"Vice" [RECENZJA]. Doskonała satyra polityczna, chociaż tak naprawdę nie ma z czego się śmiać. Jeden z najlepszych filmów 2019 roku?

Rok 2019 dopiero się rozpoczął, a w kinach możemy oglądać prawdopodobnie jeden z najciekawszych i najlepszych tegorocznych filmów. Adam McKay, twórca brawurowego "Big Short", powraca z jeszcze mocniejszym obrazem - "Vice". Tym razem na celownik bierze politykę i republikańskich polityków, a mianowicie najbardziej wpływowego wiceprezydenta USA, Dicka Cheneya. Jak wyszło?

Multimedia

"VICE" - RECENZJA

Opowieść zaczynamy w latach 60. XX wieku, gdy młody wówczas Dick, zamiast grzecznie studiować, wolał imprezować, chlać i dawać innym po ryju. Wiadomo, młodość musi się wyszumieć, ale jednocześnie jest to też najsłabszy filmowo element układanki pt. "Vice". Niewiele wnosi do całości, a widok Amy Adams udającej dwudziestokilkulatkę bardziej śmieszy niż rzeczywiście angażuje. Na szczęście to tylko wycinek, bo już kilka minut później autor "Legendy telewizji" odpala silnik na pełnych obrotach i rusza z piskiem. Witaj Biały Domu, wujek Dick zrobi wszystko, aby na długo się tam zadomowić.

Adam McKay trochę prowadzi widzów za rączkę przez kolejne punkty biografii Cheneya. Asystent Donalda Rumsfelda za czasów prezydentury Nixona, szef personelu Białego Domu za kadencji Forda, późniejszy kongresmen, sekretarz obrony w administracji George’a Busha, CEO koncernu naftowego Halliburton, aż w końcu wiceprezydent Stanów Zjednoczonych za kadencji George W. Busha. Imponujące, ale dla McKaya to doskonały pretekst, aby opowiedzieć historię człowieka, który ze zwykłego szaraczka staje się jedną z najważniejszych osób w państwie. Historię politycznej bestii, która potrafiła doskonale wyczuć koniunkturę, trzymać z odpowiednimi ludźmi i chłodno kalkulować, co się bardziej opłaca. A wszystko to zawsze przy cichej akceptacji żony (Amy Adams, będzie w końcu Oscar?), która de facto pociągała za wszelkie sznurki i sterowała całością z trzeciego rzędu.

Jest w "Vice" coś z szekspirowskiego dramatu i nie chodzi mi tutaj o fenomenalną scenę w sypialni. McKay nie tylko igra z zasadą decorum i co chwilę rozładowuje dramatyczne napięcie komediowymi wstawkami, lecz w gruncie rzeczy serwuje nam opowieść o moralności, a raczej jej braku. Prawdziwy obraz świata, gdzie własne ambicje oraz chęć wzbogacenia wygrały ze zdrowym rozumiem, a konsekwencje działań ówczesnej administracji USA odczuwamy do tej chwili. W tym miejscu wszyscy pozdrawiają tak zwane "Państwo Islamskie".

To, czym "Vice" uwodzi najbardziej, to sposób narracji. McKay już nie raz pokazał, że jego filmy wyglądają nieszablonowo, ale tutaj puszczają mu wszelkie hamulce. Bohaterowie recytujący Szekspira? Proszę bardzo. Alternatywne zakończenie? Jeszcze jak! Relacja ze spotkania, o którym kompletnie nic nie wiemy? Dlaczego nie? "Vice" to jedna wielka zabawa forma, począwszy od wprowadzenia narratora mającego dość osobiste spojrzenie na historię, przez teledyskowy montaż i zabawę obrazem. To tylko podbija wymowę filmu, który wymyka się standardom i wręcz śmieje się z typowych i sztampowych biografii.

"Powrót Bena". Przepełniony emocjami dramat o narkomanii! Najlepsza rola Julii Roberts od lat!Zobacz więcej

W sumie nic dziwnego, bo "Vice" nie chce być biografią. Od początku do końca widać, że to film antyrepublikański i skupiający się na tym, aby przedstawić Dicka Cheneya oraz jego współpracowników w konkretnym świetle, ale z drugiej strony... przecież niemal wszystko opiera się na udokumentowanych wydarzeniach oraz faktach. Gdyby twórcy chcieli konfrontować swoją wizję z samym zainteresowanym, to zapewne otrzymalibyśmy grzeczną laurkę pokroju "Bohemian Rhapsody".

"Vice" to też pierwszorzędne aktorstwo. Lata mijają, a Christian Bale wciąż gotowy jest na ekstremalne metamorfozy. Tutaj paraduje z brzuszkiem, ale show wszystkim i tak kradnie Sam Rockwell, który jako George W. Bush jest doskonały. Szkoda tylko, że raczej niewiele osób doceni go za tę kreację. Szkoda również, że Steve Carell miał tak mało czasu na swoje popisy, bo postać Donalda Rumsfelda pozostawia spory niedosyt.

Po wyjściu z seansu "Vice" zacząłem zastanawiam się, czy taki film miałby szansę powstać w Polsce i szybko doszedłem do wniosku, że raczej nikt nie odważyłby się na tak brawurowy wykład na temat współczesnej polityki. A jeżeli już tak, to byłaby to grubo ciosana propagandówka, zrobiona bez polotu i na siłę. Jest to o tyle ciekawe, bo przecież "Vice" to film, który od pierwszej do ostatniej minuty jest jawnie antyrepublikański, a mimo wszystko trudno zarzucić mu bycie tanią politagitką. "Vice" to swoista uczta dla oczu i jednocześnie kawał świetnej satyry politycznej, która jednak po początkowych salwach śmiechu, zmusza do refleksji. Kupuję to w pełni.

PS też czekam na nowych "Szybkich i wściekłych". To będzie sztos.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"VICE" JUŻ W KINACH

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Paweł (gość)

    Masz rację-bardzo droga politagitka.

    22.01.2019 17:25

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×