"Dziewczyny ze Lwowa". Anna Gorajska - sceniczne zwierzę młodego pokolenia [WYWIAD]

Z Anną Gorajską Gorajską spotkaliśmy się na planie nowego serialu TVP1 pt. „Dziewczyny ze Lwowa”, gdzie wciela się w jedną z głównych bohaterek. Dla tej młodej aktorki, na co dzień związanej z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, jest to pierwsza tak duża rola. Anna Gorajska w rozmowie z Telemagazynem opowiada o podziale życia artystycznego pomiędzy pracę w teatrze i na planie serialu, świecie etiud studenckich, uprzedzeniach i stereotypach, miłości do muzyki oraz twórczości Krystiana Lupy.

Multimedia

Anna Gorajska urodziła się w 1986 roku. W 2009 roku ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. L. Solskiego w Krakowie. Gorajska jest uważana za jedną z najzdolniejszych aktorek teatralnych młodego pokolenia, co potwierdzają kreacje w takich spektaklach jak m.in. „Serdeczny” w reżyserii Aleksandry Jakubczak, „Grach ekstremalnych” w reżyserii Joanny Grabowieckiej czy „Versus. W gęstwinie miast” Radosława Rychcika. Przed kamerą zachwycała w takich etiudach jak m.in. „Pobaw się ze mną” (2010), „Byk” (2012), „Miruna” (2013) oraz „Gorzko!” (2014). Główna rola w serialu „Dziewczyny ze Lwowa” to pierwszy większy projekt z jej udziałem. Premiera pierwszego odcinka serialu w niedzielę 6 września o godzinie 20.25 na antenie TVP1.

Do tej pory głównie grałaś w teatrze, natomiast w telewizji można było Cię zobaczyć wyłącznie w epizodach. Czemu tak długo trzeba było czekać na to, żebyś pojawiła się w głównej roli?
Przez ten cały czas głównie zajmowałam się teatrem. Zabrzmi to banalnie, ale los tak chciał. Tak ma chyba każdy aktor, że po prostu musi swoje odczekać, aż w końcu zostanie zauważony.

Jak myślisz, co spowodowało, że twórcy „Dziewczyn ze Lwowa” zdecydowali się właśnie na Ciebie?
Na pewno w otrzymaniu tej roli pomogła mi umiejętność gry na skrzypcach. Grałam od dziecka, a producenci szukali skrzypaczki, więc to zaważyło na wynikach castingu.

Czyli, aby dostać rolę, brałaś udział w castingu?
Tak, jak najbardziej. Jednak nie zawsze dostaje się role w taki sposób. We wcześniejszych produkcjach z moim udziałem, głównie w etiudach szkolnych, często zdarzało się, że twórcy po prostu wypatrzyli mnie w teatrze i postanowili zaproponować rolę.

Kreacja Uljany to Twoja pierwsza główna rola w większej produkcji. Jak do tego podchodzisz? To po prostu kolejne wyzwanie aktorskie?
Na pewno wyzwanie na poziomie powrotu do instrumentu i zmierzenia się z inscenizowanym językiem, jakim posługujemy się w „Dziewczynach ze Lwowa”. Nigdy nie grałam kogoś, kto mówi w innym języku niż polski, dlatego to wszystko wiązało się z dodatkowymi przygotowaniami. Ale to także – a może przede wszystkim – nauka. Do tej pory w serialach grałam malutkie epizody oraz występowałam w krótkich filmach studentów z Łodzi i Katowic. Tam była fajna zabawa, ale mimo wszystko, jeżeli masz złożoną postać i rozwijasz ją przez 30 czy 40 dni zdjęciowych, to możesz nauczyć się tak zwanego fachu, obcowania z kamerą, różnych ustawień i wielorakiego technicznego podejścia do gry aktorskiej.

Można zaryzykować stwierdzenie, że na planie etiud studenckich panuje większą wolność i swoboda?
Zdecydowanie tak. Młodzi twórcy mają to do siebie, że dotykają naprawdę przeróżnych tematów...

