"McImperium". Historię piszą zwycięzcy, czyli jak powstało królestwo Big Maca [RECENZJA]

To zadziwiające, że na film o powstaniu potęgi McDonald’s trzeba było czekać tyle lat. Przecież ta historia aż sama się prosiła o sfilmowanie, ale na szczęście na horyzoncie pojawili się producenci Aaron Ryder oraz Don Handfield, którzy postanowili opowiedzieć o narodzinach sieci najpopularniejszych barów szybkiej obsługi na świecie.

Multimedia

Ray Kroc (Michael Keaton) jest 52-letnim nieudacznikiem, który stale żyje przekonaniem, że w końcu uda mu się odnieść sukces. Jego żona Ethel (Laura Dern) zajmuje się domem i cierpliwie znosi kolejne nieudane pomysły biznesowe męża, które nie przynoszą im sławy wśród zamożniejszych i lepiej sytuowanych znajomych. W momencie, gdy poznajemy Raya, próbuje sprzedawać miksery do szejków; działa dość standardowo, stale jest w trasie, żywi się w barach „szybkiej” obsługi, a każdemu z restauratorów przedstawia dokładnie tę samą gadkę, przez co szybko zostaje pożegnany.

Aż pewnego słonecznego dnia otrzymuje telefon z biura, że jeden z barów w San Bernardino złożył zamówienie aż na sześć mikserów, co dla Raya brzmi jak jakaś kolosalna pomyłka. W końcu jeszcze nikt nie składał tak dużego zamówienia! O co w tym chodzi? Gdy okazuje się, że faktycznie zaszło nieporozumienie i bar potrzebuje jednak ośmiu mikserów, to Ray nie czeka ani minuty i wsiada w samochód, mknąc do Kalifornii, gdzie trafia do pierwszej restauracji McDonald's, którą prowadzą bracia McDonaldowie, Dick (Nick Offerman) i Mac (John Carroll Lynch). Życie Raya w końcu naprawdę może się odmienić...

Za kamerą „McImperium” stanął John Lee Hancock, a scenariusz napisał Robert D. Siegel. Nie oczekujcie fajerwerków, w zasadzie obydwaj panowie podeszli do tematu dość konserwatywnie, po prostu odhaczając kolejne punkty z biografii Raya Kroca. Można to było zrobić efektowniej, z większym rozmachem, lecz z drugiej strony ta historia jest samograjem i chociaż i tak wiemy, jakie będzie zakończenie, to całość ogląda się dobrze, a akcję śledzi się z zaciekawieniem.

To historia brutalnego kapitalizmu w pigułce. Twórcy zestawili ze sobą braci McDonaldów, trochę naiwnych, być może nawet nie do końca nie wierzących w siebie, z Rayem Krockiem, który tak bardzo łaknął sukcesu, że byłby gotowy dla niego poświęcić wszystko, łącznie z najbliższymi, jak i samym sobą. Z jednej strony to opowieść o gigantycznym draństwie, ale z drugiej... założyciele pierwszej restauracji McDonald's sami się o to prosili. Film Hancocka dobitnie pokazuje, że wielkoformatowy biznes nie jest dla grzecznych i ułożonych chłopców, tylko dla ludzi, którzy zamiast pomóc tonącemu, jeszcze dla pewności wepchną mu szlauch w usta. Brutalne? Być może, ale życie często kręci się wokół zasady „albo my ich, albo oni nas”. Nie ma zmiłuj, albo akceptujesz te zasady, albo wypadasz z gry.

„McImperium” pokazuje bez upiększeń jak rodziło się królestwo franczyzy i to jest największą zaletą filmu. Nikt tutaj nikogo nie wybiela i dość szybko orientujemy się, że główny bohater w gruncie rzeczy jest szują. Po części rozumiemy jego motywację; gdy jest się stale kopanym i stanowi się pośmiewisko bogatszych, to w końcu chce się im udowodnić swoją wyższość. Kroc to zrobił, pokazując, że może mieć wszystko, czego jedynie zapragnie, bez względu na to, czy są to prawa do magicznej nazwy McDonald's czy żona jednego z partnerów biznesowych (cudowna Linda Cardellini). W końcu historię piszą zwycięzcy.

Michael Keaton buduje burgerowe imperium! [WIDEO+ZDJĘCIA]Zobacz więcej

Po seansie trudno mi sobie wyobrazić w głównej roli kogoś innego niż Michael Keaton. Doskonale potrafił oddać na ekranie łajdaka, któremu już po pierwszym spojrzeniu na innowacyjność restauracji Dicka i Maca zaświeciły się symbole dolara w oczach. Jego Ray jest zarówno irytujący, jak i napastliwy, ale przede wszystkim wraz z kolejnymi minutami filmu staje się coraz bardziej bezwzględny. Wszystko bierze jak swoje, a każdy kto mu się sprzeciwi, w końcu pozna swoje miejsce w szeregu. Doskonały wybór castingowy.

Żałować jedynie można, że postaci braci McDonaldów nie zostały odpowiednio wyeksponowane. Właściwie stanowią oni jedynie dodatek do tej opowieści, taki obowiązkowy ogórek do hamburgera. Zbyt wiele się o nich nie dowiemy, a szkoda, bo w końcu im się to należało. Aktorsko szersze pole do popisu miał Nick Offerman, ale wynika to zapewne z faktu, że Dicka napisano ciekawiej, czyniąc bardziej interesującym niż jego brat.

„McImperium” to solidna produkcja, w której autorzy nie pozwolili sobie na nonszalancję, zamiast tego stawiając na tradycyjną opowieść w stylu od zera do milionera, gdzie główny bohater idzie po trupach do celu. Drań, ale Keaton sprawił, że właściwie trudno go nie lubić. Do tego zdjęcia Johna Schwartzmana, kostiumy (Daniel Orlandi) oraz scenografia (Michael Corenblith i Susan Benjamin) sprawiły, że otrzymaliśmy ciekawy obraz Stanów Zjednoczonych lat 50. XX wieku.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"MCIMPERIUM" W KINACH OD 3 LUTEGO

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 3 lutego 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×