Konkurs "Wykapany ojciec. Niesamowite historie rodzinne". Wygraj płyty DVD!

W związku z premierą kinową filmu "Wykapany ojciec" przygotowaliśmy dla Was specjalny konkurs, w którym do wygrania są płyty DVD z filmem "Wielkie wesele".

Multimedia

7 lutego do kin wchodzi film "Wykapany ojciec" (opis i zwiastun filmu znajdziecie tutaj) i w związku z tym przygotowaliśmy dla Was konkurs, w którym do wygrania są płyty DVD z filmem "Wielkie wesele".

Co zrobić żeby wygrać?

Wystarczy zarejestrować się ==== w naszym serwisie i w komentarzu pod tym tekstem odpowiedzieć na proste pytanie konkursowe:

"Opowiedz najciekawszą, najzabawniejszą lub najdziwniejszą historię rodzinną!" ====

Na odpowiedzi czekamy od 3 lutego 2014 r. od godziny 15.00 do 9 lutego 2014 r. r. do godziny 23:59:59. Odpowiedzi osób niezarejestrowanych w serwisie nie będą brały udziału w konkursie.

Autorzy ośmiu najciekawszych odpowiedzi otrzymają płyty DVD z filmem "Wielkie wesele".

Szczegółowy regulamin konkursu znajduje się tutaj.

Powodzenia!

Komentarze

Skomentuj
  • mimi.fm@...

    najzabawniejsza historia w mojej rodzinie wydarzyła się gdy byłam nastolatką i potem jeszcze przez wiele lat opowiadając ją komuś płakaliśmy ze śmiechu. Prosto po szkole ja z mamą i siostrą poszliśmy do baru mlecznego na obiad. Po powrocie do domu okazało się że w barze, który niestety był już zamknięty został mój tornister. Mama się zdenerwowała, ja jako nastolatka także bardziej chyba na nią niż na całą sytuację, że ma pretensje że zapomniałam o tym tornistrze nie myśląc wiele a chcąc mamę nastraszyć wyszłam z domu jak stałam w kapciach bez niczego, mama w panice poleciała za mną a za nami moja młodsza siostra zatrzaskując drzwi nie mając klucza przy sobie :) Stojąc tak bez niczego część nas w kapciach część bez w marcu na zimnej klatce schodowej postanowiłyśmy zadzwonić do taty który miał komórkę o której wróci z pracy, poszłyśmy do sąsiadów przedzwonić lecz ich pies tak na nasz widok szalał z radości że gdy mama stała próbując wybrać nr na tarczy telefonu wbiegł na nią i zabawie wyrwał ze ściany kabel telefoniczny. Zmartwione bo to był to jedyny telefon stacjonarny na klatce schodowej postałyśmy jakiś czas pod drzwiami nie chcąc zostawać u sąsiadów, u których po części przyczyniłyśmy się do pozbawienia ich na jakiś czas telefonu, pojawił się tata, nie mogący zrozumieć całej sytuacji :). Zmarznięte siadłyśmy z nim przy stole próbując mu jedna przez drugą opowiedzieć co się stało poczułyśmy smród palonej gumy, okazało się że chcąc się ogrzać postawiłyśmy olejowy grzejnik zbyt blisko stołu i zaczęła topić się nam cerata która leżała na stole. Całe szczęście to było już ostatnie wydarzenie tego dnia, i chociaż był to 13sty do tej pory wspominamy go z uśmiechem na ustach i z łezką w oku :)

    09.02.2014 23:18
  • m_m_martha@...

