"Diversion End". Policjant, prostytutki i złodziej w jednym jadą wozie [RECENZJA]

„Diversion End” to karkołomny projekt, o którym głośno jest już od 2014 roku. Grupa zajawkowiczów, pod przywództwem Michała Krzywickiego, postanowiła porwać się na realizację celowo kiczowatego filmu klasy B, w którym można przerzucać się odniesieniami do popkultury, produkcji Quentina Tarantino czy Nicolasa Windinga Refna, gdzie krew sika na wszystkie strony świata, a bohaterów napędza wóda, koks i dziki seks. Obraz swoją polską premierę miał na festiwalu Młodzi i Film 2017.

Multimedia

Bliżej niezidentyfikowana przyszłość lub alternatywna rzeczywistość. Znajdujemy się w Nowej Warszawie, stolicy Polski, która za nic w świecie nie przypomina współczesnej Warszawy. W tej miejskiej dżungli swoje marne życie wiodą dwaj przyjaciele: Blaz (Kevin Oestenstad) i Oleg (Michał Krzywicki). Ten pierwszy jest fajtłapowatym gliniarzem, który prędzej sam się postrzeli niż złapie zbója, a z pracy nie wylatuje tylko dlatego, że jego szef, Wrona (Philip Lenkowsky) to dawny przyjaciel rodziny. Drugi natomiast to ćpun i złodziej, który nigdy nie myśli o konsekwencjach swoich działań, przez co z tarapatów zawsze musi wyciągać go Blaz.

Nie inaczej jest tym razem. Pewnego wieczoru obaj panowie ostro polecieli z koko w nosie, a jako, że Oleg chciał ostrzej zabawić się ze swoją dziewczyną, Ritą (Sylwia Madejska), założył na siebie maskę prosiaka i pożyczył pistolet swojego mundurowego kumpla. Traf chciał, że broń w pewnym momencie wypaliła, a pragnąca zwierzęcych igraszek dziewczyna zginęła. Cóż… W tej sytuacji przyjaciele za wszelką cenę będę chcieli pozbyć się ciała i zatuszować zbrodnię, ale jeszcze nie wiedzą, że prawdziwa akcja bez trzymanki dopiero przed nimi.

„Diversion End”, czyli historia gdzie policjant, prostytutki i złodziej w jednym jadą wozie, nieustannie mruga okiem do widza. To produkcja utrzymana w kampowej stylistyce, gdzie komiksowość oraz przerysowanie miesza się z robionym na poważnie kinem neo noir. Michał Krzywicki chciał znaleźć kompromis pomiędzy parodiowaniem i groteską, a z pełną świadomością zrealizowanym filmem klasy B, gdzie fabuła od początku do końca jest prosta, jasna i klarowna, ale też nie brakuje wielu zwrotów akcji. To mu się udało, chociaż trzeba przyznać, że film bardziej broni się jako farsa na temat tarantinowskiego typu kina, gdzie oglądamy sceny perełki, jak chociażby sekwencja z jedzeniem pierogów czy kupowaniem papierosów.

To przerysowanie oraz satyra są wręcz idealnie dopasowane do polskiej rzeczywistości i nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy polscy aktorzy mówią angielskim z dziwnym akcentem, a na ekranie oglądamy amerykańskiego aktora jeżdżącego Tarpanem. Ciut gorzej sprawa wygląda, gdy Michał Krzywicki wraz z ekipą chcą być na serio. I owszem, robią wówczas pełnokrwiste kino niskobudżetowe, tyle tylko, że do scenariusza wkrada się nuda i właściwie bohaterowie zaczynają mnie coraz mniej obchodzić. To też wynik tego, że sceny akcji zastępowane są niezbyt potrzebnymi sekwencjami rozmów, które niby coś wprowadzają do fabuły, ale na dobrą sprawę całość obyłaby się bez nich. Tym bardziej szkoda, gdyż w scenach akcji autorzy tryskają pomysłami, chwalą się bogatą wyobraźnią, a sekwencje wszelakich tortur to swoiste crème de la crème.

"Wieża". Architektoniczny musical i parada słodko-gorzkiej prawdy o nas samychZobacz więcej

Złego słowa natomiast nie można powiedzieć na stronę wizualną „Diversion End”. Zdjęcia Łukasza Suchockiego sprawiły, że jako widzowie zostajemy wepchnięci do mrocznego, dusznego, przesączonego oparami cracku świata, gdzie wszechobecne kolory są złudne, a cios może zostać zadany dosłownie z każdej strony. Witamy w królestwie świateł i neonów. Twórcy eksperymentują z kamerą, od czasu do czasu montują ją na różnych obiektach i z tej perspektywy skupiają się na bohaterach. Jak na produkcję niezależną, z ograniczonym budżetem, wygląda to imponująco i sprawia, że chciałbym jeszcze raz zagłębić się w ten kolorowy świat. Dodatkowo efekt wzmacnia ciekawie dobrany soundtrack, podkręcający klimat całości.

Duża też w tym zasługa aktorów, szczególnie kobiecej części obsady, która nie tylko jest uwodzicielska i kusi swoimi wdziękami, ale przede wszystkim kreacje pań sprawiają wrażenie najlepiej napisanych i najciekawszych. Nic nie ujmując Michałowi Krzywickiemu, Kevinowi Oestenstadowi czy Philipowi Lenkowsky’emu, ale ich role są zwyczajnie najbardziej typowe, ograne i przewidywalne, natomiast dziewczyny miały szansę się wyszaleć oraz zbudować jakieś relacje. W wielu scenach ekran dla siebie kradnie świetna Dagmara Brodziak, która w scenie tańca i tortur, pokazuje co w niej drzemie. Interesująco wygląda też jej duet z Igą Jabłońską, widać, że między paniami była chemia i to połączenie działało. Bonnie i Bonnie to jest to! I jedynie żałuję, że rola pięknej Sylwii Madejskiej była tak ograniczona, chociaż aktorka i tak zdołała zbudować pełnokrwistą postać.

„Diversion End” to fascynujący projekt i jedna wielka zgrywa oraz zabawa, która działa na zmysły, wyobraźnię i dostarcza wiele satysfakcji podczas seansu. Całość wymyka się konwenansom, nie próbuje być grzeczna, a autorzy szarżują jak tylko mogą, wierząc w widzów, którzy bez problemu odczytają większość zaprezentowanych follow-upów. Co prawda, nie wszystko udało się w stu procentach, ale nie potrafię nie lubić takiego kina. Co najważniejsze, twórcy sami są świadomi niedoskonałości swojego dzieła, co udowodnili podczas spotkania „szczerość za szczerość” po projekcji i widać w nich ogromną dumę oraz przede wszystkim radość z realizacji tej produkcji. Mimo ograniczeń, udało im się zrobić film, który planowali od kilku lat i prezentuje się on naprawdę ciekawie. To kino, od jakiego większość twórców w Polsce ucieka, ale Michał Krzywicki podjął rękawicę, zaryzykował i opłaciło się. Autorzy bawią się gatunkami, przeróżnymi odniesieniami do innych dzieł popkultury i nawet jeżeli czasem to wygląda zbytnio jak składanka, to całość ma ogromny potencjał. Nie bójmy się robić kina rozrywkowego i bawmy się kinem. Ekipa „Diversion End” to zrobiła i ja im szalenie kibicuje przy kolejnych projektach. Ci ludzie nie biorą jeńców, tylko robią swoje. I prawidłowo.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"DIVERSION END" SWOJĄ POLSKĄ PREMIERĘ MIAŁO NA FESTIWALU MŁODZI I FILM 2017

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 25 czerwca 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×