"The Defenders" odcinki 1-4. Cudów nie ma, ale jest nieźle [RECENZJA]

Netflix w końcu zebrał swoich superbohaterów w jednym serialu, co wyszło mu nawet nieźle zwłaszcza, jeśli mamy jeszcze w pamięci niezbyt udany sezon Iron Fista. Niemniej widać, że wypaliły się już pomysły na wciągającą fabułę i miejscami odnosi się wrażenie, że wszystko, co dzieje się na ekranie jest tylko po to, aby herosi mogli się ze sobą spotkać i utworzyć drużynę Defendersów.

Multimedia

Kiedy Netflix rozpoczynał współpracę z Marvelem tworząc Daredevila, wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem. Obydwa sezony udowodniły, że można stworzyć świetny serial superbohaterski z głęboką fabułą i interesującymi bohaterami. W kolejnych produkcjach pod tym względem było różnie. Jessica Jones, jeszcze na fali rozpędu i zachwytu pokazała, że nawet z mało znanej bohaterki da się wyciągnąć coś dobrego. Trudno oglądało się już Luke'a Cage'a. Choć fabuła i tło wydarzeń w Harlemie (nie wspominając o warstwie muzycznej), świetnie zagrało w tej produkcji, to sama historia w pewnym momencie była zbyt rozwleczona, przez co miejscami nudziła straszliwie. No i został Iron Fist, który niestety okazał się najmniej ciekawym bohaterem z całej czwórki, a sam serial – najsłabszym ze wszystkich. Bardzo średnia fabuła i marne sceny walk – to największe zarzuty, jakie padały w stronę tego serialu. Przez to zresztą obawiano się, że The Defenders może być co najwyżej kapkę lepszą produkcją, niż przygody Danny'ego Randa. Na szczęście tak nie jest, choć do pierwszych sezonów Daredevila jest mu jak na razie bardzo daleko.

Superbohaterowie na wspólnych zdjęciach! [WIDEO+ZDJĘCIA]Zobacz więcej

Na początku trzeba zastrzec, że recenzja dotyczy pierwszych czterech odcinków The Defenders, więc ostatecznie, po obejrzeniu całości, odbiór może być zupełnie inny. Netflix zaplanował, że spotkanie czwórki bohaterów i utworzenie przez nich drużyny obrońców Nowego Jorku, będzie niejako podsumowaniem dotychczasowych produkcji. Dzięki temu poza naszymi superbohaterami dostajemy też większość tych, którzy przewijali się przez każdą z produkcji włącznie z Clair Temple, która pojawiała się w każdym z seriali stanowiąc moralne wsparcie dla każdego z nich. Stąd też w pierwszych czterech odsłonach The Defenders dostajemy swoiste wprowadzenie w całą historię, w której głównym przeciwnikiem będzie starożytna organizacja przestępcza – The Hand, na czele której stoi grana przez Sigourney Weaver Alexandra. Każdy z bohaterów wpada na trop tej organizacji, co ostatecznie prowadzi do zebrania się w jednym miejscu w tym samym czasie, by stawić czoła wrogowi. I głównie na tym skupia się pierwsza połowa całego sezonu.

Nie da się nie zauważyć, że sposób, w jaki superbohaterowie są prowadzeni do spotkania ze sobą, jest wymyślony na siłę. Odnosi się wręcz wrażenie, że twórcy starali się zrobić to w taki sposób, aby nie było to za szybko i za łatwo. Zresztą mieli też świadomość, że to najbardziej wyczekiwany przez widzów moment, stąd przeciągali ten moment do granic możliwości zapychając fabułę czym się da. To ma niestety dominujący wpływ na odbiór poszczególnych odcinków i wątków, które momentami są mało wciągające. Ciekawość wzrasta wraz z momentem pierwszej konfrontacji Iron Fista z Luke'em Cage'em oraz późniejsze zejście się całej grupy (wraz z całkiem widowiskową sceną walki). I kiedy wydaje się już, że tempo serialu wzrośnie do bardzo wysokiej skali, twórcy znowu wyhamowują i tak w kółko aż do zakończenia czwartego odcinka. Taka huśtawka może frustrować tym bardziej, że fabuła i wątek główny nie są ani wymyślne, ani szczególnie wciągające. Ot to kolejna przecież historia tego, jak źli ludzie chcą zniszczyć cały Nowy Jork.

