"J. Edgar". Opowieść o skomplikowanej osobowości [RECENZJA]

To powinien być film wybitny. Z racji formatu postaci, o której opowiada, i z racji formatu reżysera, który o nim opowiada. Niestety „J. Edgar” okazał się filmem jedynie dobrym.

Multimedia

NASZA OCENA: 7/10

Opowieść o życiu wielkiego J.E. Hoovera, który trząsł całym aparatem bezpieczeństwa Ameryki przez niemal 40 lat, trzymał w szachu prezydentów i miał teczkę na każdego znaczącego człowieka w kraju, pokazuje ciekawe i nieznane ogółowi fakty z jego życia. Również życia prywatnego: długoletnią i trudną współpracę z sekretarką Helen Gandy, homoseksualny związek ze współpracownikiem Clyde'em Tolsonem oraz patologiczne relacje z matką. Jako rzecz faktograficzna biografia ta jest udana, ale do sedna osobowości Hoovera na pewno dzięki niej nie dotrzemy. Jedyny trop interpretacyjny, jaki nam się podsuwa, to… melanż kompleksów zderzonych z nadmierną ambicją krzewioną przez matkę, stawiającą sobie za cel wyhodowanie idealnego syna, który zawsze stanie na wysokości zadania. Czy to jest źródłem mitomaństwa Hoovera – bo akurat ten rys w filmie został mocno uwypuklony – nie wiadomo... I czy wynikało ono tylko z chęci świadomego tworzenia własnej legendy, czy było kompulsywnym przymusem chorego umysłu, który nie był w stanie funkcjonować inaczej niż na poziomie bigger then life? Tego się z „J. Edgara” nie dowiemy, bo film cierpi na chorobę: zbyt dużo słów, zbyt mało treści. Zdaje się, że winy należy upatrywać w pamiętnikarskiej narracji, jaką wybrał Clint Eastwood, by opowiedzieć o swym bohaterze. A ponieważ Hoover nawet pod koniec życia nie był człekiem skłonnym do autorefleksji, przeto zalani jesteśmy potokiem jego czczej gadaniny, której wystarczyłaby połowa, by uzyskać efekt czytelny dla widza, a z której niewiele wynika.

Pewne reżyserskie zabiegi udają się też tylko połowicznie. Ciekawym zabiegiem jest np. to, że to z ust jego (bardzo enigmatycznego osobowościowo) kochanka dowiadujemy się, jak było naprawdę, ale taka kontrakcja jest zbyt słaba w stosunku do reszty opowieści i nie jest w stanie już wyrwać nas z, co tu dużo mówić, znużenia. Niewprawnemu widzowi trudno też będzie nadążyć za posuwającą się pchlimi skokami narracją, która skacze z jednego dziesięciolecia w drugie bez jakiejkolwiek zmiany poetyki filmu.

Minusem jest też fakt, że pewne, ciekawe skądinąd, wątki i osoby pozostają „niewygrane“ i potraktowane pretekstowo. Na dokończenie wątku podsłuchu w hotelowym pokoju czekamy tak długo, że niemal zapominamy, że coś takiego oglądaliśmy, a na przykład postać sekretarki pozostaje do końca tajemnicą. Co było motywacją jej oddania Hooverowi? Czy był to rodzaj fascynacji człowiekiem, czy po prostu ślepe oddanie mocno nobilitującej pracy?

Co do gry aktorskiej, to kreacja DiCaprio łamie się na dwie polówki: pierwsza, udana część to młodość Hoovera, gdzie aktor miał do wygrania sporą gamę uczuć: od wynikającej z zakompleksienia słabości do zaciętej, pełnej irytacji wściekłości.

Niestety, fatalna charakteryzacja z toną makijażu i silikonu usztywnia twarze na tyle, że widać tylko wąskie szparki oczu, które stanowią jedyny żywy element maski.

Słowem film ciekawy, ale przegadany i zbyt długi, z bohaterem intrygującym, ale niepogłębionym psychologicznie, z obrazem mijających epok, które pozostają nic nieznaczącym tłem.

Beata Cielecka

"J. Edgar". Sprawdź datę emisji w telewizji

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×