"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Nie sąd cię skaże… [RECENZJA]

Martin McDonagh to postać niewymagająca rekomendacji. Irlandczyk już jako dramatopisarz odnosił sukcesy, a jego późniejszy transfer do kina był więcej niż udany. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że najnowszy film reżysera, obraz pt. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, wywołuje tak duże emocje. To najlepszy film 2017 roku.

Multimedia

Mildred Hayes (Frances McDormand) jest lokalnym pariasem; nie dość, że ma – delikatnie mówiąc – niewyparzony język, to jeszcze rok temu pochowała córkę, którą przed śmiercią zgwałcono. Od kobiety odsunęła się niemal cała społeczność, jakby to ona była wina śmierci swojego dziecka, a na dodatek śledztwo utknęło w miejscu, przez co gwałciciel i morderca pozostaje na wolności, a nawet być może jest jednym z sąsiadów.

Narastająca frustracja musiała w końcu znaleźć swoje ujście i Mildred wzięła sprawy we własne ręce. Kobieta wykupiła reklamę na od lat nieużywanych billboardach, gdzie „dyskretnie” zapytała miejscowego szeryfa, czemu nie działa w sprawie jej córki. Prowokacja zadziałała, chociaż chyba nikt nie spodziewał się, jak ogromny wpływ na mieszkańców miasteczka będzie miała ta akcja.

Scenariusz „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” jest doskonały. Martin McDonagh w swoim skrypcie nie umieścił ani jednej niepotrzebnej nuty, każde słowo, dialog oraz scena ma swoje uzasadnienie i czemuś służy. To jest scenariusz, który na cząstki pierwsze powinni rozkładać studenci szkół filmowych i teatralnych, ucząc się pisania. Perfekcja w każdym calu. A do tego, jak to jest napisane! To czysta poezja, maestria słowa, każda dialogowa batalia bohaterów to miód na uszy widzów. Tutaj powaga miesza się z czarnym humorem, wszystko jest szalenie pikantne i jednocześnie żywe. Zero sztuczności, cała prawda prosto w uszy.

Naturalnie ma to swoje przełożenie na sposób napisania bohaterów. Chociaż na pierwszym planie jest Mildred Hayes, to każda inna osoba przewijająca się przez film nie jest jedynie ozdobą, a pełnoprawną postacią, ze swoją własną historią, którą w mniejszym lub większym stopniu będzie dane nam poznać. Więcej, żaden z bohaterów nie jest ani jednoznacznie dobry, ani zły. Każdy ma kilka rys bądź rysek na swoim sumieniu, przez co wymyka się prostym ocenom. Już chyba dawno nie widziałem w kinie tak ludzkich i prawdziwych postaci.

No i jak to jest skonstruowane! Od początku do końca reżyser trzyma w ryzach swoją opowieść i dokładnie wie, w jakim kierunku zmierza. To misternie zaplanowana oraz rozpisana konstrukcja, w której nie ma miejsca na półśrodki. Akcja nieustannie trzyma w napięciu oraz zwyczajnie sprawia, że zaczynamy identyfikować się z główną bohaterką, ale nie brakuje też momentów, w których nie można przestać się śmiać. Jest to idealnie wyważone, a ponadto jestem przekonany, że kilkukrotnie widzowie zostaną zaskoczeni obrotem spraw, a już prawdziwą perełką jest zakończenie; otwarte, niewymagające komentarza i w pewien sposób spajające całą opowieść.

To wszystko pozostałoby na papierze, gdyby nie perfekcyjna obsada. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to jeden z tych filmów, w którym nie sposób wyobrazić sobie innych aktorów w tych rolach. Frances McDormand jest idealna i gra tak przekonywająco, że bałbym się spotkać ją w nocy w ciemnej uliczce. Równie świetny jest Sam Rockwell; jego kreacja warta jest największych laurów. Woody Harrelson nie zawodzi, widać, że tę rolę napisano specjalnie pod niego i wyłącznie żałuję, że jego ekranowa żona, grana przez piękną Abbie Cornish, nie pojawia się częściej na ekranie.

"Lady Bird". Mój pamiętniczku, czyli list miłosny do rodziców i kronika dojrzewaniaZobacz więcej

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” uznawane jest za kino o zemście, ale ja bardziej widzę w tym dążenie do sprawiedliwości. Zwykle ofiary lub ich krewni mogą tylko cicho krzyczeć o pomoc, natomiast Mildred Hayes nie boi się wydrzeć na całe gardło. Jednak pod tą manifestacją siły oraz woli walki, tak naprawdę kryje się bezradność oraz zrezygnowanie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co czuje matka, która straciła własne dziecko, a ten film poniekąd mnie do tego zmusza. I to jest właśnie największa siła produkcji McDonagha; gdy niektórzy chcieliby odwrócić wzrok, udać, że jest w porządku, to twórca każe nam patrzeć prosto i wyraźnie, abyśmy dostrzegli wszelakie patologie.

Fascynująca jest rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Teoretycznie to dalekie Stany Zjednoczone, ale przecież kazus małej miejscowości, gdzie każdy każdego zna i o wszystkim wie, to też nasza domena. Dlatego warto na film spojrzeć jak na obraz podzielonej społeczności, w której królują sztuczne uśmiechy oraz plotki za plecami. Jedne niedomówienia rodzą drugie, jakże to prawdziwe, aktualne i bolesne.

Mówiąc o „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” nie sposób pominąć wspaniałej muzyki, za którą odpowiada Carter Burwell. Te brzmienia wspomagają klimat filmu, wprawiają w nastrój oraz oddają wszelakie niepokoje. To samo należy powiedzieć o zdjęciach; kamera Bena Davisa tylko pozornie spokojnie przygląda się bohaterom, pełnię możliwości widać w scenach bójek.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to kino, które porusza i sprawia, że z sali kinowej wychodzi się na miękkich nogach. Obraz dopracowany od początku do końca, ze wspaniałym scenariuszem i jeszcze lepszymi kreacjami aktorskimi. Czasem trzeba wziąć sprawiedliwość we własne ręce, bo odwołując się do klasyka, nie sąd cię skaże…

Ocena: 9/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI" W KINACH OD 2 LUTEGO

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 8 stycznia 2018 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×