"Na zawsze razem" [RECENZJA]. Najbardziej pozytywny film o stracie? Emocjonalna petarda!

Zamach terrorystyczny - to określenie, które wszyscy doskonale znamy. Spotykamy je ciągle; nagłówki gazet, programy informacyjne, portale internetowe. Ten zwrot pojawiał się tam tak często, że dzisiaj już nam raczej spowszedniał. Jest dla nas, postronnych obserwatorów, kolejnym niewywołującym emocji newsem. Tyle tylko, że każdy zamach to też ofiary. Ich ból, cierpienie oraz rozwalone życie, o czym dobitnie przypomina Mikhaël Hers w swoim nowym filmie "Na zawsze razem".

Multimedia

"NA ZAWSZE RAZEM" - RECENZJA

David Sorel (Vincent Lacoste) to wieczny dzieciak. Chłopak ewidentnie nie chce dorosnąć, przez co do życia podchodzi z ogromnym dystansem. Nie ma stałej pracy, tylko ima się różnych fuch, a dzięki jednej z nich może pomieszkiwać w skromnym mieszkanku. Widać, że David nie ma wielkich oczekiwań od życia, ale jednocześnie pragnie, aby życie wiele nie oczekiwało od niego. Żyje z dnia na dzień, po prostu. Jest kompletnym przeciwieństwem swojej siostry (Ophélia Kolb), która stale stara się zebrać do kupy swoje porozbijane życie, a przy okazji jak najlepiej wychować córkę Amandę (Isaure Multrier). Jednak pewnego dnia kobieta znajdzie się o nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu, przez co Amanda będzie zdana już wyłącznie na Davida.

Brzmi znajomo? Pewnie, że tak! Przyśpieszona lekcja dorastania wywołana niespodziewanym pojawieniem się brzdąca to dość ograny motyw filmowy, ale na szczęście Mikhaël Hers, wraz ze scenarzystką Maud Ameline, potrafi z doskonale znanych klocków zrobić naprawdę oryginalną budowlę. Przede wszystkim na pierwszy plan wychodzą tutaj trauma oraz żałoba. Już sam fakt, że reżyser swoich bohaterów stawia w sytuacji granicznej, ale przecież prawdopodobnej niemalże pod każdą szerokością geograficzną, pokazuje, że chodziło w tej opowieści o coś więcej niż zwykłe pokrzepienie serc.

Taki temat łatwo popsuć i splamić zbyt nachalną publicystyką, więc tym bardziej chwała twórcom, że oni kompletnie odcinają się od takich kierunków. To ich zupełnie nie interesuje. "Na zawsze razem" to niezwykle zniuansowana opowieść, gdzie wiele rzeczy rozgrywa się bez słów, za pomocą gestów, spojrzeń czy mowy ciała. Właściwie wszystko, co najważniejsze, jest nieme, niewypowiedziane, jedynie delikatnie zarysowane.

"W deszczowy dzień w Nowym Jorku". Najlepszy film Allena od lat, czyli swoisty list miłosny do młodościZobacz więcej

To sprawia, że "Na zawsze razem" ogląda się w pełnym napięciu od początku do końca. Hers pewną ręką prowadzi tę opowieść, dokładnie wiedząc, co chce osiągnąć. Zamiast prostej opowieści o dorastaniu do bycia dorosłym, dostajemy rejestrację autentycznych emocji oraz obraz współczesności, gdzie niepokój, strach i niepewność jutra już stały się znakami rozpoznawczymi zachodniej Europy.

Vincent Lacoste czy Stacy Martin to już uznane nazwiska francuskiego kina, ale prawda jest taka, że widowisko wszystkim i tak skradła Isaure Multrier. Urocza, ale też bardzo szczera. Rola, jaką jej powierzono, nie należała do łatwych, a tutaj - chociaż mamy do czynienia z dzieckiem - dostaliśmy pokaz prawdziwej dojrzałości.

"Na zawsze razem" to emocjonalna petarda i film, który zostaje z widzem na długo. Autentyczna, odpowiedzialna i zarazem bardzo delikatna opowieść o stracie, żałobie oraz traumie. Jest miejsce na łzy, zadumę, zastanowienie się nad teraźniejszością, ale też na śmiech. I co najpiękniejsze - "Na zawsze razem" wręcz tryska dobrą energią i daje nadzieję. Najbardziej pozytywny film o stracie od dawna. Taką filmową terapię to ja rozumiem.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 4 sierpnia 2019 roku.

"NA ZAWSZE RAZEM" W KINACH OD 30 SIERPNIA

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×