"Dołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy" [RECENZJA]. Julia Wieniawa debiutuje w Teatrze Telewizji! W końcu udane przedstawienie na antenie TVP?

Teatr Telewizji jaki jest, każdy widzi. Ostatnie spektakle wyprodukowane przez TVP pozostawiały wiele do życzenia oraz sprawiały, że określenie „Teatr Telewizji” miał coraz mniej wspólnego z gwarancją jakości. Spektakl „Dołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy” pozwala mieć jednak nadzieję na poprawę.

Multimedia

"DOŁĘGA-MOSTOWICZ. KIEDY ZAMYKAM OCZY" - RECENZJA

Tym razem na deskach Teatru Telewizji zadebiutował Marek Bukowski, który do spółki z Maciejem Dancewiczem napisał sztukę „Dołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy”. I widać, że panowie naprawdę długo pracowali nad tekstem, badając przeróżne źródła oraz analizując teksty, bo to zwyczajnie ma swoje przełożenie na ekran. Po prostu weszli w świat Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, co było zadaniem o tyle trudnym, że do dzisiaj niewiele wiadomo o życiu prywatnym autora „Znachora”.

W tym miejscu wyrazy uznania dla Marka Bukowskiego, który nawet nie próbował zrealizować typowej biografii, odhaczając kolejne punkty z życia Dołęgi-Mostowicza (Wojciech Mecwaldowski), tylko postanowił przyjrzeć się pisarzowi przez pryzmat jego najgłośniejszego bohatera - Nikodema Dyzmy (Piotr Rogucki). Prosty, acz skuteczny zabieg, jeszcze bardziej podkreślający gorzką wymowę spektaklu.

Bo o czym tak naprawdę opowiada „Dołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy”? Nie znajdziecie tutaj wyłącznie biografii autora „Profesora Wilczura”, lecz uniwersalną opowieść o człowieku sponiewieranym przez system. Człowieku, który chciał cieszyć się wolnością, ale zawsze mu ją odbierano. Swoją drogą figura złamanego przez los faceta, który smutki zapija litrami wódki, a pocieszenie znajduje w ramionach oraz lędźwiach kolejnych kobiet, pozornie może wydawać się wyświechtaną kreacją, jednak bezbłędny Wojciech Mecwaldowski sprawia, że to wszystko jest dalekie od uproszeń i schematów.

"Tolkien". Niewiele o Tolkienie, czyli nakręcone, obejrzane, zapomnianeZobacz więcej

Już dawno nie było tak dobrze obsadzonego Teatru Telewizji. Wszyscy w kontekście tego spektaklu rozpisują się o Julii Wieniawie, co po części rozumiem, bo to jej debiut w takiej formie i na dobrą sprawę pierwsza prawdziwie poważna rola, ale wielką niesprawiedliwością jest mówienie wyłącznie o młodej gwieździe, podczas gdy aktorską petardą przedstawienia jest Magdalena Koleśnik. Młoda aktorka, na co dzień związana z Teatrem Powszechnym w Warszawie, ma tutaj małą rólkę, ale to jak się nią bawi, jakie wyzwala z siebie emocje, sprawia, że widz jest sparaliżowany z wrażenia. Chociaż finalnie wszyscy i tak muszą oddać pokłon najbardziej doświadczonemu – Marian Opania po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu.

„Dołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy” to poruszający i przejmujący spektakl, który jednocześnie potrafi bawić, ale też przerazić. Słodko gorzkie spojrzenie na ludzką egzystencję oraz dzieje Polski. Dobrze się to ogląda, szczególnie, że mamy do czynienia nie tylko z bardzo dobrym aktorstwem i precyzyjnym scenariuszem, ale również z doskonałą scenografią, która udowadnia, jak bardzo przemyślany jest to spektakl. Taki Teatr Telewizji to ja szanuję.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 20 maja 2019 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×