Czarodziejki naszej wyobraźni: Audrey Hepburn

Jest nadal niedościgłym wzorem elegancji i szyku. O Audrey Hepburn, która ciągle inspiruje i rozpala wyobraźnię i urzeka...

Henryk Tronowicz: - Zgodzi się pani, że gwiazdy, co do których mamy pewność, że nigdy nie gasną, oglądamy tylko w kinie? W tej cudownej galerii dam - wielkie księżniczki ekranu: Greta Garbo, Ingrid Bergman, Grace Kelly. No i Audrey Hepburn.

Gabriela Pewińska: - Billy Wilder powiedział o niej: Bóg cmoknął ją w policzek i tak już zostało.

H.T.: - Nawet Stwórca może mieć chwilę zapomnienia. Ona miała własny styl gry, styl bycia i niepowtarzalną osobowość.

G.P.: - Oraz to coś, co Francuzi nazywają "je ne ce quoi". Rzadko spotykany wdzięk. Naturalność. I klasę. A do tego była niezwykle skromna. Śmiała się: - Moja matka nauczyła mnie, aby stać prosto, siedzieć wyprostowaną i palić najwyżej sześć papierosów dziennie.

H.T.: - Tajemnica Audrey Hepburn tkwiła przede wszystkim w jej hipnotyzujących spojrzeniach. Powszechną sympatię publiczności zdobyła już pierwszą główną rolą, którą zagrała jako partnerka Gregory'ego Pecka w "Rzymskich wakacjach". G.P.: - Przyćmiła go. Był przy niej jedynie dodatkiem. Kolorową chustką na jej łabędziej szyi. Chodził za nią jak pies.

H.T.: - Za kreację niewinnej księżniczki w tej komedii zgarnęła od razu Oscara! Jako aktorka była damą wymagającą. Ceniła kobiecą elegancję. Potrafiła reżyserom bezbłędnie podpowiadać warunki charakteryzacji, szykowne garderoby. Nakrycia głowy w "Śniadaniu u Tiffany'ego" pochodziły ze słynnego domu mody Givenchy'ego, z którym współpracowała przy kilku filmach. Przedsmak tej postawy pojawił się wcześniej, w scenie skracania włosów u fryzjera w tychże "Rzymskich wakacjach". Podobno dzisiaj Scarlett Johansson upina koczek z grzywką, wzorując się na Audrey Hepburn.

G.P.: - Johansson może nosić sobie tuzin takich koczków. Nic z tego. Nie upodobni się. Givenchy pomógł stworzyć Audrey niezwykły wizerunek, choć uważał, że wyglądałaby wyjątkowo nawet w worku po ziemniakach. H.T: - Nawet w papierowej torbie.

G.P.: - Nawet owinięta w okienną zasłonę, jak to widać w "Śniadaniu u Tiffany'ego", w scenie zakrapianej imprezki u panny Holly, którą zagrała fenomenalnie.

H.T.: - Jest tam też epizod, kiedy panna Holly wkrada się do sypialni sąsiada z gołymi nóżkami, a po chwili wierci się na jego łóżku w czarnych pończoszkach... Jak u Grace Kelly, jej kokieteria i seksapil były zawsze subtelne, dyskretne.

G.P.: - Ja nawet nie wiem, czy w jej przypadku można mówić o seksapilu. Ona była jakoś ponad to. To było coś więcej. Jej syn pisał: "Styl to słowo, którego używamy często w przeróżnych kontekstach. W przypadku mojej matki było to uzewnętrznienie duchowego piękna, wzmocnionego poczuciem dyscypliny, poszanowania bliźnich i wielkiej wiary w ludzi".

H.T.: - Dawała temu liczne dowody także poza kamerą, w życiu publicznym.

G.P.: - To, co urzekało w niej najbardziej, to jakaś prostota granicząca z trzpiotowatością. Ktoś wspomniał ją, mówiąc: "Audrey Hepburn to zwykła smarkula, łobuz, zbieg z domu dziecka". A mimo tej chłopakowatości była w jej ruchach jakaś gracja. Smukłość. No i ta szyja.

H.T: - No i te uwodzicielskie oczy...

G.P.: - Ich "twórcą" był słynny charakteryzator Alberto de Rossi. Nakładał na rzęsy tusz, a potem cierpliwie rozdzielał je agrafką.

H.T.: - Korzystał z okazji, aby przedłużać sesje przed lustrem i oglądać jej słodkie minki...

G.P.: - A była dziewczyną, która lubiła się uśmiechać. Ten uśmiech towarzyszy nam dziś niemal na każdym kroku. Audrey uśmiecha się do nas z ceramicznych kubków z jej wizerunkiem, torebek, koszulek, poduszek... Kupi pan sobie taką poduszkę i będzie się pan mógł przytulać do Audrey na okrągło, panie Henryku. Mówiła: - Najważniejszą rzeczą jest, aby cieszyć się swoim życiem - być szczęśliwym - tylko to się liczy. Ale miała też w sobie jakiś wewnętrzny smutek.

H.T.: - Na drodze do poszukiwania szczęścia osobistego aktorki, w jej życiu prywatnym były różne egzotyczne fazy. Początkowo przyjaźniła się z aktorem Jamesem Hansenem. Następnie z Melem Ferrerem, potem jej pierwszym mężem. Po 14 latach rozstali się. Udała się, dla relaksu, w rejs i zakochała się na amen w przystojnym włoskim lekarzu, z którym związała się na lat kilkanaście. Ten nowy mariaż trwał 13 lat. Nim doszło do rozwodu, wcześniej... poznała Holendra Roberta Woldersa, z którym była już do końca i dopiero ten swój trzeci związek, zresztą nieformalny, uznała za najszczęśliwszy.

G.P.: - Powtarzała, że to, co dla niej najważniejsze to troska, miłość i opieka. Z tych trzech najważniejsza była miłość. Miłości poszukiwała całe życie. Wyznawała zasadę: "Jeśli chcesz mieć piękne usta, to mów jedynie czułe słowa. Jeśli chcesz mieć piękne oczy, to szukaj nimi dobra drzemiącego w ludziach. Jeśli chcesz być szczupła i zgrabna, to swoją strawą dziel się z głodującymi".

H.T.: - Ciekawe jakim sposobem utrzymywała swoją śliczną figurę?

G.P.: - Codziennie jadła makaron z pomidorami! Uwielbiała go!

Źródło: www.dziennikbaltycki.pl

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×