Tofifest 2019 [KOMENTARZ]. Silne kobiety, wyzyskiwacze i piekło wojny, czyli toruńskie święto kina przełamuje bariery

17. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Tofifest przeszedł już do historii. Będzie co wspominać, bo Tofifest urósł do rangi jednego z najciekawszych polskich festiwali filmowych. Niech świadczą o tym liczni goście, którzy na kilka październikowych dni wpadli do Torunia, gdzie zaprezentowali swoje produkcje oraz zmierzyli się z publicznością. Nie zawsze było łatwo.

Multimedia

TOFIFEST 2019 - KOMENTARZ

Agnieszka Holland, Paweł Pawlikowski, Maja Ostaszewska, Jacek Borcuch, Maciej Pieprzyca, Dawid Ogrodnik, Anna Próchniak, Robert Więckiewicz czy niedawno uwolniony z rosyjskiego więzienia Oleg Sencow - to tylko część twórców, którzy na kilka dni zawitali do Torunia. To, co jest najlepsze w Tofifeście, to brak festiwalowego nadęcia - tutaj zwyczajnie jest luz. Ogląda się filmy, w bistro można spokojnie zjeść, a na koniec w klubie festiwalowym zamienić kilka słów z twórcami. Sztuczna bariera zanika, na Tofifest wszyscy kochają kino. To wystarcza.

KONKURS ON AIR

Zwycięzcą międzynarodowego konkursu filmów fabularnych ON AIR okazał się czeski film "Let There Be Light". W tle tego obrazu powiewa temat emigracji, który na dobre eksploduje w jednym z najlepszych filmów festiwalu, łotewsko-litewskim "Olegu", gdzie Dawid Ogrodnik zalicza jedną z najmocniejszych kreacji w swojej karierze. Nie dziwię się, że aktor jest zezłoszczony, iż film do tej pory nie znalazł polskiego dystrybutora. Zarzuty o antypolskość obrazu są zwyczajnie śmieszne, a sam "Oleg" tryska aktualnością. Na ekranie oglądamy przykre losy łotewskiego rzeźnika, który przyjechał do Belgii za chlebem i euro, a zamiast tego trafił na cwaniaka Andrzeja, co miał dać mu pracę, lecz finalnie zabrał hajs, dokumenty i stworzył sobie prywatnego niewolnika. Film niemal cały czas trzyma w napięciu, choć może w końcówce jest zbyt przesadzony i dosłowny, ale to wciąż mocne kino.

Drugim odkryciem Tofifest 2019 jest "Lalka" ("Papicha), którą polscy widzowie mogli zobaczyć również podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Obraz idzie jak burza przez kolejne festiwale, więc zaryzykuję stwierdzenie, że to jeden z najważniejszych tegorocznych filmów. Nie zdziwię się, gdy algierska produkcja okaże się czarnym koniem przyszłorocznych Oscarów w kategorii najlepszy film międzynarodowy. Chociaż akcja "Lalki" osadzona jest w Algierii lat 90. XX wieku, to jednak trudno ekranowych wydarzeń nie odnosić do współczesności. Główna bohaterka, którą wspaniale i przekonująco wykreowała Lyna Khoudri, chce cieszyć się życiem, słuchać muzyki, tańczyć, upijać się i wyglądać kobieco. Nie zgadza się na dyktat muzułmańskich fundamentalistów religijnych, którzy za sprzeciw i pragnienie wolności każą strzałem w głowę.

Kobiecą walkę z zastaną rzeczywistością maluje też rosyjska "Wysoka dziewczyna" Kantemira Bałagowa. Obraz, który już zawitał do polskich kin i zebrał doskonałe recenzje, porusza, irytuje, przytłacza oraz wzrusza. Mamy tutaj pełne spektrum emocji. Bałagow tylko potwierdził, że obecnie jest jednym z najciekawszych rosyjskich twórców - nie idzie na niczyjej smyczy i nie boi się zadawać trudnych pytań. Nie każdemu to będzie w smak. Z kolei "Moje myśli są ciche" ("My Thoughts Are Silent") okazały się intrygującym spojrzeniem na kino ukraińskie; podczas, gdy na Warszawskim Festiwalu Filmowym Ukrainę w większości reprezentowały filmy nasączone wojną z Rosją, tak Tofifest postawił na zupełnie inne spojrzenie na ukraińską rzeczywistość. Pełnometrażowy debiut Antonio Lukicha okazał się wyborną komedią, gdzie gagi nie sypią się jak z rękawa, ale śmieszność rodzi się naturalnie oraz subtelnie. Spojrzenie na Ukrainę w krzywym zwierciadle.