I podchodzą do tego często dużo odważniej niż twórcy filmów pełnometrażowych. Trudno mi sobie wyobrazić, że jakiś autor bierze na tapetę taki temat jak w etiudzie „Gorzko!” i robi z niej pełny metraż. A przecież to doskonały materiał wyjściowy.
Tak, pracę przy „Gorzko!” wspominam bardzo miło, tak jak i reżysera – Michała Wawrzeckiego. On teraz skończył fabułę „Nowy Świat” i według mnie to człowiek, który ma ogromne perspektywy w polskim kinie. Jego otwartość i odwaga są godne podziwu.

No właśnie, czemu młodzi twórcy najbardziej odważni są na początku swojej kariery? A później tak jakby ciut przygasają i dostosowują się do rzeczywistości.
Może to jest kwestia tego, że realizując pierwsze filmy są pod kloszem i przede wszystkim to wtedy jeszcze tyle nie kosztuje, co w przypadku pełnego metrażu. Nie mają do czynienia z wielkimi pieniędzmi, co sprowadza się do tego, że presja jest mniejsza. Nie mają tylu zobowiązań wobec producenta, a to przekłada się na większą swobodę w wyobraźni. Później natomiast pojawia się coraz więcej osób, od których są zależni i muszą iść na kompromis. Ale wychodzę z założenia, że jeżeli twórca naprawdę jest odważny, to nim pozostanie bez względu na okoliczności.

Teraz nakręciliście „Dziewczyny ze Lwowa”, a wkrótce na festiwalu w Gdyni zostanie zaprezentowany film „Nowy Świat” w reżyserii Elżbiety Benkowskiej, Łukasza Ostalskiego i Michała Wawrzeckiego. Obydwie produkcje będą poruszać podobne problemy – do Polski, głównie z przyczyn ekonomicznych, przyjeżdżają przybysze z Ukrainy, Białorusi czy nawet Bliskiego Wschodu. Czy polscy widzowie dojrzeli do takich tematów?
Cały czas też się nad tym zastanawiam. Na planie mieliśmy okazję pracować z Ukrainkami i prowadziliśmy rozmowy na temat tego, jak im się tutaj żyje. Chciałam poznać ich perspektywę i opinie są naprawdę różne. Wszystko zależy na jakiego człowieka trafisz, bo np. na planie mamy Nadię, która nam sporo doradza oraz pomaga i ona jest zachwycona Polską. Kocha Warszawę, chce tutaj żyć oraz pracować. Ale są też ludzie sparzeni ksenofobicznym zachowaniem niektórych Polaków. Natomiast historia, jaką przedstawiamy w „Dziewczynach ze Lwowa”, obroni się sama, bo scenariusz jest naprawdę ciekawie napisany. Mam nadzieję, że dzięki tej produkcji ludzie chociaż trochę przestaną skupiać się na tym, kto skąd pochodzi, a zaczną w drugiej osobie dostrzegać po prostu człowieka. Bo o to chodzi w tym serialu.

Tych uprzedzeń chyba nie da się uniknąć. To temat, który wciąż jest aktualny. Innym przykładem jest to, że od lat nazwanie kogoś Żydem, jest uznawane za obelgę.
No właśnie, ale prawda jest taka, że to nie dotyczy tylko Polski. Tak jest na całym świecie. Mój kolega jest podróżnikiem, zjeździł kawał świata i bardzo dużo czasu spędził w Afryce i największą bliskość z czarnymi poczuł, kiedy siedział z nimi w kółku i... opowiadał rasistowskie żarty (śmiech). Oni się śmiali i mówili „jeszcze, jeszcze!”. Potrzebny jest dystans. Niedawno zrobiłam w Teatrze Dramatycznym w Warszawie przedstawienie „Noc żywych Żydów” Ostachowicza, gdzie wcielam się w Japonkę. Specyficzna i mała, ale bardzo zabawna rola. Mamy tam Żydów-zombie czy homoseksualnego hitlerowca. I właśnie przez dystans, spektakl w jakimś stopniu odciąża temat stosunków polsko-żydowskich. Nie należy bać się patrzeć na takie sprawy w przymrużeniem oka.

