"Wendeta". Funny Games z religią w tle [RECENZJA]

„Wendeta” to szarpiąca nerwy podróż do korzeni zła, w której Dziki Zachód jest oazą wszelkiego rodzaju okrucieństwa, a sfrustrowani psychopaci usiłują zastępować boską sprawiedliwość.

Multimedia

NASZA OCENA: 8/10

Ameryka, XIX wiek. Pewnego dnia w miasteczku założonym przez społeczność holenderskich osadników zjawia się nowy pastor. Okazuje się, że surowy purytanin, zwolennik bezwzględnego karania za grzechy, dzieli pewne tajemnice z młodą akuszerką, Liz, która wraz z mężem, córką i pasierbem mieszka za miastem.

Bezmiarem okrucieństwa i rozmiarami jednostkowego zła jakie może pomieścić człowiek, „Wendeta” przypomina „Funny Games”. Podobnie jak tam mamy do czynienia z czystym złem, którego nie sposób pojąć, z aktami przemocy, które wydają się niemożliwe do pojęcia, a jednak się dzieją. „Wendeta” to podróż do korzeni zła, a przewodniczką tej podróży jest Liz. Im więcej wiemy o bohaterce i jej życiu i poznajemy jej relacje z wielebnym, tym bardziej rozumiemy irracjonalną zdawałoby się niechęć bohaterki i jej lęk. W miarę rozwoju akcji zagłębiamy się w psychikę jej kata (granego rewelacyjnie prze Guya Pearce’a), w jego mroczną, podszytą religijną motywacją obsesję i płynącą ze źle pojętej pobożności ogromną, seksualną frustrację. Pokrętne tłumaczenie psychopaty zasadza się na tym, że skoro pożądanie nie zostało zaspokojone w sposób przykazany przez religię, można go zaspakajać w najbardziej wyuzdany sposób, a łamanie zakazów i największych tabu staje się wobec tego usprawiedliwione. Miłość cielesna staje się destrukcyjną siłą, obsesją, przed którą ofiara nie ma ucieczki – nieważne jak bardzo się zmieni swoją tożsamość. To, co się przydarza Liz, odkrywa się przed nami w rytmie niespiesznej opowieści, w której zwykłą codzienność przerywają akty przemocy, a spokojne życie wydaje się jedynie iluzją.

Niewiele słów pada w filmie (Liz jest niema), a jeśli już, to niosą w sobie wiele treści. Emocje odczytuje się z twarzy: Liz, jej matki, czy osób, które napotyka na swej drodze. Obraz Dzikiego Zachodu wyłaniający się z filmu to oazą wszelkiego rodzaju nieprawości. Oczami Liz oglądamy kaleczonych, poddawanych przemocy fizycznej i psychicznej oraz zabijanych na różne sposoby: wybebesza im się wnętrzności, podrzyna gardła, wiesza i pali. Nic dziwnego, że powstał obraz wstrząsający, trzymający w napięciu i szarpiący nerwy, na pewno nie dla widzów wrażliwych na przemoc, ale i nie dla tych, którzy chcą szybko łatwego i sprawiedliwego zakończenia. Życie nie jest takie proste… I nie było wtedy.

Beata Cielecka

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×