"Ptaki śpiewają w Kigali". Cichy krzyk rozpaczy i otwarta rana [RECENZJA]

„Ptaki śpiewają w Kigali” to jeden z najbardziej oczekiwanych polskich filmów ostatnich lat. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć wiele mówiło się o tym projekcie, a już sama tematyka ludobójstwa w Rwandzie, którą na tapetę wzięli Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze, niemal zapewniała nas, że dostaniemy mocne kino.

Multimedia

I tak też się stało, chociaż gdy w grudniu 2014 roku zmarł Krzysztof Krauze, to przyszłość całości stanęła pod znakiem zapytania. Na szczęście w Joannie Kos-Krauze było wiele determinacji, aby dokończyć ostatnie dzieło napisane wraz z mężem. Już od pierwszych kadrów widać, że jest to kompletnie inne kino, niż poprzednie tytuły duetu; jest bardziej kameralnie, spokojnie, dialogi ograniczono do minimum, przez co widz może poczuć się jak ktoś w rodzaju obserwatora, niemego świadka tragedii z 1994 roku i tego, co nastąpiło później.

Joanna Kos-Krauze, opowiadając o masakrze Tutsi, skupia się na sferze emocjonalnej. Nie zamierza szantażować widzów scenami przemocy, dokładnie dokumentującymi wydarzenia w Rwandzie. To byłoby niepotrzebne, wręcz tanie, dlatego opowiada o ludobójstwie za pomocą półtonów, szeptu oraz niedopowiedzeń. Obrazy mówią same za siebie. Tutaj nie ma miejsca na niepotrzebne sceny, każdy kadr jest przemyślany oraz umieszczony w filmie w konkretnym celu.

„Ptaki śpiewają w Kigali” to film o niemocy i bezradności. Są sytuacje, w których można jedynie być zakładnikiem, skazanym na łaskę gotowych na wszystko oprawców. To sprawia, że film Krauzów jest nadal aktualny, chociaż przecież jego akcja jest rozpisana na lata 90. XX wieku. Tyle, że Joanny Kos-Krauze nie interesuje Polska przemian ustrojowych, lecz to, jak ludzie potrafią uporać się z tragedią oraz przepracować żałobę. Niezwykle symboliczne.

"Człowiek z magicznym pudełkiem". Lepsze jutro było wczoraj? Postapokaliptyczny seks na gruzach WarszawyZobacz więcej

To kino trudne, wymagające oraz nieprzyjemne. Seans może boleć, wstrząsnąć czy odrzucić, ale na pewno nikt nie przejdzie obok filmu Krauzów obojętnie. Joanna Kos-Krauze, tworząc formalnie subtelne i emocjonalnie sugestywne kino, sprawia, że całości długo nie da się z siebie zmyć, co tylko zmusza do zatrzymania się i chwili refleksji oraz zadumy. To nie jest historyczna opowieść, gdyż tak naprawdę autorka opowiada o współczesnych lękach. „Ptaki śpiewają w Kigali” nie zadają pytań o narodziny i źródło zła. To nie ma znaczenia. Twórcy przyjmują, że to jeden z elementów życia, ale jednocześnie zastanawiają się, jak można by było się przed nim uchronić. Czy to w ogóle jest możliwe?

Jowita Budnik oraz Eliane Umuhire to duet idealny. Każda ich wspólna scena jest nasączona emocjami, niezałatwionymi sprawami, a żal i oskarżenia wiszą w powietrzu. Ta bomba musi w końcu eksplodować. Mam wrażenie, że Joanna Kos-Krauze dała im na tyle swobody, że obydwie aktorki zgrały się ze sobą w stu procentach. Doskonałe kreacje.

Siłą filmu jest też obraz, za który odpowiadali zmarły Krzysztof Ptak, Józefina Gocman oraz Wojciech Staroń. Zimne zdjęcia, przypominające zobojętniałe spojrzenie zrezygnowanego człowieka, uwypuklają bezsilność.

„Ptaki śpiewają w Kigali” to cichy krzyk rozpaczy i otwarta rana. Uderzający obraz niemocy i bezradności, w której nie potrafimy zrozumieć, czemu sąsiad zabija sąsiada. Na niektóre pytania nigdy nie poznamy odpowiedzi, a to czy przebaczymy i pogodzimy się z przeszłością zależy wyłącznie od nas. Ważne, aby nigdy nie zapomnieć.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 21 września 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×