"Droga do zapomnienia", czyli droga do przebaczenia [RECENZJA]

Scenariusz "Drogi do zapomnienia" pisało samo życie, a konsekwencją tego jest to, że nie kwestionujemy niezwykłych biografii jej bohaterów, co pewnie uczynilibyśmy z wymyśloną historią.

Multimedia

NASZA OCENA: 6/10

II woja światowa. Młody oficer łączności Lomax zostaje osadzony w japońskim obozie jenieckim, którego więźniowie pracują przy budowie osławionej birmańskiej, Kolei Śmierci. Ceną za jej powstanie jest życie ponad stu tysięcy jeńców i ludności cywilnej. Lomax wraz z przyjaciółmi konstruuje radio, które ma być źródłem informacji o wydarzeniach na froncie, ale niestety szybko zostaje odnalezione przez strażników. Lomax, który bierze na siebie całą winę, staje się ofiarą brutalnych przesłuchań, prowadzonych przez tłumacza Nagasego. Lata później Lomax, któremu wojenne wspomnienia nie pozwalają zaznać spokoju w małżeństwie z ukochaną kobietą postanawia wyruszyć na poszukiwanie swojego oprawcy. Znajduje go w dawnym obozie…

Właściwie tytuł filmu powinien brzmieć „Droga do wybaczenia”, bo zarówno główny bohater Lomax jak i jego kat, Takashi Nagasi, postacie autentyczne, robią wszystko (w rzeczywistości obaj napisali książki o swym niezwykłym pojednaniu), by właśnie nie zapomnieć tego co się stało, ale by mimo wszystko móc zaznać daru – jeden przebaczenia, drugi odkupienia. Autentyczność historii jest niewątpliwie mocną stroną filmu, opowiadanego z jednej strony subtelnie, a z drugiej nie szczędzącego widzowi widoku okrutnie maltretowanych w czasie tortur ciał. Prawda psychologiczna postaw bohaterów przemawia do wyobraźni. Lomax, ale nie tylko on, bo jego traumę dzielą też koledzy, nie potrafi mimo upływu lat uwolnić się od wspomnień. Dokładnie tak jak zespół stresu pourazowego opisują opracowania – jedno przelotne wrażenie wyzwala całą lawinę wspomnień, której nie da się zracjonalizować. Lekarstwem na traumę dla Lomaxa staje się konfrontacja z personifikacją zła, Nagasim, ludzkim koszmarem, który de facto wcale nie musiał go torturować, ale po prostu nie widział w tym nic złego…

Film jest nieco ciężki, ale ogląda się go na tyle dobrze, że nie przytłacza, jednocześnie zostając w pamięci. Idealnie pod względem wyglądu dobrano grającego młodego Lomaxa Jeremy’ego Levine’a, który jest podobny do pierwowzoru jak dwie krople wody, zaś dorosły Lomax w wykonaniu Colina Firtha to cierpiąca, ale i zadająca rany wielowymiarowa postać.

Beata Cielecka

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×