    Historia, która najbardziej utkwiła mi w pamięci zdarzyła się około 10 lat temu, gdy razem z moimi kuzynami ze strony mamy spędzaliśmy ferie zimowe w Zakopanem. Początkowo wydawało się, iż czas spędzony w górach w niczym nie będzie odbiegać od ferii, które do tamtej chwili spędzaliśmy w zimowej stolicy Polski. Niestety, już po kilku dniach okazało się, jak bardzo się myliliśmy. W trzecim dniu naszego pobytu mój o dwa lata młodszy kuzyn złamał sobie nogę w wyniku felernego upadku na stoku, a dzień później jego brat rękę, poślizgnąwszy się przez pensjonatem, w którym byliśmy zakwaterowani. Na tym pasmo naszych nieszczęść się nie skończyło. Pod koniec tygodnia zostaliśmy okradzeni z wszystkich naszych pieniędzy, gdy w sobotni poranek wybrałam się z kuzynką na lokalny ryneczek, by zakupić produkty żywnościowe na kilka kolejnych dni. Nie muszę nadmieniać, iż byliśmy wszyscy załamani. Nie dość, że część z nas leżała w domku połamana, to jeszcze pozostawieni zostaliśmy bez jakichkolwiek środków do życia. Postanowiliśmy działać. Nie chcieliśmy dzwonić do rodziców z prośbą o wsparcie finansowe, gdyż znów usłyszelibyśmy, jacy to jesteśmy nieodpowiedzialni i że jak zwykle czekamy na pomocną dłoń z ich strony. W lokalnej gazecie znaleźliśmy ogłoszenie o pracy przy akcji marketingowej, towarzyszącej otwarciu nowego hotelu w Zakopanem. Od razu zadzwoniliśmy pod wskazany numer telefonu i umówiliśmy się na rozmowę. Pracę dostaliśmy. I choć nie zarobiliśmy za wiele, to na szczęście starczyło na bilety powrotne, no i oczywiście pożegnalną kolację w jednej z bardziej modnych zakopiańskich restauracji. Oczywiście narzekania rodziców nie uniknęliśmy, ale co przeżyliśmy, to było nasze. Nieprawdopodobne, a jednak...:)

    09.02.2014 22:07
  • damvoc@...

    Moja, a właściwie nie do końca moja, bo mej pra pra babci historia rodzinna jest bardzo krótka, acz ciekawa. Opowiadam ją wszędzie gdzie tylko się da. Otóż ma pra pra babcia była kobietą niezwykle piękną wzbudzającą pożądanie u prawie każdego mężczyzny. Jednak każdego z nich konsekwentnie ignorowała, bowiem gustowała tylko i jedynie w czarnoskórych mężczyznach. Sto lat uganiała się za murzynami, aż w końcu zmarła... nigdy nie zasmakowawszy białej kiełbasy.

    09.02.2014 21:03
  • okman@...

    Sytuacja miała miejsce kilka lat wstecz a konkretnie jakieś 5 lat. Cotygodniowe zakupy z moim Ojcem wyglądają mniej więcej tak jazda od marketu do marketu... Wszystkie możliwe sklepy są odwiedzone przez moją rodzinę i w jednym ze sklepów moja wtedy ok 5 letnia siostra zapytała przy kasie czy może wziąć sobie cukierki mój ojciec spojrzał tylko na cenę i stwierdził że jakieś drogie są te cukierki... miałem wyprowadzić siostrę z błędu że to nie są cukierki ale sam nie wiedziałem jak wytłumaczyć 5 letniemu dziecku że w tym kolorowym pudełeczku nie znajdują się słodkie "cukierki" tylko prezerwatywy więc przyglądałem się całej sytuacji kiedy pani kasjerka skrzętnie kasuje owe cukierki a siostra z wózka uradowana zabiera się za otwarcie kolorowego pudełka. wychodząc ze sklepu rozpakowała owego cukierka a mina mojego Ojca była bezcenna. Tato w domu zapytał wtedy mnie czy ja nie widziałem jakie siostra bierze "cukierki" odparłem wtedy tato przecież sam stwierdziłeś że coś drogie są te "cukierki" ojciec się speszył i do tematu tych zakupów nie wraca. My za to z bratem nie raz jeszcze przypominamy tacie tą historię z uśmiechem na twarzy i przy kasie wzajemnie pytamy "może cukierki chcesz?"

    09.02.2014 18:05
  • aniaskn@...

    Z cyklu: „Pokręcone losy rodziny K.”

