"Pitch Perfect 3". Anna Kendrick, Hailee Steinfeld i reszta rozśpiewanych dziewczyn powraca [RECENZJA]

Anna Kendrick powraca wraz z rozśpiewanymi koleżankami na ekrany kin za sprawą „Pitch Perfect 3”. Po katastrofalnej drugiej części wygląda na to, że może być tylko lepiej, ale czy aby na pewno? Otrzymaliśmy nową jakość czy przysłowiowe odgrzewane kotlety?

Multimedia

Przyznaję szczerze, pierwsza część „Pitch Perfect” to moje guilty pleasure. I chociaż uważam film wyreżyserowany przez Jasona Moore’a za zwyczajne popłuczyny po „Glee” i chęć żerowania na ówczesnej modzie na chóry acapella, to jednak był w tym filmie jakiś urok. Już pomijam fakt, że często wracam do ścieżki dźwiękowej lub odpalam sobie scenę finałowego występu, który za każdym razem mnie urzeka.

Gdy w 2015 roku powstała druga część, a na stołku reżyserskim zasiadła Elizabeth Banks, to już było gorzej, a my otrzymaliśmy film, na który w zasadzie nie było większego pomysłu. Jedynym jasnym punktem było dołączenie do obsady Hailee Steinfeld, ale tutaj twórcy nie mogli zdecydować się, czy zrobić z niej nową główną bohaterkę, czy jedynie postać poboczną.

Niestety pomysłu na postać graną przez piękną aktorkę i wokalistkę w jednej osobie nie ma także Trish Sie, reżyserka „Pitch Perfect 3”. Mieć taki talent na planie i go nie wykorzystać? Aż niecenzuralne słowa cisną mi się na usta. Zresztą takich momentów jest więcej, bo trzecia część historii o Barden Bellas praktycznie nie ma scenariusza. To jedna wielka powtórka z rozrywki, którą wzbogacono o fatalny wątek akcji. Oczy mnie bolały od tych okropnych efektów specjalnych; miało być hehe zabawnie, a wyszło żenująco.

To boli, że nikt na „Pitch Perfect 3” nie miał pomysłu, bo przecież już twórcy „American Pie: Zjazd Absolwentów” pokazali, że temat poszkolnego rozczarowania rzeczywistością można pokazać w atrakcyjny sposób. Tutaj tego zabrakło, a my otrzymaliśmy nudną i pozbawioną humoru historyjkę. No dobrze, raz czy dwa zdarzyło mi się uśmiechnąć przy kwestii Rebel Wilson, ale jej Fat Amy to wciąż najbardziej irytująca postać trylogii. Tym gorzej, że od połowy film zaczyna skupiać się na jej postaci… Ała.

Piosenki świąteczne w filmach! Muzyka z bożonarodzeniowych produkcjiZobacz więcej

Doceniam, że autorzy kilka razy próbują śmiać się z samych siebie i wykpiwają, że niektóre z członkiń chóru są zbędnymi bohaterkami, ale takich smaczków jest za mało i można policzyć je na palcach jednej ręki. No i wciąż te same ograne motywy, z męczącym duetem Elizabeth Banks i John Michael Higgins na czele.

Paradoksalnie najjaśniejszym punktem „Pitch Perfect 3” jest… DJ Khaled. On rządzi, ma do siebie dystans i swoją charyzmą kradnie scenę nawet wtedy, gdy kamera pokazuje go wpatrującego się w telefon komórkowy. W życiu bym nie spodziewał, że gościnny występ przyćmi główne gwiazdy. Khaled wjechał z buta i nie musiał zbyt często się odzywać, aby z filmu Trish Sie zrobić własne show.

Produkcja nie broni się od strony muzycznej. Większość występów jest nudna i pozbawiona swoistego pierwiastka hitowości. Właściwie wyłącznie Riff Off, gdzie czadu daje m.in. Ruby Rose, sprawia, że ma się nie tylko ochotę potupać nóżką w rytm bitów, ale wręcz wstać i dołączyć do bitwy na głosy. Tak, do tej sceny będę wracać. Jej, jak wjeżdża Anna Kendrick z „Human”, to mam ciary.

„Pitch Perfect 3” to jeden wielki koncert niewykorzystanego potencjału, chybionych pomysłów oraz słabych żartów. Była szansa, że otrzymamy kinowy przebój, ale do nakręcenia hitu – podobnie jak w przypadku napisania dobrej piosenki – potrzeba zdolnych i pomysłowych twórców, a nie ekipy próbującej odświeżyć dawny szlagier.

Ocena: 3/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"PITCH PERFECT 3" W KINACH OD 22 GRUDNIA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 24 grudnia 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×