Młodzi i Film 2019 [KOMENTARZ]. "Underdog" z Mamedem Khalidovem podbił serca publiczności! W jakiej kondycji jest młode polskie kino?

38. edycja koszalińskiego festiwalu debiutów filmowych Młodzi i Film za nami. Przez prawie tydzień mogliśmy poznawać twórców, którzy będą przyszłością polskiego kina i w zasadzie możemy być spokojni o to, co przyniosą naszej kinematografii następne lata. Młodzi chcą, potrafią i mają pomysły, więc tym bardziej szkoda, że Wielki Jantar 2019 powędrował w ręce autorów najsłabszego filmu w stawce.

Multimedia

MŁODZI I FILM 2019 - KOMENTARZ

Na festiwalu Młodzi i Film 2019 triumfował udawany dokument Ewy Banaszkiewicz i Mateusza Dymka pt. „Moja polska dziewczyna”. Ten film widziałem w swoim życiu już trzy razy i za żadne skarby nie potrafię zrozumieć werdyktu jury. Od czasu, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tą produkcją na Nowych Horyzontach w 2018 roku, aż do teraz, nie potrafię o tym obrazie myśleć inaczej niż o pseudoartystycznym bełkocie. To film, który chce aspirować do bycia sztuką i opowiadania o czymś ważnym, a tak naprawdę opowiada kompletnie o niczym. Mam wrażenie, że jego autorzy bardzo chcieli zrobić film, ale nie mieli tematu, więc zrobili film o... reżyserce próbującej nakręcić dokument, ale nie mającej tematu. Rozumiem nagrodę za zdjęcia, bo te rzeczywiście są bardzo klimatyczne, a do tego jest tutaj kilka ciekawych rozwiązań fabularnych, które jednak finalnie bledną w morzu przekombinowania i przesady. „Moją polską dziewczynę” można było zakończyć minimum trzy razy, a mimo to twórcy wciąż parli do przodu i podkręcali całość, dając obraz, który irytuje zamiast poruszać i interesować. Nie tędy droga.

PEŁNOMETRAŻOWE PREMIERY Z POTENCJAŁEM

Ciekawie zaprezentowali się autorzy, którzy w Koszalinie premierowo pokazali swoje filmy. „Zgniłe uszy” Piotra Dylewskiego to historia ratowania młodego małżeństwa, gdzie w trakcie terapii może zdarzyć się wszystko. Ten film odkrywa dla kina zdolną Magdalenę Celmer, która teraz jeździ na koniu w nowym teledysku Pezeta, a wcześniej dawała czadu w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Zaledwie godzinne, ale autentycznie zabawne i mądre kino, a do tego fenomenalny Michał Majnicz w roli dość oryginalnego terapeuty. Dylewski nie dość, że zrobił ten film za własne (i przyjaciół) pieniądze, bez wsparcia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, to jeszcze wiedział, kiedy powiedzieć „dość”, bo całość trwa zaledwie godzinę. Po prostu w punkt.

Świetnie się oglądało najnowszy aktorski dyplom łódzkiej Filmówki, czyli „Nic nie ginie” Kaliny Alabrudzińskiej. Historia zagubienia, samotności i strachu przed zmianami. Trochę straszne, trochę smutne, ale przede wszystkim też szalenie zabawne. Młodzi aktorzy dają mocno radę (Piotr Pacek! Jan Hrynkiewicz!), chociaż show i tak skradł Dobromir Dymecki. Mam nadzieję, że ten film będzie przebojem na miarę „Monumentu” Jagody Szelc, bo na to zasługuje.

Trochę nie rozumiem zachwytów nad „Eastern” Piotra Adamskiego. To dobry film, żeby była jasność, ale za długi, przez co trochę roztrwoniono jego potencjał. Projekt powstał w ramach akcji Studia Munka – „60 minut”, a ostatecznie rozciągnięto go aż do 79 minut. Kompletnie niepotrzebnie, bo to wprowadziło dłużyzny i zabiło dynamikę. A przecież sam zamysł na przedstawienie alternatywnej wersji Polski, gdzie prawnie funkcjonuje kodeks honorowy i można zabić tego, który wyrządził nam jakąś krzywdę, jest przecież genialny. Nowakowie kontra Kowalscy – to takie prawdziwe! Aczkolwiek, mimo że nie wszystko tutaj wyszło, to i tak brawa za pomysł, wykorzystanie muzyki PRO8L3M, a poza tym dobrze się to ogląda. Nie dziwię się, że Maja Pankiewicz, odtwórczyni jednej z głównych ról, dostała nagrodę za aktorskie odkrycie tegorocznej imprezy.

EKSPERYMENTY FILMOWE KONTRA KINO OTWARTE NA WIDZA

W Konkursie Głównym zaprezentowano także „Warany z Komodo” Michała Borczucha, które wyprodukował Nowy Teatr w Warszawie. Ci, którzy znają teatralny dorobek autora „Apokalipsy”, raczej odnajdą się w tej zawiłej, łączącej dwa różne wątki, fabule, która pozbawiona jest chronologii oraz wyraźnych powiązań. Oglądałem ten film już drugi raz, bo miałem okazję być na warszawskiej premierze, i kupuję to. Wchodzę w ten świat, tę szaloną i poszatkowaną opowieść o brakach. O tym, że nie zawsze normalnym jest ten, kogo za normalnego można uważać. O tym, że ci, których określamy bezpiecznie mianem wykluczonych, często wiedzą o życiu więcej niż my. To nie jest film na który ludzie tłumnie pójdą do kina. To eksperyment, doświadczenie, ale właśnie dlatego go tak lubię. Bo i na takie rzeczy powinno być miejsce w naszym kinie.

