"Dzikie róże". Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu [RECENZJA]

Czytając synopsis „Dzikich róż” Anny Jadowskiej, można było odnieść wrażenie, że reżyserka będzie chciała postawić na tanie szokowanie i prowokację. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca, bo jeżeli autorka „Teraz ja” na coś stawia, to na realizm i autentyzm. Dzięki temu otrzymaliśmy przejmujący i do bólu prawdziwy film.

Multimedia

Rodzina, według najprostszej definicji, to najważniejsza, podstawowa grupa społeczna, na której opiera się całe społeczeństwo. Nic więc dziwnego, że tematyka jej rozpadu jest tak często poruszana przez filmowców, w końcu nie ma niczego ważniejszego. Anna Jadowska właściwie kontynuuje obraną wcześniej przez siebie drogę, bo jeżeli w „Z miłości” przyglądaliśmy się małżeństwu, które dopiero się odkrywa, odsłaniając swoje lęki, wątpliwości czy fantazje, tak w „Dzikich różach” mamy do czynienia ze związkiem, gdzie już nic się nie odkrywa, a jedynie ukrywa.

Ewa (Marta Nieradkiewicz) jest lekko po trzydziestce i ma dwójkę dzieci, w których wychowywaniu pomaga jej – oziębła w stosunku do wnuków – matka (wspaniała Halina Rasiakówna). Mąż Ewy, Andrzej (Michał Żurawski) pracuje za granicą, aby rodzina mogła ukończyć budowę domu, który od wielu lat straszy brakiem wykończenia. Tyle, że związek na odległość, gdzie mężczyzna pojawia się w rodzinnej wsi wyłącznie raz na jakiś czas, staje się kruchy, a poskładanie dawnego życia na nowo może okazać się niemożliwe. Tym bardziej, że już nic nie będzie takie samo jak wcześniej.

Anna Jadowska w „Dzikich różach” próbuje wręcz w dokumentalny sposób opowiedzieć historię swoich bohaterów, stopniowo odkrywając przed widzem ich kolejne grzechy i zaniedbania. Zamyka nas w klaustrofobicznej przestrzeni wsi, gdzie każdy każdego zna oraz o wszystkim wie, przez co poniekąd możemy poczuć się jak długoletni sąsiedzi Ewy i Andrzeja. Ta perspektywa bliskości z postaciami sprawia, że potrafię się z nimi identyfikować i zwyczajnie dobrze im życzę.

Urodzona w Oleśnicy autorka ze szczególną uwagą przygląda się kobietom i chociaż nie jest wobec nich bezkrytyczna, to stara się być wyrozumiała. Interesująca jest sieć powiązań i zależności na linii matka – córka. Początkowo postać odgrywana przez Halinę Rasiakówkę jawi się jako pozbawiona uczuć jednostka, aby po chwili można było zobaczyć w niej prawdziwą troskę o córkę, którą wspiera w najtrudniejszym momencie jej życia. Nie mówi, że popełniła błąd, nie krzyczy, nie wyzywa od najgorszych, lecz przytula, daje poczucie bezpieczeństwa i jest blisko.

"Twój Vincent". Obrazy ożywione, czyli polski film zapisuje się w historii kinaZobacz więcej

„Dzikie róże” są trochę jak szept, reżyserka posługuje się półtonami, delikatnie rozrysowując opowieść za pomocą niedopowiedzeń. Nie mówi wprost, nie podaje wszystkiego widzowi na tacy, a zamiast tego nakłania do czytania między wierszami oraz snucia domysłów, przez co zakończenie jednocześnie zaskakuje i wbija w fotel. Ta swoista subtelność nie oznacza jednak, że Jadowska nie potrafi trzymać widzów za gardło. Co to to nie, gdyż doskonale wie, w którym momencie należy przycisnąć, aby zaognić atmosferę i uwypuklić zbliżającą się katastrofę, bez której osiągnięcie katharsis nie będzie możliwe.

Chyba najlepszą sceną „Dzikich róż”, w pełni oddającą charakter tego filmu i bohaterów, jest sekwencja ustawiania się do wspólnego zdjęcia podczas komunijnego obiadu małej Marysi (Natalia Bartnik). Obok siebie stają ludzie, którzy – gdyby mogli – wzajemnie by się pozagryzali, zawiść zmieszana z oparami alkoholu unosi się w powietrzu, a całość wieńczą sztuczne i wymuszone uśmiechy. W końcu wszystko jest w porządku, nic się nie dzieje, dzień jak co dzień. Cóż, z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, ależ to prawdziwe.

Marta Nieradkiewicz sprawia wrażenie idealnie dobranej do tej roli, ale na dobrą sprawę można już odczuwać lekki przesyt tego typu kreacjami w wykonaniu urodzonej w 1983 roku aktorki. Właściwie, zaczynając od „Z miłości” Anny Jadowskiej, po „Płynące wieżowce”, „Mur”, „Zjednoczone stany miłości”, aż wreszcie po „Kampera” Łukasza Grzegorzka, Nieradkiewicz na ekranie wplątuje się w toksyczne relacje, które zamiast szczęścia, przynoszą smutek, łzy oraz cierpienie. Co nie zmienia faktu, że jako Ewa jest bezbłędna.

Równie świetny, jako zagubiony w nowej rzeczywistości Andrzej, jest Michał Żurawski. Z jednej strony mężczyzna nie może zrozumieć, co robi nie tak i dlaczego wypruwając sobie na obczyźnie żyły i w zębach przynosząc pieniądze, spotyka go taka kara, a z drugiej sam być może nie jest bez winy. Nie wiemy, jak wyglądało małżeństwo Ewy i Andrzeja przed rozłąką, ale miejscami widać, że być może mężczyzna wyjechał nie tylko z powodów finansowych. Niewykluczone, że życie rodzinne go przytłoczyło, a bycie ojcem na pełen etat okazało się trudniejsze niż myślał. Najlepsza i najbardziej poruszająca do tej pory rola Michała Żurawskiego.

„Dzikie róże” to obraz układania życiowych puzzli, cerowania rozprutego związku, gdzie chociaż pękają kolejne nitki, to wciąż jest nadzieja na załatanie dziury. To także opowieść o dojrzewaniu do prawdy i zdobycia się na odwagę, aby w pierwszej kolejności zmierzyć się z samym sobą. Autorka nie daje nam jasnych odpowiedzi, od początku do końca żonglując niedopowiedzeniami oraz niedomówieniami. Interesują ją ludzie i ich wzajemne stosunki, przez co „Dzikie róże” są prawdziwym, uniwersalnym oraz przepełnionym emocjami filmem, który wdziera się głęboko w człowieka oraz boli. Ale oczyszczenie bez tego bólu nie byłoby możliwe.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"DZIKIE RÓŻE" TRAFIĄ DO KIN 29 GRUDNIA. ŚWIATOWA PREMIERA FILMU ODBYŁA SIĘ 5 SIERPNIA 2017 ROKU NA FESTIWALU NOWE HORYZONTY

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 7 sierpnia 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×