Niestety, nie zawsze za fabułą idą też sceny walki. Są momenty, kiedy choreografowie mocno się starali, aby było widowiskowo i całkiem realistycznie. Są jednak sceny, w których człowiek chce zamknąć oczy widząc, co dzieje się na ekranie. Ten kto wpadł na pomysł, że Sigourney Weaver może być bad assem i mistrzem sztuk walki, powinien, co piszę z pełną odpowiedzialnością, spalić się w piekle. Słynna odtwórczyni roli Ripley w „Obcym” zupełnie się w tym (na razie?) nie sprawdziła. Owszem, to można tłumaczyć wiekiem aktorki i jej sprawnością, ale przecież mamy w serialu też Sticka, który w scenach walk wypada o wiele wiarygodniej i jak na staruszka – bardzo dynamicznie.

Sama Sigourney we wszystkich scenach wygląda tak, jakby nie chciała, a musiała grać w tym serialu. I to bardzo mocno wpływa na odbiór całości. Reszta aktorów – zwłaszcza grająca superbohaterów, gra dokładnie na tym samym poziomie, co w swoich osobnych historiach. Dlatego też Jessica Jones w wydaniu Krysten Ritter miejscami irytuje swoją postawą, a w szczególności słabą grą aktorską. Charlie Cox miejscami gra naprawdę dobrze, zwłaszcza niewidomego prawnika, by momentami sprawiać wrażenie, jakby grał Matta Murdocka po raz pierwszy. Finn Jones nie poprawił się natomiast ani o jotę – jego Danny Rand jest miałką postacią, która potrafi mocno zirytować. No i Luke Cage w wydaniu Mike Coltera to, wśród reszty, chyba najjaśniejsza postać i... taka ciepła klucha, o którą wszyscy się cały czas obijają.

Te wszystkie wady zaczynają na szczęście zanikać w momencie, kiedy cała czwórka jest już razem. Nagle ich aktorskie ułomności zyskują na tle grupy, bo też ich bezpośrednie relacja potrafi wywołać sporo emocji włącznie ze śmiechem. Humor zresztą trochę przypomina ten, jaki oglądaliśmy nie raz w Avengersach – jest dynamiczny i zaskakujący, a przy tym niegłupi, dzięki czemu dobrze się przy tym bawimy. Najważniejsze jest jednak to, że czuć między wszystkimi aktorami chemię, co zdecydowanie wpływa na odbiór całości.

The Defenders ma swoje zalety i wady. Trudno dociec tak naprawdę, która strona przeważa. Na pewno serial Netflixa ma w sobie wiele z poprzednich produkcji, ale wydaje się, że nie ma w nim już tej jakości, którą platforma wcześniej zapewniała. Podsumowując – to kolejny serial o superbohaterach, który jednak nie ma już tej ikry, co na początku, kiedy tworzono Daredevila czy Luke'a Cage'a. Stąd też jak na razie należy oceniać Teh Defenders jako całkiem niezły serial, choć ostateczny werdykt w tej kwestii będzie można wydać 18 sierpnia, kiedy Netflix zaprezentuje cały sezon.

Nasza ocena 6/10

Paweł Szałankiewicz

Recenzja jest przedpremierowa. Została pierwotnie opublikowana 29 lipca 2017 roku. Premiera "Marvel: The Defenders" odbędzie się 18 sierpnia 2017 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Pietja (gość)

    "Inna sprawa, że była to zasługa jej przeciwnika, którym był Killgrave, bo też nie czarujmy się, drugi sezon przeszedł już bez większego echa." - wkradł się błąd - nie ma jeszcze drugiego sezonu Jessici Jones.

    29.07.2017 23:31

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×