"Whitney" [RECENZJA]. Smutna piosenka o dziewczynie, którą zmuszono do przedwczesnego dorośnięcia, czyli Whitney Houston w pigułce i Whitney Houston na pigułkach

Ciary. To uczucie, które towarzyszyło mi zarówno podczas seansu, jak i po wyjściu z pokazu "Whitney". Nawet teraz, gdy wyłącznie piszę o filmie, mam gęsią skórkę. Zmarła w 2012 roku wokalistka w końcu doczekała się dokumentu, który w godny sposób przybliża jej tragiczne i zagmatwane losy. Sprawdźcie recenzję filmu "Whitney".

Multimedia

WHITNEY - RECENZJA

Whitney Houston w swoim najlepszym czasie pozornie miała wszystko, czego tylko zapragnęła. W latach 80. XX wieku jako pierwsza afroamerykańska artystka zawładnęła anteną MTV, aby niedługo później swoim debiutanckim albumem zakasować wszystkich i rządzić na listach Billboard 200 i Billboard Hot 100. W szalonych latach 90. jej popularność jedynie rosła, czego ukoronowaniem był występ u boku Kevina Costnera w filmie "Bodyguard", a piosenka "I Will Always Love You" to już dzisiaj klasyk muzyki popularnej, którego każde kolejne wykonanie w żaden sposób nie może równać się z oryginałem wyśpiewanym przez wokalistkę z Newark.

Życie jak marzenie, prawda? Być może w światłach sceny wszystko wyglądało doskonale, ale wystarczyło, aby zgasły i blask mijał. Życie Whitney Houston nigdy nie było usłane różami, ale im większy sukces osiągała, tym jeszcze ciężej była doświadczana przez los oraz najbliższych. Zresztą sama również przyczyniła się do swojego upadku; w jednej ze scen, na archiwalnym nagraniu, widzimy Whitney, która mówi, że "chce się tylko dobrze bawić". Problem w tym, że w pewnym momencie zabawa się skończyła.

"Whitney" to historia wzlotu i bolesnego upadku, a przede wszystkim opowieść o niemożności znalezienia samej siebie oraz zagubieniu. Pasożytnicza rodzina, znęcający się mąż, trudne dzieciństwo, problem z określeniem własnej orientacji seksualnej, tony kokainy, mnóstwo "doradców" i brak bezproblemowego przejścia z trybu córka w tryb matka – czyli Whitney Houston w pigułce i Whitney Houston na pigułkach.

Cieszmy się sobą i kochajmy, dopóki śmierć nas nie rozłączy. Najważniejszy polski film 2018 roku? Zobacz więcej

To także opowieść o maluczkich, zakompleksionych ludziach, którym się wmówiło, że bycie mitycznym KIMŚ coś znaczy. A tak naprawdę żadna władza i pieniądze szczęścia nie dają. Może i truizm, ale ujęcie na pustą wannę, w której utonęła naćpana Whitney robi wrażenie i jest bardzo wymowne. Tak samo to, że później córka podzieliła los matki, ale to prawie zawsze się tak kończy. Właściwie nie mogło inaczej. To historia bez happy endu, z której przyszłe pokolenia i tak nie wyciągną wniosków, co chyba najbardziej przeraża. Nie wyciągną, bo nigdy nie wyciągają, a motyw tragicznego upadku ze szczytu zawsze się powtarza.

I gdy już myśleliście, że wiedzieliście wszystko o Whitney Houston, tak dokument Kevina Macdonalda odkrywa nieznane dotąd fakty. Część z nich nie dziwi, inne przerażają, przez co bardziej zaczynamy rozumieć wokalistkę i jej codzienne zmagania z rzeczywistością oraz samą sobą.

To, co jest jedną z największych wartości filmu, to zaangażowanie najbliższych w produkcję. Reżyserowi udało się szczerze porozmawiać zarówno z rodzeństwem Whitney, jak i jej mężem. Ten ostatni, chociaż miał ogromny udział w katastrofie wokalistki, nie był zbyt wylewny, lecz bracia – chociaż pewne i tak starali się w jakimś stopniu wybielić – nawet nie ukrywali, że to właśnie oni wprowadzili siostrę w świat narkotyków i początkowo beztroskiej zabawy, która swój tragiczny finał miała 11 lutego 2012 roku w jednym z pokoi hotelowych w Beverly Hills.

WHITNEY - ZWIASTUN

O mocy "Whitney" świadczy również montaż. Już otwierająca dokument sekwencja wbija fotel; w teledyskowym skrócie obserwujemy nie tylko momenty z życia artystki, ale także – a może przede wszystkim – tło społeczne Stanów Zjednoczonych lat 60., 70. oraz 80., gdzie zamieszki z policją, która pałowała czarnoskórych, mieszały się z niemalże bajecznymi reklamami Coca Coli oraz burgerów. Witamy w świecie hipokryzji i marzeń niemożliwych do spełnienia, czyli amerykański sen czas start. Te sceny powracają niczym refren, podbijają kompozycję i podkręcają jej charakter.

"Whitney" to uderzający portret złamanej przez życie gwiazdy, ale też smutna piosenka o dziewczynie, którą zmuszono do przedwczesnego dorośnięcia. Wyciśnięta przez najbliższych niczym gąbka, rozpaczliwie poszukiwała miłości, a zamiast ścieżki do szczęścia znalazła długie ścieżki kokainy, dające krótkotrwałą radość. Kevin Macdonald dał nam dokument ku chwale "Whitney", dzięki tej opowieści znowu jest wielka.

Ocena: 8/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@polskapress.pl

"WHITNEY" W KINACH OD 6 LIPCA

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 5 lipca 2018 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • ris (gość)

    Więcej takich dokumentów!

    12.07.2018 00:13
  • Widz (gość)

    Kawał dobrego dokumentu, a zrobienie wciągającego i ciekawego dokumentu to wielka sztuka. Tu wspaniały montaż, świetnie dobrane materiały, urywki z zżycia, wywiady, dzięki temu historia została przedstawiona ciekawie

    11.07.2018 19:13
  • Krosia (gość)

    Świetny film, bardzo wzruszający bo i historia życia Whitney jest smutna, ale warto obejrzeć

    11.07.2018 14:44
  • Elena (gość)

    O ile filmy dokumentalne to nie mój żywioł (czyt.: w większości są nudne), to "Whitney" naprawdę wciąga

    11.07.2018 13:21

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×