"Obcy: Przymierze". Teatr jednego aktora [RECENZJA]

„Obcy: Przymierze” to film będący łącznikiem pomiędzy wydarzeniami, jakie rozegrały się w „Prometeuszu” a „”Ósmym pasażerze Nostromo”. Nie oczekujcie jednak klimatu klasyka z 1979 roku, gdyż nowej produkcji Ridleya Scotta znacznie bliżej jest do obrazu z 2012 roku.

Multimedia

„Obcy: Przymierze” rozpoczyna prolog, w którym obserwujemy filozoficzną dysputę Petera Weylanda (Guy Pearce) ze stworzonym przez siebie androidem, Davidem (Michael Fassbender). I chociaż za moment przeniesiemy się na pokład statku osadniczego „Przymierze”, to właśnie ten fragment – na dobrą sprawę zupełnie zbędny – nakreśla nam kierunek, w jakim będzie zmierzać film. Mam wrażenie, że Ridley Scott – chociaż zarówno „Prometeusz”, jak i „Przymierze” poruszają temat wiary – niezbyt wierzy w swoich widzów, skoro już na początku obrazu obnaża swoje plany oraz założenia.

Po wstępie przenosimy się na tytułowe „Przymierze”, gdzie najpierw poznajemy innego androida, teoretycznie udoskonalonego względem swoich poprzedników, Waltera (również Michael Fassbender), aby już chwilę później zostać świadkami tragedii; w wyniku wypadku ginie zahibernowany dotychczasowy kapitan statku, Branson (czyżby najkrótsza rola w karierze Jamesa Franco?), będący partnerem charyzmatycznej Daniels (Katherine Waterston). Nie tak miała wyglądać ta podróż, gdyż kobieta marzyła, że na nowej planecie wspólnie zbudują dom nad jeziorem, w końcu nawet zabrali ze sobą deski.

Załoga „Przymierza” wyruszyła na poszukiwania czegoś na kształt nowej Ziemi, którą zamierzają osiedlić, dlatego na pokładzie – obok 15 członków załogi załogi – znalazło się ponad 2000 zahibernowanych kolonizatorów. Gdy stery statku przejmuje, mający problemy z pewnością siebie, Oram (nijaki Billy Crudup), a na horyzoncie pojawia się tajemnicza planeta, o której wcześniej nikt z załogi nie słyszał, nowy kapitan uznaje, że właściwie nie ma sensu hibernować się na pozostałe 7 lat i można spokojnie zaprzepaścić 10 lat poszukiwań planety idealnej, o której wie się niemal wszystko, aby ot tak zboczyć na nieznane tereny. Pomysł wspaniały. W końcu co się może stać, szczególnie, gdy załoga opuści statek bez żadnych skafandrów, wdychając wszystko co się da, dotykając nieznanych roślin gołymi rękoma, dodatkowo ucinając sobie przy tym przerwy na „fajeczkę”?

Do tego momentu scenariusz napisany przez Johna Logana i Dante Harpera jest najzwyczajniej w świecie kretyński. Wiem, że to mocne słowa, ale nie jestem w stanie nazwać tego inaczej, gdy autorzy zwyczajnie kpią z logiki oraz inteligencji widzów. Nie mogę uwierzyć, że właśnie grupę takich półgłówków starannie wyselekcjonowano i utworzono z nich załogę „Przymierza”. Chociaż w sumie patrząc na ekipę „Prometeusza”, to też mieliśmy tam kilku gagatków, którzy inteligencją raczej nie grzeszyli…

Ridley Scott o swoich pierwszych doświadczeniach za kamerą [WIDEO]Zobacz więcej

Na domiar złego pierwsza połowa „Przymierza” jest po prostu nudna. Na ekranie nic się nie dzieje, a my oglądamy relacje pomiędzy członkami załogi, którzy właściwie w żaden sposób nas nie obchodzą. A dzieje się tak dlatego, że Ridley Scott nawet nie próbuje nam ich przybliżyć, traktując większość załogi statku jako anonimową masę, która przecież prędzej czy później i tak zostanie zaszlachtowana. Jedynie w jakiś sposób rozwijane są charaktery Orama oraz Daniels, która jest niewątpliwie ciekawą postacią, silną i inteligentną kobietą, lecz przy rozbudowaniu obydwu bohaterów odgrywanych przez Fassbendera, zdecydowanie blednie i jest w cieniu swojego urodzonego w Niemczech kolegi po fachu.