Przed szkołą aktorską ukończyłaś szkołę muzyczną.
Tak, ukończyłam szkołę muzyczną I i II stopnia, ale to trochę wynikało z faktu, że cała moja rodzina kształciła się muzycznie. Siostry również grały na różnych instrumentach, mama i tata zarazili nas tym bakcylem w dzieciństwie. Każda z nas miała inny instrument, ja akurat wybrałam skrzypce, ale jeszcze wtedy nie sądziłam, że finalnie wyląduję w szkole aktorskiej i ta umiejętność kiedyś mi się przyda na planie zdjęciowym. Do tego zawsze dużo śpiewałam, a właściwie wciąż śpiewam. Moja przygoda z aktorstwem zaczęła się od śpiewu. Teraz bardzo interesuje się muzyką elektroniczną i klasycznym soulem, jazzem czy bluesem. Uwielbiam też muzykę klasyczną i polską muzykę z lat 70. i 80., jak Czesław Niemen, Republika, Obywatel GC czy Mannam. Jak byłam dzieckiem miałam epizod w „Szansie na sukces”...

Ciekawe, opowiedz o tym.
Wygrałam jeden odcinek, potem miałam okazję śpiewać w finale w Sali Kongresowej. Coś fantastycznego.

Nie zastanawiałaś się, czy nie pójść w tę muzyczną stronę? Bo ciągle jesteś aktywna muzycznie, ot chociażby widowisko „Wielkie przemówienia” w reżyserii Radosława Rychcika towarzyszące Przeglądowi Piosenki Aktorskiej, a wcześniej recital w Radomiu.
No widzisz, cały czas ciągnie mnie do muzyki (śmiech). Zastanawiam się teraz nad swoim autorskim projektem, ale to wszystko wciąż się zbiera oraz klaruje. Dużo myślę o koncercie, który miałby w sobie elementy monodramu. Jestem otwarta na możliwość nagrania płyty w przyszłości. Myślę o tym, żeby stworzyć projekt muzyczny z grupą osób z którymi już współpracowałam, ale to wszystko jeszcze jest w sferze planów. Co do Radka Rychcika, to wiele pracowaliśmy razem jeszcze w szkole. Właśnie tam się poznaliśmy, ja byłam na aktorstwie, on równolegle na reżyserii i tak się zaczęła nasza przygoda. W 2008 roku w Teatrze Nowym w Krakowie zrobiliśmy spektakl „Versus. W gęstwinie miast”, z którym mieliśmy okazję pojeździć trochę po świecie – graliśmy m.in. w Nowym Jorku oraz Rzymie. Następnie w Teatrze Starym w Krakowie zrobiliśmy „Ból Fantomowy” i już w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i w Muzeum Powstania Warszawskiego – w 2012 roku – zrobiliśmy „Powstanie”, no i teraz Radek ponownie zaprosił mnie do współpracy. To były fajne rzeczy.

Opowiedz o „Wielkich przemówieniach”.
To fantastyczny projekt, w którym aktorki oraz wokalistki dokonują własnej interpretacji pokojowych przemówień znanych polityków oraz przywódców. Ja na warsztat wzięłam przemowę Arnolda Schwarzeneggera, którą wygłosił na konwencji Partii Republikańskiej w Madison Square Garden, w Nowym Jorku, 31 sierpnia 2004r. Oprócz mnie na scenie pojawiły się także Paulina Przybysz, Anna Rusowicz, Anna Mierzwa, Emose Uhunmwangho, Misia Furtak, Helena Sujecka oraz Ilona Ostrowska. Najpierw spektakl graliśmy we Wrocławiu, teraz niedawno byliśmy z nim w Poznaniu, więc coś się rusza i jest szansa, że z „Wielkimi przemówieniami” pojeździmy po Polsce. Staramy się, żeby to nie umarło, bo niestety z projektami pobocznymi Przeglądu Piosenki Aktorskiej jest tak, że one przestają funkcjonować wraz z końcem konkretnej edycji PPA.

Przy takiej obsadzie, która robi ogromne wrażenie, trasa po Polsce będzie ogromnym logistycznym wyzwaniem.
Tak, ale obsada jest wspaniała. Wszystkie dziewczyny świetnie śpiewają i doskonale odnalazły się w tej konwencji. Pracując nad tym widowiskiem, rozpierała nas energia. No i nie można zapominać o muzykach, tutaj ukłony dla The Natural Born Chillers. To stali współpracownicy Radka Rychcika, robią razem przedstawienia i skomponowali całą muzykę do tych przemówień, co jest na tyle fajne i imponujące, że każde z wystąpień jest utrzymane w innym klimacie, ale całościowo jest jednak bardzo spójne. Mówimy o pokoju, temacie, który chyba szczególnie teraz, jest ważny.

