"Dziewczyny ze Lwowa". Józef Pawłowski: sprawdziłbym się jako pajac [WYWIAD]

Józef Pawłowski to jeden z najciekawszych polskich aktorów młodego pokolenia. Chociaż jego dorobek artystyczny już robi wrażenie, to nie spoczywa na laurach i wciąż poszukuje dla siebie nowych przestrzeni. Z aktorem spotkaliśmy się na planie serialu „Dziewczyny ze Lwowa”, gdzie opowiedział nam o nadchodzących projektach.

Multimedia

Publiczność poznała Józefa Pawłowskiego dzięki głównej roli w filmie „Miasto 44” Jana Komasy. Ostatnio z kompletnie innej strony miał okazję zaprezentować się w obrazie „Warsaw by night” Natalii Korynckiej-Gruz, natomiast swoje komediowe oblicze pokazał w hitowym serialu TVP1 „Dziewczyny ze Lwowa”, gdzie kreowany przez niego Igor okazał się jednym z najciekawszych i najzabawniejszych bohaterów. W przyszłym roku aktora będzie można obserwować w kolejnych serialach – „Bodo” oraz „Belfer”.

Jak określiłbyś Igora, w którego wcielasz się w „Dziewczynach ze Lwowa”?
To typ pasożyta męskiego – podobno zdarzają się takie przypadki, ja na szczęście nigdy kogoś takiego nie spotkałem. Igorek to utrzymanek, manipuluje i żeruje na emocjach innych, aby osiągnąć swoje cele.

Można powiedzieć, że jest wprawiony w bojach.
Tak, doskonale zna kobiety i przede wszystkim sztukę podrywu. Wie, jak patrzeć w oczęta żeńskie, coś tam duka na gitarze, więc potrafi być całkiem romantyczny. To wszystko jest dość urokliwe, a on ma tego świadomość, dlatego wykorzystuje ten chwyt. Powodem przez który przyjeżdża do Polski jest utrata kontroli nad jego jednoosobowym bankiem, czyli Olyią (Katarzyna Ucherska).

Utwór, którym próbujesz ponownie wkupić się w łaski dawnej wybranki, śpiewasz osobiście. Miałeś jakieś przygotowanie wokalne?
Nie, ja trochę śpiewam. W Akademii Teatralnej to nieźle wyćwiczyliśmy, a poza tym wydaje mi się, że mam dość dobre ucho. Słyszę te dźwięki, więc to nie było szczególne wyzwanie w trakcie zdjęć.

Ale jednak po ukraińsku nie śpiewasz na co dzień.
No tak, ale to nie jest bardzo odległy język od polskiego. Jeżeli człowiek jest osłuchany, a w muzyce jest to obowiązkowe, to można sobie z tym poradzić bez większych trudności. Dostałem wcześniej ten tekst, muzykę oraz ukraiński oryginał i mogłem się na spokojnie przygotować.

Igor to takich troszkę czarny charakter w „Dziewczynach ze Lwowa”.
Może nie do końca czarny, chyba bardziej pasuje określenie „barwny”. To dość niejednoznaczna postać, nie jest typem człowieka, który siedzi całe dnie i knuje. On zwyczajnie taki jest, w ten sposób pojmuje świat. Mam wrażenie, że trochę błędnie ten świat zrozumiał i chyba już inaczej nie potrafi.

Bronisz swojego bohatera.
Po prostu tacy ludzie istnieją. Igor nie miał okazji poznać innego sposobu na życie. Jak wychowujesz się w danym środowisku, to przyjmujesz jego warunki. Jeżeli nie masz w sobie siły i nie spotkasz na swojej drodze kogoś, kto poda ci rękę i wyciągnie z bagna, to niestety w tym tkwisz.

Masz co grać. „Dziewczyny ze Lwowa” już na końcowym etapie emisji, a do tego właśnie zakończyły się zdjęcia do serialu „Bodo”. Opowiedz o tym projekcie.
Moja postać w „Bodo” to jedna ze znaczących ról, ale tak naprawdę dopiero po montażu okaże się, ile finalnie będzie mnie na ekranie. W każdym razie miałem co pokombinować z tą kreacją, bo to taki „warsiaski” charakterek. Miałem ogromną frajdę w trakcie zdjęć, bo dostałem zielone światło, żeby pobawić się gwarą „warsiaską”.

Czyli taki typowy cwaniaczek, brzmi świetnie.
Tak, ale weźmy poprawkę na to, że to jednak telewizja. Mam pewne ograniczenia, więc taka maksymalnie uliczna gwara odpada. Przy realizacji serialu nie zawsze jest czas na dopracowanie szczegółów, więc troszkę bawimy się słowami. Będzie to słyszalne zwłaszcza w pierwszych odcinkach, kiedy mój bohater jest jeszcze takim sctricte praskim cwaniakiem. Jest przesiąknięty tym całym szemranym klimatem. Na tym etapie staraliśmy się, aby wypowiadane przez niego słowa, były jak najbliższe gwarze. Później, wraz z upływem lat i zmianą środowiska oraz sposobu życia, ta gwara trochę zanika.

Jak długo przygotowywałeś się do roli?
Miałem gdzieś około miesiąca prób. Najpierw dostałem informację o roli, później scenariusze, odbyłem jakieś pierwsze próby, uzgodniliśmy z reżyserem, co zrobić z tą gwarą, no i zacząłem ćwiczyć. W przygotowaniach bardzo mi pomógł mój przyjaciel, który jest członkiem Grupy Teatralnej Warszawiaki. Rozpisaliśmy sobie wszystko tak, aby całość była zgodna z ówczesnymi realiami. A właściwie zgodna na tyle, na ile dzisiaj je znamy. Nie dam sobie ręki uciąć, że na początku XX wieku mówiono dokładnie w ten sposób.