Szkoda, że Katherine Waterston nie miała za bardzo pola do popisu, ale „Obcy: Przymierze” to film, który w całości skradł Michael Fassbender. Jego Walter i David to dwie, skrajnie różne wizje androida – z jednej strony obserwujemy wiernego i pomocnego sługę, który chce być kimś na kształt człowieka, a z drugiej mamy kogoś, kto mierzy znacznie wyżej i chce być stwórcą, w końcu nieśmiertelność czyni go lepszym od ludzi. Powiedzieć, że w tych kreacjach Fassbender jest świetny, to jak nie powiedzieć nic. Urodzony w 1977 roku aktor perfekcyjnie wywiązał się z zadania i to do tego stopnia, że najlepsze sceny zagrał… ze sobą samym.

O ile pierwsza połowa filmu jest nużąca, to na ekranie zaczyna się dziać, gdy do akcji wkraczają ksenomorfy. Wówczas rozpoczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki, gdzie trudno będzie pozostać przy życiu. Szybko przekonają się o tym kolejni bohaterowie, którzy będą uśmiercani w sposoby, jakich nie powstydziłby się Jason Voorhees, także mogący się przecież pochwalić kosmicznymi rzeziami. Krew będzie lała się strumieniami, że z łatwością będzie można na niej się poślizgnąć.

"Gwiazdy". Wielkie piersi zamiast wielkiej miłości i wielkiej piłki Zobacz więcej

Rozdarcie filmu „Obcy: Przymierze” jest niestety jedną z jego największych wad. Ridley Scott rozwija zagadnienia z „Prometeusza”, gdzie szukał odpowiedzi na pytania „kim jesteśmy?” oraz „po co żyjemy?”, natomiast tutaj skupia się na temacie pragnienia bycia stwórcą i chęci stworzenia istoty idealnej. Reżyser „Łowcy androidów” podchodzi do tych problemów w bardzo poważny sposób, co szalenie gryzie się ze slasherową konwencją, jaka fundowana jest w drugiej połowie filmu. Wówczas nie mogłem powstrzymać się od śmiechu przy kolejnych scenach śmierci członków ekipy „Przymierza” (na „Piątku 13-go” reaguję tak samo, ale tam to jest wpisane w charakter tytułu), a domyślam się, że reżyser jednak chciał, aby widzowie reagowali ciut inaczej.

Będę psioczyć na scenariusz nowego „Obcego”, ale na szczęście złego słowa nie można powiedzieć o stronie technicznej. Scenografia, kostiumy oraz przede wszystkim zdjęcia, za które odpowiada Dariusz Wolski, są ucztą dla oczu i po prostu widać, że całość w tej kwestii została dopieszczona w najdrobniejszych szczegółach. Wirtuozeria.

Nie potrafię podzielić światowego zachwytu krytyków nad nowym filmem Ridleya Scotta. „Obcy: Przymierze” to teatr jednego aktora, gdyż poza Michaelem Fassbenderem i stroną wizualną, film nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Widać, że to wyłącznie łącznik z kolejnymi częściami „Obcego”, które w przyszłości zamierza zrealizować Scott. Oby z lepszym skutkiem. Może wtedy reżyser pozwoli rozwinąć skrzydła Katherine Waterston? Trzymam kciuki.

Ocena: 5/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"OBCY: PRZYMIERZE" W KINACH OD 12 MAJA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 13 maja 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Mni (gość)

    Uwielbiam sci fi i samo oglądanie sprawiało mi frajdę ale muszę przyznać, że fabuła denna i pisana na siłę.

    14.05.2017 17:00
  • Popmeja (gość)

    Ależ się czepiacie... Cieszcie się po prostu filmem, nie rozdzielajcie włosa na czworo...

    14.05.2017 13:23
  • Raf (gość)

    Następną część niech nakręci ktokolwiek byle nie Scott

    13.05.2017 18:29
  • TakaSobieJa

    Dziwię się, że film dostał w recenzji aż 5 punktów. Tym bardziej, że „genialny” Ridley Scott sprawił, że Xenomorphy nawet wyskakują z pleców. W końcu wyjście przez klatkę piersiową jest już zbyt randomowe. Do tego cała fabuła jest po prostu żenadą. Dziwię się, że pozwolili Scottowi na kręcenie dalej w czymś, co ma przypominać uniwersum Obcego. Po pierwszym Obcym, który był genialny, powrócił, by kręcić gnioty jak Promek czy to coś. Ale cóż, Hollyłódź w czasach obecnych pożera wymiociny z własnego ogona i wszystkie uniwersa to dotyka. Obcy, Terminator, a nawet X-Men w ostatnim gniocie, który jest prawdziwą apokalipsą na całym uniwersum, bo pogrzebało żywcem całość ;/

    13.05.2017 11:27

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×