"Maria Skłodowska-Curie". Popis Karoliny Gruszki w niespełnionym filmie [RECENZJA]

Maria Skłodowska-Curie doczekała się swojej filmowej biografii. Aż chciałoby się powiedzieć, a nawet krzyknąć, wreszcie! Pozornie takiego tematu nie da się zmarnować, ale czy aby na pewno? Bo niestety z nowego filmu Marii Noelle nie dowiecie zbyt wiele na temat dwukrotnej noblistki, a chyba nie tak to powinno wyglądać. Oceniamy film „Maria Skłodowska-Curie”.

Multimedia

Francuska reżyserka skupiła się na życiu Skłodowskiej (Karolina Gruszka) w czasie pomiędzy jej pierwszą a drugą Nagrodą Nobla. Był to dość celny strzał, wszak wtedy życie polskiej chemiczki zmieniło się nie do poznania, a śmierć męża (Charles Berling) sprawiła, że Maria Curie musiała zacząć zupełnie inaczej patrzeć na życie, usamodzielnić się oraz udowodnić swoją wartość, gdyż wcześniej niektórzy postrzegali ją wyłącznie jako dodatek do męża.

I właśnie na tym skupia się Marie Noelle. Skłodowska początkowo w jej oczach jest wojowniczką, która sama musi zmierzyć się ze zdominowanym przez mężczyzn światem nauki, gdzie łatwiej spotkać mizogina i seksistę (Daniel Olbrychski), niż kogoś, kto uzna kobietę za godnego partnera w intelektualnej batalii. Nawet ci, którzy doceniają, jak np. Paul Langevin (Arieh Worthalter), patrzą na Curie jak na obiekt seksualny, spychając na dalszy plan jej osiągnięcia.

Bez wątpienia walka Skłodowskiej-Curie ze zmaskulinizowanym środowiskiem jest najciekawszym aspektem produkcji. To ogromna zasługa Karoliny Gruszki, która w tytułowej roli sprawdziła się naprawdę bardzo dobrze. Więcej, mam wrażenie, że jej kreacja wychodzi daleko poza scenariusz, który niestety dość płytko patrzy na Curie. Dzięki urodzonej w 1980 roku aktorce doskonale widać, jak jej postać jest rozchwiana pomiędzy zrezygnowaniem a determinacją, irytacją a zażenowaniem. Najciekawiej patrzy się na jej potyczki z postacią wykreowaną przez Olbrychskiego, który jako prostacki i napalony hipokryta, tak naprawdę serwuje widzom smutnego, przestraszonego i zazdrosnego o osiągnięcia zaawansowanego wiekowo mężczyznę, mogącego wyżyć się tylko przez obelżywe zachowanie. Wszak nic innego już mu nie pozostało.

Problem zaczyna się wówczas, gdy okazuje się, że autorki filmu na dobrą sprawę Skłodowska naukowiec również nie interesuje. Owszem, jej dokonania pojawiają się na ekranie, ale jedynie jako mały element dekoracji, składnik, którego nie dało się wyeliminować, więc zredukowano go do minimum. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się uczuciowo-erotyczne życie noblistki i skandal obyczajowy z jej udziałem. Szkoda, że Noelle postanowiła skręcić z historią w kierunku romansu, gdyż to zupełnie nie oddaje ducha Skłodowskiej, a wręcz spłaszcza ją oraz tabloidyzuje.

Karolina Gruszka jako Maria Skłodowska-Curie [ZDJĘCIA]Zobacz więcej

W pewnym momencie reżyserka sama zaczyna traktować Marię Curie wyłącznie jak obiekt seksualny i nie chodzi o to, że noblistka nie miała prawa do miłości (co byłoby przecież absurdem!), ale na ekranie zaczynamy obserwować bohaterkę, która jest uzależniona od mężczyzn i nie potrafi bez nich funkcjonować, co szalenie gryzie się z wykreowaną na początku wizją silnej kobiety. Zastosowano tutaj zdecydowanie zbyt dużą skrótowość, przez co historia zaczęła się rozłazić i pękać w szwach.

Zdjęcia Michała Englerta wprowadzają nas w na swój sposób fascynujący świat, lecz zupełnie nie do zaakceptowania są wszelakie sceny retrospekcji, połączone z podniosłą muzyką i zwolnionym tempem, które są zwyczajnie banalne, ocierające się o stylistykę i konwencję podrzędnego filmu telewizyjnego. Zresztą muzyka, najczęściej zbyt sugestywna i przewidywalna, także nie należy do najmocniejszych punków filmu „Maria Skłodowska-Curie”. Całość staje się wówczas zbyt czytelna, przewidywalna oraz odzierająca opowieść z autentyzmu na rzecz niezamierzonej śmieszności.

Na szczęście film Marie Noelle dużo lepiej prezentuje się od strony aktorskiej, a reprezentacja Polski nie zawodzi. „Maria Skłodowska-Curie” Karoliną Gruszką stoi, lecz z ciekawej strony prezentują się też Izabela Kuna, Daniel Olbrychski czy przede wszystkim świetny Piotr Głowacki, którego w roli Alberta Einsteina ma się duży niedosyt. Z zagranicznej części obsady zdecydowanie największe pole do popisu ma belgijski aktor, Arieh Worthalter. Do kostiumów oraz scenografii nie można mieć zastrzeżeń, widać dbałość o szczegóły oraz dopracowanie.

Jestem daleki od peanów na cześć nowego filmu Marii Noelle, gdyż „Maria Skłodowska-Curie” to obraz niespełniony i niekompletny. Nie wszystko poszło tak, jak można byłoby sobie tego życzyć. Francuska autorka niestety w pewnym momencie obrała swoim filmem zły kierunek, sprowadzając historię dwukrotnej noblistki do opowiastki rodem z taniego romansidła. Karolina Gruszka robiła co mogła, aby Skłodowska-Curie miała ludzką twarz i za to należy ją cenić, gdyż ona jest skarbem tego dzieła. Dlatego żałuję, że filmu Marii Noelle w żadnym wypadku nie mogę nazwać dobrym. To średnia i nierówna produkcja, charakteryzująca się niespełnionym potencjałem.

Ocena: 5/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"MARIA SKŁODOWSKA-CURIE" W KINACH OD 3 MARCA

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Krysia (gość)

    Wczoraj byłam na tym filmie i niestety nie spodobał mi się.Taki mdły, a z Marii zorobiła reżyserka nimfomankę.Temat naukowy jest tylko "polizany".Może jedynie mały plusik to dobra gra naszej aktorki Karoliny Gruszki.

    05.03.2017 22:12
  • zxc (gość)

    Wlasnie wrocilam z kina i jestem szczerze rozczarowana. CHaos i niedopowiedzenia. Ze tak powiem doopy nie urywa. Wszystko sie rwie, Maria jakas taka neurotyczna i rozchwiana. Nie polecam w kinie, szkoda kasy.

    03.03.2017 20:59

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×