"Terminator: Ocalenie". Film, który może się podobać [RECENZJA]

John Connor (Christian Bale) to człowiek, którego przeznaczeniem jest poprowadzić ludzkość do walki przeciw armii robotów sterowanych przez Skynet.

Multimedia

NASZA OCENA: 8/10

Ale niespodziewanie pojawia się Marcus Wright (Sam Worthington). Jego ostatnim wspomnieniem jest pobyt w... celi śmierci. Czy jest uciekinierem z przeszłości, czy wysłannikiem z przyszłości? John i Marcus muszą to odkryć i współpracować przy przygotowaniach do odparcia ostatecznego natarcia robotów. Dlatego razem przekradają się do centrum sterowania Skynetu. Tam odkrywają przerażające fakty...

Pierwszego "Terminatora" (1984) od drugiego dzieliło siedem lat, na trzeciego trzeba było czekać kolejne 12, czwarty powstał po następnych sześciu. Pytanie: ile będziemy czekać na "Terminatora V"? Pewnie niedługo, skoro po odejściu Arnolda Schwarzeneggera do polityki, głównego bohatera gra będący na topie Christian Bale.

"Terminator: Ocalenie" jest udanym dziełem i może się podobać. M.in. dlatego, że McG umiejętnie nawiązuje do poprzednich części (odmłodzony komputerowo Schwarzenegger, fragment przebojowego "You Could Be Mine" Guns’n Roses, słynne "I’ll be Back") dopełniając (także klimatycznie) całość serii. I zostawiając drzwi do kolejnej części.

Piotr Radecki

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Man40 (gość)

    Z czystym sumieniem można uznać go za Terminatora 0. Bardziej niż cokolwiek jest to wprowadzenie do filmu z lat 80. Akcja toczy się 11 lat wcześniej (pamiętacie rok 2029 z T1?); model T-800 dopiero debiutuje i ma kształt młodego Arnolda; słychać głos Lindy Hamilton jako Sary Connor. A już pomysł Marcusa jest bardzo ciekawy i na czasie.

    20.01.2015 10:55

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×