"Żmijowisko". Serial z papierami na przebój? CANAL+ ma hit na miarę pierwszego "Belfra"?Zobacz więcej

KONKURS FROM POLAND

W konkursie FROM POLAND triumfowało "Boże ciało" w reżyserii Jana Komasy i właściwie taki werdykt nie powinien nikogo dziwić. Autor "Miasta 44" zaprezentował swoje najdojrzalsze i najbardziej przemyślane dzieło, z którego autentyzm wylewa się litrami. Bartosz Bielenia w roli głównej jest magnetyczny; widać, jak potrafi "bawić się" rolą, kradł dla siebie każdą scenę, w której się pojawiał. Tak rodzą się wielcy aktorzy. Wspaniałe aktorskie szaleństwo zaprezentował także Sebastian Fabijański; chociaż potraktował rolę w "Mowie ptaków" terapeutycznie, to przy okazji pokazał, że wcześniejsze zaszufladkowanie go jako aktora Patryka Vegi było bardzo krzywdzące. "Mowa ptaków" nie przemówi do każdego, ale nie musi. To kino mocno autorskie, ale też sprawnie żonglujące symbolami oraz nawiązaniami do kina Andrzeja Żuławskiego. Już kiedyś to mówiłem, ale jestem przekonany, że za kilka lat "Mowa ptaków" będzie miała status filmu kultowego.

Organizatorom Tofifest 2019 należą się słowa uznania za zaprezentowanie jednego z najbardziej oryginalnych polskich filmów ostatnich lat, czyli niezależnych "Zgniłych uszu". Nie wiem, czy kiedykolwiek ta produkcja trafi do masowego widza, ale za tak nieszablonowe i przy okazji zabawne podejście do komedii romantycznej powinno się nagradzać. Widać, że Piotr Dylewski to twórca z wizją, doskonale wiedzący w jaką stronę ma zmierzać jego kino. Zero kompromisów, twarda walka o swoje. To się chwali.

SEKCJA MUST BE MUST SEE

Kto wie, może Piotr Dylewski pójdzie drogą Quentina Dupieuxa? W sekcji MUST BE MUST SEE można było obejrzeć najnowszy obraz niepokornego Francuza - "Deerskin" i chyba jeszcze nigdy nazwa sekcji festiwalu tak bardzo nie pasowała do prezentowanego filmu. "Deerskin" to wyborna czarna komedia, gdzie pierwsze skrzypce gra kurtka, za którą warto nawet zabić... Ach, co to jest za kino! Doskonale obsadzona produkcja (Jean Dujardin i Adèle Haenel są genialni!) od pierwszych do ostatnich minut jest jazdą bez trzymanki. W kompletnie inne tony za to uderza belgijska propozycja braci Dardenne, czyli "Młody Ahmed". Nie jest to film wolny od wad czy uproszczeń, a w dodatku autorzy "Nieznajomej dziewczyny" nakręcili go według doskonale znanego sobie klucza, gdzie od pierwszych sekund widać, że to ich film, to jednak finalnie coś sprawia, że "Młodego Ahmeda" ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Jednym z największych zaskoczeń Tofifest 2019 okazała się dla mnie kanadyjska "Miłość mojego brata". Opowieść, po której nie obiecywałem sobie wiele, w dodatku korespondująca z podobnymi obrazami ze Stanów Zjednoczonych, to jednocześnie zabawna, irytująca i smutna ilustracja życiowej porażki. Łatwo w tym filmie znaleźć samego siebie; to swoiste lustro, punktujące naszą małość, zazdrość i przede wszystkim brak wiary w siebie. Monia Chokri, która do tej pory realizowała się jako aktorka (zagrała m.in. w "Wyśnionych miłościach" oraz "Na zawsze Laurence" Xaviera Dolana), zaliczyła mocny kinowy debiut. Oby tak dalej!