    Roku pańskiego 2013 w domu rodziny Państwa K. czas płynął wolno i leniwie jako, że była to akurat niedziela. Anna K. (pseudonim „Mama”) wraz z Hubertem K. (pseudonim „Tata”) raczyli się rozrywką w postaci serialu telewizyjnego serwowanego przez jeden z kanałów. W tym czasie niejaka Lidia K. (pseudonim „Córka”) krzątała się po całym domu jak to miała w swym zwyczaju, który udoskonalała przez 2 i pół roku swojego dotychczasowego życia. Tupot jej małych stóp niósł się od pomieszczenia do pomieszczenia aż w końcu ucichł a córka zjawiła się przed mamą i tatą (zwanych w skrócie „Rodzicami”). Jej zatroskana mina wymusiła pytanie, czy coś się stało. Odpowiedź była twierdząca. Zaginął koteczek, zwany od teraz „Zaginionym”. Z racji tego, że zaginiony nie miał prawa opuścić czterech ścian domostwa rodziny K. podjęto bardzo powolne próby poszukiwań podejrzewając, iż niezwłocznie się odnajdzie. Sprawdzono wszystkie jego ulubione miejsca pobytu, czyli łóżka, kanapy i parapety jednakże zaginiony koteczek nie przebywał aktualnie w żadnym z wymienionych powyżej miejsc. Czujność mamy została postawiona w stan gotowości gdy kątem oka zauważyła chwilami podstępny uśmiech na twarzy córki jednakże nie podejrzewała jej o jakiekolwiek niecne działania w tak młodym wieku. Poszukiwania zataczały coraz szersze kręgi, sprawdzano wnętrza szaf, zaglądano pod łóżka oraz do wszystkich pomieszczeń. Wszelkie nawoływania pozostawały bez jakiegokolwiek odzewu. W czasie trwania całej operacji w domu przebywała również R.S., dla mamy znana jako „Mama”, dla taty znana jako „Teściowa”, a dla córki znana jako „Babcia”. Dla rozróżnienia postaci w naszej historii przedstawiana będzie jako „Babcia”. Otóż babcia przemierzając pomieszczenia trafia do pokrytej kafelkami, które można by było już wymienić, kuchni. Nie biorąc udziału póki co w poszukiwaniach staje się mimowolnym ich uczestnikiem i doprowadza całość historii do końca. Cała operacja znajduje swój finał w momencie gdy z kuchni dobiega głos babci z zatrważającym pytaniem o to, kto zamknął koteczka w lodówce. Wzrok mamy i taty wędruje w kierunku córki, która rozkładając bezradnie ręce zaczyna się śmiać i ucieka żwawymi krokami do swojego pokoju. Koteczek na kanapie wygładza swoje futro a rodzice lekko oszołomieni przygotowują się do przeprowadzenia rozmowy wychowawczej z córką. Ale to już zupełnie inna historia…

    Ps. W czasie historii ani w kolejnych miesiącach po jej zakończeniu nie ucierpiał żaden koteczek.

    Ps2. Na szczęście nikt inny również nie ucierpiał.

    07.02.2014 08:24
  • kazia.wodnik@...

    Pewnego dnia gdy wokoło nasypało śniegu ja raz dwa sanki zabrałam i na górę biegu, by poszaleć na tym puchu, radować do woli nawet mi nie przeszkadzało, że mnie ucho boli. Tam na stoku był mój tatko na nartach szusował chciałam by raz dał mi zjechać, lecz on się buntował. Pomyślałam przechytrzę Go, gdy narty odepnie, szybko założę na nogi, ale będzie świetnie! Choć czekałam dosyć długo lecz dopięłam swego, me małe nóżki (roz.36) włożyłam do buta (45) wielkiego. I jak kot w siedmiomilowych butach wyglądałam, co tam wygląd, me marzenie wypełnić już miałam. I już próbowałam zjeżdżać z małego pagórka, gdy nagle wypadłam z butów i w śnieg dałam nurka. Expresowo się podniosłam a tu wszyscy ha, ha, mój tatko tak się śmiał mocno aż za brzuch się łapał. Ja też uśmiałam się z siebie nauczkę dostałam, nazwali mnie Wielkie narty i ksywa została. Po latach tamci ze stoku kiedy mnie spotkają, witają cześć Wielkie Narty i się uśmiechają :)

    06.02.2014 23:59
  • marcinbanasiak.pl@...

    Najzabawniejsza historia w mojej rodzinie miała miejsce 10 lat temu, gdy jako 12-letnie dziecko musiałem sam zadzwonić do przychodni i zarejestrować się. Nikogo z rodziców nie było w domu, a starsza siostra wstydziła się. No, ale zadzwoniłem. Dialog z recepcjonistką wyglądał tak :

    JA - ja R - recepcjonistka

    JA : Dzień dobry, chciałbym się zapisać na wizytę w przychodni jutro. R : Mam jedyny termin na popołudnie. Pasuje? JA : Tak. R : Poproszę godność JA : Jestem godny, że tu dzwonię - odparłem pewnie R : (śmiech!) Godność - imię i nazwisko!

    Nie wytrzymałem ze śmiechu i rozłączyłem się. Gdy po powrocie rodziców z pracy opowiedziałem im tę historię - padli z wrażenia. Do dziś wspominamy tę sytuację ze łzami na twarzy :)

    06.02.2014 22:35
  • cnst@...