Wiem, że to banalne pytanie, ale jednak ta kwestia nie daje mi spokoju. Skoro pochodzisz z rodziny, która tak mocno jest zakorzeniona w muzyce i sama grasz na skrzypcach oraz śpiewasz, to kiedy zakiełkował w Tobie pomysł na szkołę aktorską?
Wiesz co, chyba jedno wynikło z drugiego. Pochodzę spod Jasła i tam byłam aktywna w lokalnym Domu Kultury. Jak zaczynałam śpiewać, to jednocześnie brałam też udział w konkursach recytatorskich, które udawało mi się wygrywać. Później sobie uświadomiłam, że sama obecność na scenie mnie ekscytuje i mobilizuje. Uwielbiam tę adrenalinę, która jednak mnie nie paraliżuje, ale daje siłę do działania. To zupełnie inna sytuacja, niż ze skrzypcami. Chociaż grałam na nich sporo, to one zawsze mnie w jakiś sposób krępowały. Z drugiej strony, jednak fajnie – tutaj na planie – po ponad dziesięciu latach powrócić do grania. Co prawda musiałam się na nowo przygotować i oswoić z instrumentem, więc pomagała mi doskonała skrzypaczka – Małgosia Machalska, przez co na wiele rzeczy otworzyłam się na nowo. A nie było to łatwe zadanie, bo musieliśmy grać trudne utwory Paganiniego czy Wieniawskiego.

W Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie miałaś okazję pracować z Krystianem Lupą, nawet jeden z dyplomów - „Marat/Sade” - zrealizowałaś pod jego kierownictwem. Czy praca z tak wyjątkowym artystą, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu – mistrzem, w jakiś szczególny sposób kształtuje aktora?
Na pewno. Krystian Lupa to ogromna osobowość, artysta, który zaszczepia w innych miłość do teatru. Mogłabym długo opowiadać o jego teatrze, bo pisałam pracę magisterską na temat Lupy (śmiech).

No proszę! O czym dokładnie?
Pisałam o tym, jak aktorzy Lupy sprawdzają się w kinie. Skupiałam się m.in. na „Kalkwerku” Thomasa Bernharda z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik i Andrzejem Hudziakiem w rolach głównych, który Lupa wystawił w 1992 roku w Starym Teatrze w Krakowie. Zestawiłam to wystawienie z filmem Małgorzaty Szumowskiej pt. „33 sceny z życia”, gdzie Hajewska-Krzysztofik także była w parze z Hudziakiem. Analizowałam ich pracę przed kamerą i w teatrze. Myślę, że Krystian Lupa ma to do siebie, że w ogromnym stopniu zajmuje się wewnętrzną sferą pracy, buduje świat wewnętrzny postaci, zastanawia się co bohater myśli, co czuje czy jak by się zachował w danej sytuacji. I te doświadczenia, wynikające z pracy z Lupą, doskonale się sprawdzają przed kamerą.

Aż szkoda, że tak mało Krystiana Lupy tutaj w Warszawie. Na afiszu tylko „Persona. Marilyn” w Teatrze Dramatycznym, „Miasto Snu” w TR Warszawa oraz od czasu do czasu gościnnie pojawia się w Teatrze IMKA.
Zdecydowanie. Zbyt mało go tutaj jest, a za granicą jest wręcz rozchwytywany. W Pekinie go kochają, w Paryżu go kochają, niedawno Awinion zakochał się w jego „Wycince”. Doskonałe przedstawienie. Zresztą zdradzę, że miałam okazję podpatrywać prace nad austriacką wersją „Wycinki”, czyli „Holzfällen”. Akurat miałam wolny czas w teatrze, więc stwierdziłam, że go jakoś twórczo wykorzystam. Poczułam tęsknotę za sposobem pracy Lupy, więc pojechałam do Grazu, gdzie przyglądałam się próbom. To było super przeżycie, bo było także zmierzeniem się z austriacką mentalnością, która jest zupełnie inna od naszej. Jak teraz oglądam polskich aktorów w akcji przy tym tekście, to dokładnie widzę różnice. Niebo a ziemia, co tylko tłumaczy sukces polskiej inscenizacji. Zresztą chyba nie muszę dodawać, że mamy doskonałych aktorów.

