebie.

Chodzi pani na siłownię? - Proszę pani, mam dwóch prywatnych trenerów, obaj po 15 kg - oni zapewniają mi kilkanaście razy w ciągu dnia, a czasem i nocą cały zestaw ćwiczeń. Skłony, przysiady, skręty i wymachy. Ewidentnie nie potrzebuję dodatkowego trenera (śmiech).

A co pani myśli o operacjach plastycznych? - Myślę, że skoro zostały wymyślone metody, które mogą poprawić niedoskonałości natury, to nie widzę powodu, czemu kobiety i mężczyźni mieliby tego nie robić. I już. Jeśli coś ci w życiu przeszkadza, zmień to. To ty decydujesz!

Zobacz również: Polska piosenkarka znowu pokazała biust!

Czytaj także: Brodzik nie chce się odchudzać! Menadżer Muchy uratuje karierę Brodzik? Joanna Brodzik otwiera restaurację

Komentarze

Skomentuj
  • baśka (gość)

    Jest ekstra:))-dużo dobrego

    25.08.2010 20:10

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×