    Kurczę… z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciach, więc nie wiem czy opowiadanie o niej historii to dobry pomysł. Ale mam taką jedną, święta były niedawno, więc w miarę na czasie. Rodzina jest tu głównie tłem, ale tłem, które sprawiło, że w ogóle ta historia powstała… Otóż wydarzyło się to jakieś dwa lata temu podczas Świąt Bożego Narodzenia. Jako przymusowy ochotnik zostałem wysłany w poszukiwaniu jakiegokolwiek otwartego sklepu lub stacji benzynowej ponieważ na stole zabrakło wódk… eee.. nie… w to nikt nie uwierzy, że mogło tego zabraknąć. Jeszcze raz. Jako przymusowy ochotnik zostałem wysłany w poszukiwaniu jakiegokolwiek sklepu lub stacji benzynowej ponieważ na stole zabrakło chleba. No, brzmi lepiej. Wyruszyłem w tę śnieżną zawieruchę, która panowała na zewnątrz, w środku nocy, będąc jednoczenie i tak poszkodowanym, gdyż tego dnia od rana chleba nie jadłem. Nawet kromki, podczas gdy inni łapali pajdy raz za razem. Ale taka to już dola kierowcy. Tak więc wyruszyłem w tę ciemną noc, przeszywaną gęstymi opadami śniegu i poruszając się ślimaczym tempem, gdyż drogi były nieodśnieżone turlałem się w poszukiwaniu zaopatrzenia. Jak wiemy bez wielu potraw może się obejść świąteczny stół ale bez chleba? Bez chleba wszystko gorzej smakuje. Ta myśl sprawiła, że wstąpiła we mnie pewna duma, swego rodzaju siła i zaszczyt. Czułem się niczym Jazon wyruszający po Złote Runo czy też Frodo pragnący zniszczyć pierścień w Mordorze. Byłem wybrańcem. Wycieraczki uwijały się sprawnie próbując oczyścić szybę z wciąż zakrywającego je białego puchu. Ogrzewanie chodziło pełną parą lecz mimo to nie zdejmowałem czapki jakby bojąc się, że za chwilę śnieg zacznie się wdzierać do środka poprzez wszelkie szczeliny w samochodzie. Zacząłem odnosić wrażenie, że chyba właśnie zbliża się ten koniec świata o którym swego czasu Majowie pisali na Twitterze. Pomyślałem wtedy czy słusznie robię jadąc po ten chleb jeśli za chwilę świat się skończy, czy nie powinienem jednak zawrócić i być teraz z rodziną. Jednak myśl, jaka będzie ich reakcja gdy pojawię się w drzwiach bez chleba była bardziej przerażająca niż myśl o końcu świata, więc jechałem dalej. Mijałem rozświetlone domy i sklepy, wszystko migało do mnie zza gęstej ściany śniegu jakby próbując dać mi znać, że nie powinienem dalej jechać. Nie dostrzegłem w tym wszystkim ani jednego człowieka, nawet żadne zwierze nie próbowało przemknąć gdzieś na drugą stronę jezdni, wyglądało na to, że jestem jedyną istotą na ziemi, która wyszła w ten wieczór z domu. I wtedy to dostrzegłem. Ten jaśniejący punkt, który stał się dla mnie drogowskazem niczym gwiazda polarna dla żeglarzy. Zmierzałem ku niemu jak ku przeznaczeniu a napis głosił krótko lecz zbawiennie: „Otwarte”. Dotarłem do celu, zaparkowałem samochód, wygramoliłem się na nieodśnieżony parking i wpadłem do środka. „Uratowani” – przemknęło mi w myślach i padłem na kolana. Sprzedawca już chciał wyrzucić mnie za drzwi myśląc, że jestem jakimś kolędnikiem jednak szybko się podniosłem i zrobiłem zakupy. Kupiłem sześć półkilogramowych bochenków, ukłoniłem się prawie do samej ziemi i ruszyłem w drogę powrotną, która wydawała mi się sto razy krótsza. Gdy w końcu dotarłem do domu okrzyków radości nie było końca. Wszyscy wiwatowali, nosili mnie na rękach, obiecywali złote góry, rękę księżniczki i połowę królestwa. Jednak przede wszystkim rzucili się na świeży chleb. Każdy szybko dostawał kromkę za kromką i znów przy stole panowała radosna atmosfera. A ja wciąż patrzyłem na to trzeźwym okiem, popijałem herbatę i byłem z siebie niesamowicie dumny ile szczęścia dałem mojej rodzinie w ten świąteczny czas.

