"Spider-Man: Bez drogi do domu" [RECENZJA]. Spider-Man chce nie myśleć o tym już i zdmuchnąć wszystkie wspomnienia niczym zaległy kurz. Pajączek zastanawia się, jak zapomnieć!

Czy "Spider-Man: Bez drogi do domu" to najbardziej oczekiwany blockbuster tego roku w kinach? Zdecydowanie i nie ma czemu się dziwić, bo Sony i Marvel nastroili machinę promocyjną do tego stopnia, że trudno obok nowego filmu o przygodach sympatycznego Pajączka przejść obojętnie. Czy warto obejrzeć nowego "Spider-Mana"? Sprawdziliśmy!

Multimedia

"Spider-Man: Bez drogi do domu" - RECENZJA

"Spider-Man: Bez drogi do domu" zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończył się poprzedni film, "Spider-Man: Daleko od domu". To kapitalny punkt wyjścia, bo Peter Parker (Tom Holland), który w poprzedniej części w miarę ułożył swoje życie, a do tego zdobył serce pięknej MJ (Zendaya), teraz - dosłownie w ciągu jednej chwili - traci grunt pod nogami i zostaje wręcz wypchnięty ze swojej strefy komfortu. W jednym momencie jego tożsamość staje się głównym newsem wszelakich programów informacyjnych oraz brukowców, staje się nowym celebrytą i najbardziej rozpoznawalnym człowiekiem na Świecie.

Część ludzi go kocha, część nienawidzi. Nagle dookoła niego pojawiają się fałszywi przyjaciele, chcący, żeby i na nich skapnęła kropla celebryctwa, a ci, którzy byli z nim wiernie od samego początku, zostają ukarani za sam fakt znajomości z kontrowersyjnym bohaterem. Cóż, ciocia May to nie Kris Jenner, a Spider-Man to nie Kim Kardashian, żeby aferę o wiele większą niż wyciek sekstejpu przekuć w coś, na czym można zyskać. Spider-Man ewidentnie w tym momencie stał się wielkim fanem piosenki "Jak zapomnieć?" i dałby wiele, żeby (prawie) wszyscy wyrzucili z pamięci to, kim jest naprawdę. I tutaj z pomocą może przyjść Doctor Strange (Benedict Cumberbatch).

O ile sam początek "Bez drogi do domu" fabularnie jest świetny, a pod względem technicznym teledyskowy i dynamiczny, to później zaczynają się schody. Szkoda, że Jon Watts, wraz ze scenariopisarskim duetem Chris McKenna / Erik Sommers, szybciutko rezygnują z kierunku obśmiewania celebrytcwa Pajączka i idącego za tym podziału społeczeństwa na zwolenników i przeciwników (ależ na czasie!), a zamiast tego decydują się dosyć wątły fabularnie zabieg, w którym potężny Strange, za pomocą magii, decyduje się na pomoc nastolatkowi, nie bacząc na ewentualne konsekwencje, z którymi naszym milusińskim przyjdzie się szybciutko zmierzyć.

"Spider-Man: Daleko od domu". Godne zamknięcie 3. fazy MCU, czyli zakochany pajączek dojrzewa do bycia superbohateremZobacz więcej

To, że w "Bez drogi do domu" będzie sporo nawiązań do poprzednich filmów o Pajączku, wiadomo już od dawna. Wszyscy ci, którzy z wypiekami na twarzy oglądali trylogię Sama Raimiego lub dwa filmy Marca Webba, będą zadowoleni z tego, jak te produkcje zostały uhonorowane w najnowszym filmie. Jon Watts miał tutaj jedno zadanie; z klocków, pozostawionych przez kolegów po fachu, miał stworzyć spójną budowlę. I to się udało, bo nowego "Spider-Mana" ogląda się świetnie. Nie wiem, czy to kwestia grania na nostalgii i swoistej ucieczki w przeszłość, ale widać tutaj wiele radochy z możliwości zabawy światem Spider-Mana, reinterpretowania, tworzenia na nowo, przestawiania. Myślę, że podobne uczucia udzielą się widzom.

Jak już słusznie zauważyli niektórzy krytycy, Tom Holland przeszedł długą drogę od momentu, w którym po raz pierwszy przywdział kostium Człowieka Pająka. Dorósł, ale wciąż jest w nim ten młodzieńczy błysk i szaleństwo, dzięki któremu zdajemy sobie sprawę, że ten zamaskowany małolat, który jeszcze niedawno ratował cały wszechświat z Avengersami, to chłopak, który wcale tak bardzo nie różni się od nas. Jestem ciekawy, w jakim kierunku będzie dalej ewoluować ta postać. Bardzo przyjemnie patrzy się też na powracających złoczyńców, z których najmocniej wybija się Willem Dafoe. Jako Zielony Goblin jest przegięty niemalże do granic możliwości, mocno igra z kiczem, ale w tym dosłownym szaleństwie jest metoda. Ślina niemalże wypływa mu z ust, a ja w pełni kupuję tego bohatera, który wciąż jest pogubiony jak dawniej, ale jednocześnie też chyba jeszcze bardziej zmotywowany.

"Spider-Man: Bez drogi do domu" to kawał naprawdę dobrej rozrywki. Film garściami czerpie z poprzednich filmowych opowieści o Człowieku Pająku, ale robi to własnych zasadach, sprawiając, że trudno będzie teraz nie czekać na kolejną odsłonę przygód Petera Parkera, bo... będzie naprawdę ciekawie. Ten koktajl, w którym twórcy zdecydowali się na sporą domieszkę przeszłości wymieszanej z przyszłością, jest pyszny. I co z tego, że miejscami scenariusz bywa naiwny, głupiutki i dziurawy, skoro na ekranie są emocje, a całość się po prostu chłonie? O to właśnie chodzi w kinie. Mają być ciary, mają być emocje, a tutaj przy okazji jest także sporo humoru, który sprawia, że trudno wyjść z sali kinowej bez banana na mordzie. Takie kino kupuję, takie kino polecam.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@polskapress.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 18 grudnia 2021 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×