"Spadkobiercy". Przyciąga uwagę i angażuje emocje [RECENZJA]

Znakiem firmowym Aleksandra Payne’a staje się to, że w jego filmach znakomici aktorzy mówią do rzeczy!

Multimedia

NASZA OCENA: 8/10

Nie jest to przypadek, że „Spadkobiercy” nagrodzeni zostali Oscarem za najlepszy scenariusz-adaptację, bo to właśnie słowa są najmocniejszym atutem filmu. Ale nie jedynym, na co wskazują kolejne nagrody i nominacje: Złoty Glob za najlepszy dramat i rolę pierwszoplanową dla George’a Clooneya. To dla Payne'a staje się już charakterystyczne: świetny tekst + gwiazdy w obsadzie. „Spadkobiercy” są filmem bardzo w stylu poprzednich filmów reżysera, znakomitych „Bezdroży” i cudownego „Schmidta”. Jest w jego filmach wiele bardzo zwyczajnego codziennego bólu istnienia obdartego z wszelkiej doniosłości i pompy, cudownie zrównoważonego pełnym dystansu humorem i pogodą życia.

Sam reżyser ma specyficzny stosunek do opowiadanej historii, której trudno nie nazwać emocjonalną ale… nikt tu – pomimo mówienia o rzeczach ważnych – nie miota się w spazmach po ekranie, rwąc włosy z głowy. Wprost przeciwnie! Ból i czułość, skrzętnie maskowane pozą rasowego skurczybyka (ojciec Elizabeth), podglądane są zza wpółprzymkniętych drzwi przez resztę rodziny. Krzyk Alex na wieść o zbliżającej się śmierci matki jest niemy, wykrzyczany pod wodą… i zostają po nim banieczki powietrza… Zdarza się wypadek, ale widzimy tylko jego następstwa, bez klaksonu karetki, akcji ratunkowej itp… Matt dowiaduje się o zdradzie żony, ale biegnie, by się o tym upewnić, tuptając japonkami po mokrym chodniku, ledwo wyrabiając się na zakręcie. Cóż za wspaniałe odarcie z patosu!

Payne nie podśmiewa się bynajmniej ze swych bohaterów, ma jednak do nich dystans, za przeproszeniem prostego, zdroworozsądkowo myślącego wiejskiego chłopa (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), który wie, że życie będzie się toczyć dalej, a tragedia jak i komedia ma swój początek i koniec, bo tak już jest... Wzrastanie, umieranie, cierpienie, zapominanie, buntowanie się, godzenie z losem… wszystko wpisane jest w cykl życia. W „Spadkobiercach” jest po trochu tego wszystkiego.

Żona Matta i matka dwóch córek po wypadku zapada w śpiączkę. Matt dowiaduje się, że kobieta go zdradzała, i chce odnaleźć jej kochanka, żeby ten mógł się z nią pożegnać przed odłączeniem aparatury podtrzymującej życie. To tyle tragedii, ale poszukiwania okraszone są tak sporą dozą humoru, że czasem zapomina się, że w tle ktoś umiera. Matt, niczym detektyw z kiepskich kryminałów, chowa się za żywopłot, śledząc swą ofiarę. Mała Scottie pisuje do pulchnej koleżanki niegrzeczne esemesy, używa bardzo niecenzuralnych słów i wie, do czego służy środkowy palec, jej starsza siostra Alex zarywa nocki, wymykając się z internatu, chlejąc piwo i grając po ciemku w golfa, a jej przyjaciel, Sid, którego ciąga ze sobą, jest nieokrzesanym kmiotkiem, który zawsze palnie coś nie w porę. Zresztą cała menażeria drugoplanowych postaci jest barwna i wyrazista, dzielnie sekundując pełnokrwistym rolom pierwszoplanowym (bardzo dobry ten stonowany Clooney).

Ten niełatwy film przyciąga uwagę i dyskretnie, lekko po anglosasku angażuje emocje, stanowiąc cudowny oddech po rozwrzeszczanych „Trudnych sprawach” tym podobnych psychodramach, w których wylewa się na głowy bliźnich hektolitry emocjonalnych pomyj!

Beata Cielecka

"Spadkobiercy". Sprawdź datę emisji

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×