    06.02.2014 19:00
  • memos@...

    Było to w dzień mojego wesela. Mój tato i brat przez przypadek pozamieniali się butami. Jak śmiesznie musiało wyglądać kiedy przed wejściem do restauracji zaczęli zdejmować buty i się nimi wymieniać. Całość została utrwalona na zdjęciu - stoją w samych skarpetkach a buty trzymają w ręce.

    06.02.2014 14:55
  • sgoha28@...

    Dawno, dawno temu gdzieś pod Płockiem kiedy nie było budzików ba nie było nawet kogutów a ludzi budziło poczucie odpowiedzialności. (Tak według mojego taty były takie czasy i on w nich żył. ) Podczas kolejnych Świąt Bożego Narodzenia kiedy po karpiu zostały tylko ości a wszystkie znane kolędy, zostały już zafałszowane, prezenty rozdane. Przyszedł czas na pasterkę. Żeby pójść do kościoła trzeba było przejść przez las. Więc gdzieś koło północy cała zgraja młodzieży w tym mój tata dzielnie maszerowali. Gdzieś w połowie lasu mój tatuś wpadł na pomysł na straszenia swoich sióstr. Podszedł do nich bezszelestnie i tak by nie poczuły dotyku tylko obecność jakieś materii przejechał nad ich głowami ręką. W tym momencie moje ciotki z wielkim wrzaskiem (spokojnie mogły by pobudzić pasterzy w Betlejem), zaczęły biec w stronę kościoła (jak to mówią jak trwoga to do Boga).Jestem przekonana, że pobiły jakiś rekord. Od tamtej pory zawsze już jeździły z rodzicami saniami albo bryczką w zależność od aury pogodowej.

    06.02.2014 10:30
  • sgoha28@...

    Dawno, dawno temu gdzieś pod Płockiem kiedy nie było budzików ba nie było nawet kogutów a ludzi budziło poczucie odpowiedzialności. (Tak według mojego taty były takie czasy i on w nich żył. ) Podczas kolejnych Świąt Bożego Narodzenia kiedy po karpiu zostały tylko ości a wszystkie znane kolędy, zostały już zafałszowane, prezenty rozdane. Przyszedł czas na pasterkę. Żeby pójść do kościoła trzeba było przejść przez las. Więc gdzieś koło północy cała zgraja młodzieży w tym mój tata dzielnie maszerowali. Gdzieś w połowie lasu mój tatuś wpadł na pomysł na straszenia swoich sióstr. Podszedł do nich bezszelestnie i tak by nie poczuły dotyku tylko obecność jakieś materii przejechał nad ich głowami ręką. W tym momencie moje ciotki z wielkim wrzaskiem (spokojnie mogły by pobudzić pasterzy w Betlejem), zaczęły biec w stronę kościoła (jak to mówią jak trwoga to do Boga).Jestem przekonana, że pobiły jakiś rekord. Od tamtej pory zawsze już jeździły z rodzicami saniami albo bryczką w zależność od aury pogodowej.

    06.02.2014 10:29
  • mikolaj.ignasiak@...

    Moja ostatnia historia rodzinna to dzień, jeden z wielu w którym rozwoziliśmy zaproszenia na nasz ślub. Gdy podczas powrotu z przyszłą żoną i rodzicami jechaliśmy głowna trasą w stronę Ostrowa Wlkp spotkaliśmy niezapowiedziana kontrolę heh. Było juz dość póżno, dochodziła godz. 23:00, na trasie nie bylo za wielkiego ruchu. W aucie zaczęliśmy wszyscy rozmawiać i wyłączyłem CB radio aby nam nie przeszkadzało. Na około 20 minut przed końcem trasy za nami ktoś zaczoł mrugać światłami, heh okazało się że to nasza nieoznakowana policja nas zatrzymala. No i oczywiście małe przerażenie w aucie,,,, wszyscy zaczeli mnie pocieszać, że wliczymy to w koszty wesela. Kazali mi pokazać trójkąt, który miałem w bagażniku. Otworzyłem bagażnik i wysypały sie zaproszenia na ślub. Powiedziałem im z kad wracamy. Kazali zaczekac w samochodzie. Podchodzi po dłuższej chwili do mnie i mówi: 200zł i 6punktów, i po chwili odpowiedział : Tym razem zakończy się na upomnieniu to taki prezent na wesele od nas ;) Nie wyobrażacie sobie radości jaka panowała w tedy w aucie heh ;)

    I tak mieliśmy niezłą przygodę zakończoną hapy end'em ;)

    05.02.2014 14:41
  • iza0985@...

