"Miłość i miłosierdzie" [RECENZJA]. Rekolekcyjna czytanka, czyli polskie kino religijne wciąż nie jest w formie

Kino religijne w Polsce nie jest w najlepszej kondycji. Michał Kondrat, który od lat stawia na realizację katolickich fabularyzowanych dokumentów, zapewne chciałby coś zmienić w tej kwestii, jednak jego najnowszy obraz pt. "Miłość i miłosierdzie" trudno nazwać udaną produkcją.

Multimedia

"MIŁOŚĆ I MIŁOSIERDZIE" - RECENZJA

Nie dajcie się nabrać. "Miłość i miłosierdzie" tylko po części opowiada o świętej Faustynie Kowalskiej oraz jej objawieniach. Na dobrą sprawę Kondrat stara się opowiedzieć o kulcie i ruchu Miłosierdzia Bożego. Może i słusznie, bo przecież w sercach wielu widzów wciąż żyje film "Faustyna" z niezapomnianą rolą Doroty Segdy, więc walka z tak silnie zakorzenionym obrazem byłaby błędem. Ale po kolei.

"Miłość i miłosierdzie" zaczyna się fatalnie. Otrzymujemy bryk opowiadający o stworzeniu świata przez Boga, narodzinach Polski, a następnie losach Heleny Kowalskiej (Kamila Kamińska), która od najmłodszych lat utrzymywała, że rozmawia z Chrystusem. Sceny fabularne w większości wyglądają źle, tandetnie oraz tanio. Kamila Kamińska jako Faustyna jest zbyt przerysowana, czego apogeum osiągamy w scenach, gdy objawia się jej Jezus Chrystus. Wtedy już mamy do czynienia z karykaturą, a sekwencja, która w założeniu miała być poważna i nastrojowa, staje się niezamierzenie śmieszna.

Mam wrażenie, że Michał Kondrat świadomy jest swoich reżyserskich ograniczeń w kinie fabularnym, wiec stara się na wszelkie sposoby przebić balonik patetyczności. Podoba mi się to, że starał się pokazać, jak osoby duchowne reagowały na deklarację Faustyny o rozmowach z Jezusem, a do tego bardzo cenny jest humor, jaki pojawia się w filmie. Jest w tym dużo ironii oraz mrugania okiem, szczególnie w scenach z udziałem Janusza Chabiora, który nawet w epizodzie pokazuje pełną klasę aktorską.

"Wilkołak". Film Adriana Panka ogląda się z zaciśniętymi zębami! Najlepszy polski horror od lat?Zobacz więcej

"Miłość i miłosierdzie" lepiej prezentuje się od strony dokumentalnej. Wówczas zaczyna robić się ciekawiej. Nie chcę dyskutować ze wszystkimi tezami oraz stwierdzeniami, jakie zawarte są w filmie, zostawiając to autorowi produkcji, jednak podoba mi się fakt, iż skupiono się pokazaniu tego, jak do czasów współczesnych rozwijał się ruch Miłosierdzia Bożego. Oczywiście, trochę tutaj za dużo "gadających głów", ale mnie ten swoisty wykład był w stanie zainteresować. To, czy się z nim zgadzam czy nie, to już osobna kwestia, ale oglądałem to z zaciekawieniem.

Zaryzykuję stwierdzenie, że "Miłość i miłosierdzie" to byłby dużo lepszy film, gdyby autor skupił się wyłącznie na stronie dokumentalnej. Jednak nie oszukujmy się, gdyby nie elementy fabularne, to pewnie mało kto w ogóle usłyszałby o tej produkcji. Finalnie "Miłość i miłosierdzie" to nie do końca spełnione przedsięwzięcie. Ot, film idealny na rekolekcje, który zapewne dołączy do repertuaru lekcji religii. I to nie jest komplement.

Ocena: 4/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 30 marca 2019 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×