"Przełęcz ocalonych" [RECENZJA]. Gdyby Desmond T. Doss nie istniał, kino musiałoby go wymyśleć

Mel Gibson potrafi robić filmy. Nawet jeśli nie zgadzamy się z jego filozofią i trochę drażni nas niebezpiecznie balansujący na granicy patosu idealizm, i tak przekonuje nas magnetyzmem i prawdą osobowości głównego bohatera „Przełęczy ocalonych”. I jak zwykle do końca seansu będziemy ściskać kciuki… do bólu.

Multimedia

NASZA OCENA: 9/10

II wojna światowa, wojna na Pacyfiku. Strategicznym celem Amerykanów jest zdobycie Okinawy, co może oznaczać ostateczną klęskę Japonii. Jednym z atakujących jest Desmond T. Doss, sanitariusz, który ze względu na wyznawaną religię odmawia noszenia broni. Traktowany z nieufnością i oskarżany o tchórzostwo młody idealista podczas najcięższych starć, zamiast się ewakuować, wydostaje spod ognia ponad 70 rannych żołnierzy.

Po co wymyślać fikcyjnych bohaterów jeśli istnieli tacy ludzie jak Desmond T. Doss, którego życie to właściwie gotowy scenariusz. Gdyby nie to, że „Przełęcz ocalonych” jest opowieścią o prawdziwym człowieku mogłaby się wydawać naciągana. Doss był faktycznie… oryginalnym żołnierzem, nie każdy chciałby mieć go za sobą, wszak nie użyje broni, by zabić mierzącego do nas wroga. W filmie dużo uwagi poświęcono temu dylematowi, jaki musieli mieć jego towarzysze z oddziału. I dobrze. Ja bym też taki miała, bo pacyfizm i wojna wzajemnie się wykluczają. Przypadek Dossa stanowi wyjątek od tej reguły.

Co więcej podszyty religijnością pacyfizm Desmonda – o dziwo - nie drażni. Jest psychologicznie umotywowany, a widz jest świadkiem procesu, który uwieńczyła taka postawa. Wydaje się, że figura kluczową był przemocowy i nadużywający alkoholu ojciec, nie mogący poradzić sobie z wojenną traumą, na którego Desmond symbolicznie podniósł kiedyś rękę. Drugie kluczowe doświadczenie to to, podczas którego omal nie stał się mimowolnym zabójcą własnego brata. Są to na tyle przekonujące watki, że wierzymy iż Doss nie urodził się taki dobry, on po prostu do tego dojrzał, a postawę wypracował (bywa przecież chwilami porywczy). Dlatego jego religijność jest autentyczna i ani przez chwilę nie zakrawa na dewocję. Jeśli ktoś chce być religijny, to chciałoby się, by był nim w taki sposób…

Nawet gdy w tym filmie pojawia się cień patosu jest on skutecznie neutralizowany przez fizyczność aktora grającego Dossa, która jest absolutnym zaprzeczeniem stereotypowej figury bohatera. Chuchrowaty, zbyt wiotki i wyrośnięty, uśmiechający się w chwilach zakłopotania chłopak o nieśmiałym spojrzeniu jest (fizycznym) zaprzeczeniem herosa. Hartu ducha i silnej osobowości nie da się sfilmować, tym większą więc pracę wykonał aktor, który musiał grać jakby wbrew sobie.

Kocham kino wojenne, a ta część filmu, która rozgrywa się na wzgórzu Okinawy po prostu rzuca na kolana. Jest w niej i batalistyczny rozmach i prywatna tragedia, jest zaskoczenie, gdy w jednym momencie kule czy granaty odbierają życie, masakrują ciało, wyrywają wnętrzności czy rozczłonkowują człowieka na kawałki mięsa. Jest napięcie, gdy Desmond pod osłoną nocy, mgły i dymu zbiera rannych ukrywając się przez wrogiem. Jest wreszcie zdumienie, gdy spontanicznie opatruje wroga, który jest równie zdumiony jego postawą jak widz. Jest dramat, gdy tak wielu chcących żyć nie udaje się uratować. Atak na Okinawę chyba nawet bardziej niż lądowanie na plaży Omaha z „Szeregowca Ryana” przypominał mi atak na wzgórza z filmu „Gallipoli” Petera Weira. Samobójcza szarża na karabiny maszynowe, walka wręcz w okopach i ten kontrast… wynikający z geografii, bo tak nie na miejscu wydaje się umieranie w pełnym słońcu, już lepiej gdy zasnuwa je nadmorska bryza znad kanału La Manche.

Beata Cielecka

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • justapl (gość)

    szkoda,ze nie mam canal+ , to film ktory mozna ogl. po kilka razy

    03.03.2018 17:48

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×