NUDNY "MALOWANY PTAK"

Niestety w takich superlatywach trudno mówić mi o jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów festiwalu, a mianowicie "Malowanym ptaku" Václava Marhoula. Produkcja oparta na kontrowersyjnej powieści Jerzego Kosińskiego, poza wszechobecną nudą, ma niewiele do zaoferowania widzom. Już pomijając fakt, że Kosiński stworzył kłamliwą powieść, tak tutaj mogliśmy otrzymać uniwersalny obraz o piekle wojny oraz narodzinach nienawiści, ale zamiast tego czeski reżyser woli naśladować arthousowe kino i pławić się w kolejnych scenach przemocy, które w teorii mają szokować, ale tak naprawdę nie wywołują żadnych emocji, poza znużeniem. Jedyne, co trzeba oddać "Malowanemu ptakowi", to bardzo klimatyczne zdjęcia - kamera namalowała ten film, sprawiając, że każdy z kadrów spokojnie mógłby funkcjonować jako osobny obraz.

O wiele ciekawsza okazała się inna polska koprodukcja, a mianowicie - prezentowany już w 2018 roku na Berlinale - film Marysi Nikitiuk pt. "Kiedy padają drzewa". Wciąż nie mogę zrozumieć, czemu ten obraz nie znalazł polskiego dystrybutora, ale z każdym kolejnym seansem utwierdzam się w przekonaniu, że debiut ukraińskiej reżyserki to nie tylko udany mariaż kina z pogranicza jawy i snu z mocnym realizmem, ale przede wszystkim bolesne spojrzenie na współczesną, zdegenerowaną Ukrainę, gdzie nie ma zwycięzców. W finale wszyscy przegrają. Za przepiękne, bardzo poetyckie zdjęcia, odpowiadali Michał Englert oraz Mateusz Wichłacz.

PROSTO Z WENECJI

W sekcji POKAZY SPECJALNE widzowie wręcz wyrywali sobie z rąk bilety, ale nic dziwnego, skoro w programie znalazło się kultowe, trwające 450 minut, "Szatańskie tango" Bella Tarra, głośny i zachwycający swoją subtelnością "Portret kobiety w ogniu" oraz "Obraz pożądania", który zamykał tegoroczny festiwal filmowy w Wenecji. Film Giuseppe Capotondiego podzieli widzów, chociaż i tak jestem zszokowany tym, jak bardzo wywoływał dyskusje wśród widzów zaraz po seansie. Wciąż też nie wiem, jak do końca traktować "Obraz pożądania", bo kiepski scenariusz, który w finale osiąga apogeum głupoty, sporo przekreśla, tak film sprawdza się jako... komedia i wariacja na temat thrillera. Nie wiem, czy taki był zamysł twórcy, ale wszystko tutaj jest przerysowane do granic możliwości, widz szybko sam odkrywa kolejne elementy układanki, przez co scenariusz ani przez moment nie zaskakuje, lecz załamuje swoją naiwnością. Z drugiej strony ten film zwyczajnie dobrze się ogląda, a szalejący na ekranie Mick Jagger sprawia, że na twarzy pojawił mi się uśmiech. Po prostu. Prościutkie kino rozrywkowe, idealne akurat na wieczorny seans.

Tofifest 2019 przeszedł do historii, a ja tę imprezę będę bardzo ciepło wspominać. Właściwie już się zakochałem w tym festiwalu i chętnie wrócę do Torunia za rok, bo ze świecą szukać filmowych imprez w Polsce, które mają taki luz. Tutaj naprawdę mamy do czynienia z celebracją kina, a nie całej otoczki dookoła. Dorzućcie do tego świetny program i pokazy filmów, których gdzie nie indziej byście nie obejrzeli, więc nie zastanawiajcie się za rok, tylko obierzcie kierunek na Toruń. Warto.

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×