"Cena władzy" [RECENZJA]. Teatr Telewizji o wydarzeniach z grudnia 1970 roku i upadku Gomułki. "Łobuzeria, warcholstwo, trzeba do nich strzelać!"

Grudzień roku 1970 tragicznie zapisał się na kartach historii Polski. Podwyżka cen mięsa oraz artykułów spożywczych doprowadziła do społecznych protestów, które zostały krwawo stłumione. Cenę za to zapłacił Władysław Gomułka, który musiał ustąpić ze stanowiska I sekretarza KC PZPR. O tych wydarzeniach opowiada spektakl Teatru Telewizji pt. "Cena władzy".

Multimedia

"Cena władzy" - premiera w poniedziałek, 14 grudnia, o godzinie 21:00 na antenie TVP 1

"CENA WŁADZY" - RECENZJA

Od wydarzeń z grudnia 1970 roku mija właśnie 50 lat. To doskonały moment, aby wrócić pamięcią do masakry na Wybrzeżu, która dobitnie pokazała, do czego zdolna jest komunistyczna władza wobec swoich obywateli. O zwykłych Polakach, reprezentantach klasy robotniczej, podczas tych wydarzeń opowiadał Antoni Krauze w swoim udanym "Czarnym czwartku. Janek Wiśniewski padł". Teraz, prawie dekadę później, do tematu wraca młody reżyser Arkadiusz Biedrzycki, który na warsztat wziął dramat Roberta Miękusa i Sławomira Kopra. O ile "Czarny czwartek" bardziej skupiał się na "ulicznej" perspektywie grudniowych wydarzeń, tak Biedrzycki przygląda się tym tragicznym wydarzeniom z wygodnych, zadymionych i zacisznych biur oficjeli polskiej administracji. Tam były podejmowane najważniejsze decyzje oraz toczyły się wewnętrzne wojenki o przejęcie władzy, gdzie troska o Polskę i Polaków nie liczyła się dla nikogo. Więcej, ofiary były potrzebne, aby pozbyć się Władysława Gomułki.

Sam Gomułka (Wojciech Kalarus) na ekranie jest przedstawiony jako frustrat, który gotowy jest na wszystko, aby tylko udowodnić swoją rację. Nie słucha nikogo i czuje się niczym bóg, ponieważ chwilę wcześniej Józef Cyrankiewicz i Willy Brandt podpisali, "na złość kacapom", Warschauer Vertrag. Tyle, że normalizacja stosunków z RFN niewiele obchodziła głodnych obywateli, którym tuż przed świętami podniesiono ceny żywności.

Arkadiusz Biedrzycki przygotował kameralny, lecz trzymający w napięciu, gabinetowy dramat, gdzie intryga goni intrygę, a sojusznicy mogą zmienić się w każdym momencie. Wszak, na wojnie przyjaciele odwracają się jak role. W ten sposób obserwujemy, jak rosło wewnątrz partii poparcie dla Edwarda Gierka (Zbigniew Stryj), który został wytypowany na następcę Gomułki. Ta postać na ekranie jest przedstawiona zachowawczo, co tylko podkreśla ówczesną mentalność przyszłego I sekretarza, który bał się stracić swoją ciepłą posadkę w Katowicach, lecz jednocześnie wizja kierowania całym krajem była dla niego bardzo kusząca.

Jednak to nie Gierek, ani nawet Gomułka, okazali się najciekawszymi bohaterami spektaklu. Przedstawienie wszystkim kradnie ekranowy Wojciech Jaruzelski, w którego brawurowo wcielił się Marcin Bosak. Jego Jaruzelski jest doskonałym strategiem, który przebiegłością oraz przewidywaniem wrogich ruchów, porozstawiał swoich przeciwników po kątach, torując dla siebie drogę do kolejnych szczebli na drabinie kariery politycznej. Znaczące jest zakończenie spektaklu, gdzie kamera zwraca się na Jaruzelskiego, który krokiem - pewniejszym niż kiedykolwiek wcześniej - wychodzi z budynku i już wie, że niedługo nadejdzie jego moment.

"Cena władzy" trzyma w napięciu i jednocześnie przeraża, gdy uświadomimy sobie, że my, zwykli obywatele, jesteśmy wyłącznie pionkami w rękach politycznych graczy. W jednej ze scen Gomułka wykrzykuje o protestujących:  "łobuzeria, warcholstwo, trzeba do nich strzelać". Brzmi współcześnie? No właśnie.

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 14 grudnia 2020 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×