W kategoriach eksperymentu należy patrzeć też na abstrakcyjną „Dziurę w głowie” Piotra Subbotki. Film nie spotyka się z przychylną reakcją publiczności, może wydawać się trudny i niezrozumiały, ale właśnie dlatego tak go cenię. W Koszalinie zaliczyłem kolejny seans tego dzieła i mam nadzieję, że w końcu trafi do kin. „Dziura w głowie” to odważne, oryginalne i przepięknie sfotografowane kino. Chociaż film nie przemówi do każdego widza, to nie można odmówić mu celności. Piotr Subbotko przygląda się współczesnym Polakom przez pryzmat nieznanego aktora. Żal, frustracja, stracone nadzieje – czy to nasze wizytówki narodowe? Łatwo zostać ofiarą samego siebie, niespełnionych marzeń oraz zawiedzionych oczekiwań, ale dużo trudniej spojrzeć w lustro i zaakceptować swoje prawdziwe ja. To dopiero może boleć.

Nie rozumiem, czemu przez jury praktycznie została pominięta „Nina” Olgi Chajdas. To piękne i subtelne kino o miłości, z którą czasem nie da się wygrać. Przychodzi z zaskoczenia i bierze swoje. Zaryzykuję stwierdzenie, że Julia Kijowska zagrała tutaj jedną z najlepszych ról w swojej karierze, a tymczasem aktorską nagrodę dostała za rolę w filmie „Via Carpatia” Klary Kochańskiej i Kaspra Bajona. Obydwa te tytuły już znamy z kin, zresztą podobnie jak „Juliusza” Aleksandra Pietrzaka czy „Underdoga” Macieja Kawulskiego. Zresztą ten ostatni, całkiem słusznie, otrzymał nagrodę publiczności. Świetnie, że Młodzi i Film nie zamykają się wyłącznie na kino artystyczne, ale też jest tam miejsca na kino komercyjne, nastawione na masową widownię, a jeżeli przy okazji jest przyzwoicie zrobione, tak jak w tym przypadku, to tym lepiej. Swoją drogą to dość wymowne, że popularny „Underdog” wciąż urzeka publiczność, a główna nagroda festiwalu powędrowała w ręce autorów, których produkcja w żaden sposób nie zainteresuje widzów w kinach.

MŁODYCH POMYSŁ NA DOKUMENT, CZYLI KINO GERIATRYCZNE

O ile Konkurs Główny, poza „Moją polską dziewczyną”, zachwycił mnie swoim poziomem, tak do wielu tytułów walczących o miano najlepszego krótkiego metrażu mam sporo zastrzeżeń. Mam wrażenie, że niektórzy młodzi filmowcy kompletnie nie mają niczego do powiedzenia; powielają schematy i robią filmy o niczym. To nie wróży dobrze na przyszłość. Osobne słowo o dokumentach: coraz częściej irytuje mnie kino geriatryczne. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to najprostsza metoda na dokument, gdzie wnuczek/wnuczka chwyta za kamerę i opowiada o swoich dziadkach, ale ileż można ogrywać ten sam motyw. Na szczęście jednak są też filmowcy, którzy z takich historii i relacji potrafią wykrzesać coś więcej, jak chociażby Rafał Łysak i jego świetna „Miłość bezwarunkowa”, gdzie homofobiczna babcia musi zmierzyć się z miłością do wnuczka geja. Kupuję to.

Kilka krótkich metraży mnie zachwyciło i będę baczniej przyglądał się twórcom. Już sam nagrodzony przez jury zestaw to dobre wybory: animacja Julii Orlik „Mój dziwny starszy brat" była urocza i chwytała za serducho, dokument Grzegorza Paprzyckiego „Mój kraj taki piękny” był przerażający i prawdziwy jednocześnie, a Hubert Patynowski i jego fabuła na rapie pt. „Nie zmieniaj tematu” pokazały jak wygląda życie na blokach. I coś tak czuję, że Konrad Szymański już wkrótce będzie miał wysoką pozycję wśród polskich aktorów. Do tego otwartą głowę autorów i ogrom pomysłów pokazały też „Festyn”, gdzie Grzegorz Krawiec żongluje czarnym humorem i maluje gorzką, lecz przerażająco prawdziwą współczesność, cudownie absurdalne „Hi, how are you” Michała Chmielewskiego (doskonała Maja Szopa i hipnotyzujący Jacek Poniedziałek!), jeszcze bardziej odjechany „Marcel” Michała Mikulskiego, odważne „Love Machines” Michała Materny czy poruszające „We mnie” Marii Wider z Małgorzatą Gorol w roli głównej.

Młode polskie kino wciąż ma się dobrze. Zapamiętajcie nazwiska twórców wymienionych w tym tekście, bo o tych ludziach będzie jeszcze głośno. Ciekawe, w jakim kierunku skręcą ich artystyczne rozważania, ale jestem pełen wiary w ich talent, rozwagę oraz umiejętności. Widać, że większość młodych autorów nie chce kopiować innych, lecz tworzą własny, unikalny styl. Oby tak dalej! Teraz tylko sobie życzę, aby przyszłoroczna edycja festiwalu Młodzi i Film była równie udana.

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Tekst został pierwotnie opublikowany 20 czerwca 2019 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×