"W deszczowy dzień w Nowym Jorku" [RECENZJA]. Najlepszy film Allena od lat, czyli swoisty list miłosny do młodości

Historia filmu "W deszczowy dzień w Nowym Jorku" jest skomplikowana, ale cieszę się, że finalnie film, który został skazany na dystrybucyjny niebyt, trafił na ekrany film. Bo - o dziwo - jest co oglądać! Sprawdzamy "W deszczowy dzień w Nowym Jorku" w reżyserii Woody'ego Allena!

Multimedia

"W DESZCZOWY DZIEŃ W NOWYM JORKU" - RECENZJA

Piszę "o dziwo" ponieważ ostatnie filmy Woody'ego Allena nie napawały optymizmem. Począwszy od "Magii w blasku księżyca", przez "Nieracjonalnego mężczyznę", "Śmietankę towarzyską", aż po "Na karuzeli życia" oglądaliśmy reżysera, który wyraźnie się męczy własną twórczością, próbując po raz kolejny przepisywać swoje stare triki oraz motywy. Woody Allen był cieniem samego siebie do tego stopnia, że można było podejrzewać, iż te filmy nakręcił ktoś inny, a Allen jedynie podpisał je własnym nazwiskiem. I chociaż "W deszczowy dzień w Nowym Jorku" to też żonglowanie dobrze znanymi chwytami, to jednak w tym filmie jest życie, radość, a także swego rodzaju świeżość.

"W deszczowy dzień w Nowym Jorku" nie miało szczęścia. Gdy film powstawał, to wszyscy myśleli, że tym razem Woody Allen da publiczności murowany hit. Tyle, że niedługo po zakończeniu zdjęć wybuchła afera #metoo i na fali dawnych oskarżeń o molestowanie Allena dotknął ostracyzm; z produkcji filmu wycofał się Amazon, a część aktorów zaczęła się kajać, że w ogóle zaczęła współpracować z Allenem. Istna komedia i festiwal hipokryzji, stanowiąca materiał na osobny film. I gdy wydawało się, że film przepadnie, schowany gdzieś głęboko na dysku twardym w montażowni, to na szczęście okazało się, że są chętni, aby rozprowadzić go w Europie i Ameryce Południowej. Co prawda widzowie w USA nowego Allena nie obejrzą, ale to w końcu ich strata.

Historia opowiadana przez Allena w filmie "W deszczowy dzień w Nowym Jorku" jest prościutka i prawdopodobnie w tym tkwi jej siła. Gatsby (Timothée Chalamet) to zagubiony młody mężczyzna, który sam nie wie, czego chce od życia. Za to wie, czego nie chce, więc unika swojej rodziny, chociaż studiuje, aby dalej łożyli na niego pieniądze, a swojego szczęścia upatruje przy urocznej, acz odrobinę głupiutkiej Ashleigh (Elle Fanning), która może i ma ambicje dziennikarskie, ale również chciałaby liznąć wielkiego świata oraz wielkich artystów. Dosłownie i w przenośni. Ich wspólny wypad do Nowego Jorku zmieni wszystko, w końcu to miasto wielkich marzeń i inspiracji, ale też upadki oraz rozczarowań.

"Fighter". "Give me Janicki!", czyli Roznerski bije się ze Stramowskim! Wyszło lepiej niż w "Underdogu"?Zobacz więcej

Mam wrażenie, że "W deszczowy dzień w Nowym Jorku" to powrót Woody'ego Allena do przeszłości, swoisty list miłosny do młodości, gdzie beztrosko goniło się za marzeniami, a życiowe błędy łatwiej wybaczało. Główny bohater to oczywiście wypisz wymaluj alter ego samego reżysera, zresztą jak prawie wszystkie postacie płci męskiej, jakie pojawiają się na ekranie. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądałem samego Allena w kilkunastu wydaniach.

"W deszczowy dzień w Nowym Jorku" tryska naiwnością, bezpretensjonalnością oraz sentymentem. I właściwie podczas seansu nie obchodzi mnie to, że to do bólu przewidywalna komedia romantyczna, skoro potrafię zakochać się w uroku oraz energii tego filmu. Dokładnie o to chodziło, włącznie z ckliwym i przewidywalnym zakończeniem, będącym przecież niczym innym jak niespełnionym marzeniem o pięknej i wiecznej miłości, jakby żywcem wyjętej z filmu.

Kupuję to, podobnie jak głównych bohaterów, bo to właśnie oni nadają kolorytu nowemu filmowi Woody'ego Allena. Timothée Chalamet przepięknie bawi się ekranowym bólem istnienia, ale jeszcze lepsza jest Elle Fanning, która jako słodka idiotka nie tylko rozśmiesza, ale też cały czas kokietuje widza. Do tego na drugim planie dobrze patrzy się na Selenę Gomez, a Jude Law, Liev Schreiber i Diego Luna po prostu robią show.

"W deszczowy dzień w Nowym Jorku" to najlepszy film Allena od lat. Autentycznie zabawna komedia, która jest precyzyjnie napisana i zagrana. Wszystko mi się tutaj zgadza i chociaż to ciągła gra na instrumentach dobrze znanych autorowi "Annie Hall", to jest w tym jakaś nowa energia. Miły powrót do przeszłości. Taką wycieczkę do Nowego Jorku to ja rozumiem.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 26 lipca 2019 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Fela (gość)

    Niezły. Można się wybrać na kojący niedzielny wieczór. Allen pisze dobre dialogi i zawsze warto poświęcić im trochę uwagi bo reżyser jest nietuzinkowy

    29.07.2019 13:31
  • Fela (gość)

    Niezły. Można się wybrać na kojący niedzielny wieczór. Allen pisze dobre dialogi i zawsze warto poświęcić im trochę uwagi bo reżyser jest nietuzinkowy

    29.07.2019 13:30

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×