No tak. Pewnie to wszystko jest dzisiaj niemal niemożliwe do weryfikacji.
Dużo czerpaliśmy z zapisów rozpraw sądowych, bo można znaleźć w tych dokumentach wiele śmiesznych i zarazem cennych relacji, w których na przykład chłopaki z Pragi zasuwają mieszanką gwary praskiej i więziennej na sali sądowej. To było dość trudne środowisko, zwłaszcza na początku XX wieku analfabetyzm był znacznie większy, niż możemy to sobie teraz wyobrażać. Dopiero na przełomie lat 20. i 30. zaczęto działać w kierunku jego eliminacji.

Wygląda na to, że miałeś spore pole do popisu przy tej roli.
Wszystko zależy od aktora i tego, jaką pracę włoży w przygotowania. Można zbłaźnić się małą rolą, ale małą rolą można też zrobić coś naprawdę fajnego, co ludzie zapamiętają na lata. Dużo zależy od sposobu pracy i tego, jak się do niej podejdzie. Nie jestem wiodącą postacią w „Bodo”, ale powiedzmy, że „swój ogródek uprawiam tak, jak mogę” (śmiech).

Na horyzoncie także „Belfer”. Opowiedz o tym projekcie.
Na tym etapie prac nad serialem niewiele mogę opowiadać o „Belfrze”, więc pozostaje mi zaapelować o cierpliwość, bo naprawdę warto. Bardzo ciężko pracowaliśmy, żeby nasi przyszli widzowie byli zadowoleni. Czas pokaże, czy udało nam się sprostać zadaniu.

„Miasto 44” Jana Komasy, w którym grałeś główną rolę, narobiło wiele zamieszania. Czy po tej produkcji wysypał się worek z propozycjami kolejnych ról czy wręcz przeciwnie?
Zaraz po „Mieście 44” zrobiłem „Warsaw by night” w reż. Natalii Korynckiej-Gruz, gdzie z Martą Mazurek mieliśmy swoją historię, w której graliśmy wiodące postacie. Następnie zagrałem w studenckim filmie krótkometrażowym „Czułość” w reż. Emilii Zielonki, który był prezentowany na tegorocznym festiwalu w Gdyni. To była dla mnie bardzo ważna rola. Większych produkcji nie było na horyzoncie, ale to był dla mnie bardzo ważny okres. Pozwolił odsunąć się od tego, co było, zrozumieć kilka rzeczy.

Praca z młodymi reżyserami, twórcami etiud oraz filmów szkolnych, bardzo różni się od pracy z bardzo doświadczonymi autorami, jak chociażby Wojciech Adamczyk? Gdzie masz więcej wolności?
Miałem okazję pracować z wieloma twórcami i każdy z nich, niezależnie od wieku, nauczył mnie czegoś nowego.

Czy wkrótce będzie można zobaczyć Cię w jakiejś nowej fabule?
Nie wiem. Zobaczymy, co się będzie działo w 2016. Walka o różne projekty trwa. Ja przyjmuję to, co daje mi los. Nie narzekam i jestem zwyczajnie szczęśliwą osobą.

Masz jakieś aktorskie cele, które chcesz osiągnąć?
Nie, nic z tych rzeczy. Chcę tylko pracować na sto procent, zawsze dawać z siebie wszystko i nie mieć wyrzutów sumienia, że gdzieś odpuściłem, albo okazałem się zbyt leniwy. Mój cel to robić to, co kocham, i w zgodzie z tym, co czuję i w co wierzę.

Jest szansa, że kiedyś zobaczymy Cię na teatralnych deskach?
Nie wiem. Nie umiem łączyć zbyt wielu rzeczy w jednej chwili. I tak szczęśliwie udało mi się zgrać prace na planach „Dziewczyn ze Lwowa” i „Bodo”.

Obserwując Cię na planie „Dziewczyn ze Lwowa”, zresztą jak i w samym serialu, widać, że masz ogromny komediowy potencjał. Może jakaś komedia z Tobą w roli głównej?
Sam nie wiem... Nie do końca widzę siebie w roli komedianta.

Czemu?
Serio, nie uważam się za jakiegoś bardzo zabawnego i śmiesznego typa. Widzę w sobie prędzej pajaca (śmiech).

Takiego stwierdzenia bym raczej nie zaryzykował.
Naprawdę lepiej sprawdziłbym się jako pajac niż komik. Rola Igora w „Dziewczynach ze Lwowa” jest moim krokiem milowym. Do tej pory unikałem komedii.

Twoja przygoda z dubbingiem wciąż trwa. Opowiedz o tym.
Wszystko zaczęło się w liceum, uwielbiam to i uwielbiam ludzi, z którymi pracuję przy dubbingu. To jest zupełnie inny świat, siłą rzeczy jest dość mały, dlatego większość ludzi się zna. Jesteśmy jak jedna, wielgachna rodzina. Zdobywanie kolejnych ról wygląda w zasadzie podobnie, jak w przypadku tradycyjnego filmu: idziesz na casting i - jeżeli się spodobasz - to wygrywasz. Oczywiście osoby bardziej doświadczone mają większe szanse. Doświadczenie zdobywane z każdą kolejną rolą pozwala coraz lepiej i bardziej świadomie posługiwać się głosem.

Twój brat Stefan także jest aktorem. Mieliście okazję razem zagrać na ekranie?
Tak. W „Bilecie na księżyc” Jacka Bromskiego w jednej ze scen razem skopaliśmy cztery litery Filipowi Pławiakowi (śmiech).

Rozmawiał Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×