"Piąty element". Międzyplanetarna walka dobra ze złem według Luca Bessona [RECENZJA]

Tę historię o międzyplanetarnej walce dobra i zła Luc Besson ponoć wymyślił jeszcze jako licealista. Ale musiał poczekać ponad 20 lat, by mieć możliwość, aby ją zrealizować.

Multimedia

NASZA OCENA: 10/10

Połowa XXIII wieku. Były komandos Korben Dallas jest kierowcą taksówki latającej po wielopoziomowych ulicach Nowego Jorku. Tego dnia jest w kiepskim humorze, bo grozi mu utrata licencji. Tymczasem niespodziewanie do jego taksówki wpada piękna, naga dziewczyna, która nie umie powiedzieć ani słowa po angielsku. Zna tylko nazwisko Vito Cornelisa, kapłana wyśmiewanej sekty, która wieszczy zagładę Ziemi i nadejście rządów zła i ciemności. Zaintrygowany Korben wiezie Leeloo (tak nieznajoma ma na imię) do kapłana i krok po kroku dowiaduje się niezbyt przyjemnej prawdy: raz na pięć tysięcy lat nadchodzi czas, gdy zło może opanować wszechświat. Nie dopuścić do tego starała się pradawna kosmiczna rasa Mondoshawanów. Teraz, gdy ich zabrakło, pomóc mogą tylko cztery niepozorne kamienne artefakty niegdyś ukryte w egipskich piramidach a teraz będące w posiadaniu kosmicznej sławy śpiewaczki Divy Plavalaguny, oraz tytułowy tajemniczy piąty element. By je zdobyć, Korben, Cornelius i Leeloo muszą stawić czoła międzypalnetarnej policji, komandosom, a przede wszystkim szalonemu słudze Zła Zorgowi oraz jego pomocnikom tyleż licznym, co głupim Mangalorom...

Tę historię o międzyplanetarnej walce dobra i zła Luc Besson ponoć wymyślił jeszcze jako licealista. Ale musiał poczekać ponad 20 lat, by mieć możliwość, aby ją zrealizować. Najpierw musiał nakręcić "Wielki błękit" (1988), "Nikitę" (1990) i "Leona zawodowca" (1994), zdobyć sławę, nazwisko i pieniądze. A przy okazji także wylansować nowe gwiazdy kina: Annę Parillaud, Jeana Reno i Tcheky Karyo. Krótko mówiąc: nie tylko musiał udowodnić, że jest dobrym reżyserem, ale stać się "kimś" w międzynarodowym świecie filmowym. Bo w innym wypadku kto dałby mu 90 mln. dolarów na realizację filmu o którym marzył już od szkoły średniej? Jak przystało na poważną produkcję science fiction, budżet "Piątego elementu" na efekty specjalne wyniósł... 80 mln. dolarów i był największy w tamtym czasie. To w ogóle jest najdroższy film zrealizowany poza Hollywood, a zarazem najdroższy w historii słynnej francuskiej wytwórni filmowej Gaumont.

Żeby było zabawniej, Besson nie miał właściwie żadnych problemów, by zatrudnić do swej produkcji hollywoodzkie gwiazdy. Gary Oldman, z którym się zaprzyjaźnił podczas realizacji "Leona zawodowca" zgodził się natychmiast. Również Bruce Willis, któremu zaimponowały poprzednie filmy Francuza, nie dał się długo prosić - tym bardziej, że Korben niewiele odbiega od jego wcześniejszych ról. Paradoksalnie najwięcej problemów było z obsadzeniem Leeloo: Luc musiał obejrzeć ponad 5 tys. kandydatek, zanim jego uwagę zwróciła Milla Jovovich, efektowna modelka i początkująca aktorka o rosyjsko-serbskich korzeniach. Jest zresztą w "Piątym elemencie" jeszcze jeden aspekt bałkański: nazwisko błękitnoskórej Divy Plavalaguny pochodzi od nazwy chorwackiego kurortu Plava Laguna (czyli Błękitna Laguna), gdzie swego czasu Besson chętnie spędzał wakacje z rodziną.

Jako się rzekło, film kosztował 90 mln. dolarów i nie były to stracone pieniądze: do dziś "Piąty element" zarobił blisko 270 mln. dol. co daje mu 272 miejsce wśród kasowych przebojów wszech czasów. Dostał nominację do Oscara (za montaż efektów dźwiękowych), osiem nominacji i trzy Cezary (najlepszy reżyser, najlepsze zdjęcia, najlepsze dekoracje), ale też dwie nominacje do Złotych Malin (najgorsza aktorka - Milla Jovovich, najgorszy aktor - Chris Tucker).

Piotr Radecki

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×