    Pamiętam moment, w którym przyszedł czas, aby pochwalić się rodzinie, że spodziewam się dziecka. Bardzo bałam się reakcji szwagierki, która jakiś czas wcześniej po raz drugi poroniła swoje upragnione maleństwo i wciąż mocno to przeżywała. Nie chciałam, aby nasza radość i szczęście ją jakoś uraziło i przywołało przykre wspomnienia. Kiedy już nadszedł ten dzień kiedy się spotkaliśmy i podzieliliśmy z nią tą nowiną, ona uradowana zdradziła nam tajemnice, że jest w 2 miesiącu ciąży bliźniaczej, ale ze względu na poprzednie przykre zdarzenia nie chciała jeszcze tego nikomu obwieszczać, w obawie gdyby znów się nie udało. Ale tym razem było inaczej. Urodziła dwóch zdrowych chłopaków, a ja uroczą Córeczkę. Dodatkowo zabawne jest to, że praktycznie minęłyśmy się na porodówce. Kiedy ja z niej wychodziłam, szwagierka dostawała bóle... Nasze pociechy dzieli tylko 5 dni :-))

    04.02.2014 20:28
  • jarek-nowak@...

    Całe to zdarzenie miało miejsce kilka lat temu podczas Świąt Bożego Narodzenia w domu mojego wuja i jego żony na podkrakowskiej wsi. Jak co roku zebraliśmy się tam, by wspólnie przeżywać Święta, a ponieważ większa część z nas nie widziała się przez cały ostatni rok opowieściom i anegdotom nie było końca, gdyż każdy ciekawy był, co u innych się wydarzyło. Podczas uroczystej wieczerzy wigilijnej dało się nagle usłyszeć głośne ,,brzdęk". Z początku ani ja ani żaden z moich kuzynów nie zorientowaliśmy się, co to właściwie było. Po chwili dziewczyna mojego bratanka zaczęło głośno zawodzić. Okazało się... że złamała sobie ząb, nagryzając babeczkę cytrynową, w której... ukryty był przygotowany specjalnie dla niej pierścionek zaręczynowy! Beata, bo tak jest jej na imię, od razu odwieziona została na oddział chirurgii szczękowej i choć dziś ona i Paweł są już po ślubie, to ich historia przez długi czas wspominana była w mojej rodzinie. Nieprawdopodobne, a jednak!:) Czasami chyba nie warto ryzykować, wybierając bardziej konwencjonalne metody oświadczyn.

    04.02.2014 20:24
  • fluffyram@...

    Niby dzień jak co dzień, ale jednak coś. Urodziny babci, do której jedzie się prawie cały dzień. Jubilatka czekała, gości przyjęła i biesiadowała, jednak to w gestii mojej familii było dowiezienie tortu. Traf chciał, że akurat remontowana była droga na trasie do Bytowa, a jak na złość innej drogi do wiejskiej posiadłości rodzicieli moich rodzicieli nie ma. I tak staliśmy, czekając na zielone światło, gdyż ruch wahadłowy. Był to okrągły jubileusz, całe 70 lat. Alkohol, mięso z grilla(sierpień), owoce, tańce, swawola... A tort, wraz z nami dojechał dopiero o godzinie 19-tej. Babcia dostała Tort i życzenia od GDDKiA, w końcu mogliśmy dopełnić zwyczaju i otworzyć szampana, choć połowa gości już była trochę wcięta. Impreza zaczęła się na dobre, a ów obsów w czasie, przerwa w dostawie ciasta urodzinowego stała się rodzinną tradycją.

    04.02.2014 17:25
  • 324marta342@...

    Był to jeden z wielu rodzinnych grilli. Kiełbaski, karkówka, sałatki itp. Niestety dzień wczesniej przed tym rodzinnym spotkaniem dostałam zatrucia pokarmowego. W zwiazku z tym nie mogłam nic jeść. Posądzono mnie o anorekcje i głodzenie się. Gdy wszystkim obecnym wytłumaczyłam dlaczego nie jem, byli w lekkim szoku.

    04.02.2014 14:17

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×