Jak austriaccy aktorzy zareagowali na sposób pracy Lupy?
Bardzo dziwnie zareagowali na Krystiana, bo w Schauspielhaus Graz grają na co dzień raczej lżejszy repertuar. Widać było, że niezbyt podoba im się ciągła obecność Lupy i to, że w tę pracę naprawdę trzeba było wejść samym sobą, wręcz się poświęcić. Fakt, że przyjechał światowej klasy twórca, mający konkretne wymagania, nie każdemu odpowiadał. Ale oczywiście nie chcę generalizować, bo było tam także wielu wspaniałych aktorów, którzy wizję polskiego reżysera kupili w stu procentach.

Patrząc na Ciebie występującą na teatralnych deskach, widzę prawdziwe sceniczne zwierzę. Podobnie jak chociażby Justyna Wasilewska czy Jaśmina Polak, jesteś jedną z tych aktorek, które swoją obecność na scenie potrafią zaznaczyć nawet małą rolą. Tryskasz energią, wszędzie Cię pełno i jesteś gotowa nawet na największe wyzwania.
Bardzo dziękuję. Uwielbiam scenę, bo tam po prostu faktycznie można zaszaleć, wyładować wszelkie swoje emocje i to jest wspaniała praca, ale w podobnym stopniu kocham pracę przed kamerą. Cenię sobie to, że ma inną specyfikę – głównie to praca na koncentracji, zamknięciu i przytrzymywaniu. Kręci mnie zarówno świat teatru, jak i filmu.

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, żeby stanąć po drugiej stronie kamery? Doświadczenie jako asystent reżysera już masz – pomagałaś przy „Mirunie”, gdzie również grałaś jedną z głównych ról.
Chciałam spróbować każdej ze stron filmowego świata. Próbowałam nawet różne rzeczy montować i naprawdę sprawiało mi to frajdę. Warto poznać, jak wygląda praca przy filmie nie tylko z perspektywy aktorskiej. Ale tutaj też wychodzą różnice między rzeczywistością filmową a teatralną, już sama praca reżysera różni się ogromnie na tych dwóch płaszczyznach. Za kamerą musisz ogarniać plan, mieć w głowie wszystkie ustawienia i zwyczajnie nie ma miejsca na przypadki, ale reżyseria teatralna wcale nie jest łatwiejsza. To także machina, lecz w teatrze masz więcej czasu, a cała atmosfera jest intymniejsza. Jednak kluczowy jest właśnie czas. Przez parę miesięcy możesz sobie spokojnie siedzieć z ludźmi na różnych próbach, a w filmie często na próby zwyczajnie nie ma pieniędzy. Od razu zaczyna się na ostro. W przypadku „Dziewczyn ze Lwowa” na szczęście mieliśmy próby i mogliśmy przez około miesiąc konsultować wszystko z reżyserem. Rozmawialiśmy, czytaliśmy scenariusze, więc jakaś wspólna wizja miała szansę się wyklarować.

Jak się pracuje z Wojciechem Adamczykiem?
Bardzo dobrze. Wojtek jest bardzo konkretnym człowiekiem i doświadczonym reżyserem, więc wie czego chce. I to jest super, bo faktycznie można mu zaufać.

W jednej z Twoich notek biograficznych trafiłem na informację, że piszesz scenariusze.
Do tej pory miałam okazję współpracować przy trzech scenariuszach, które mają doczekać się realizacji. No i piszę teraz swój w pełni autorski, duży scenariusz, ale póki co jeszcze nie chciałabym ujawniać szczegółów. Na to jest zdecydowanie za wcześnie. Uwielbiam pisać, więc siadam w wolnych chwilach i tworzę.

Rozmawiał Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Komentarze

Skomentuj
  • Natalka (gość)

    Świetny wywiad :)

    06.10.2015 01:08

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×