"Wodny świat". Futurystyczna baśń o ekologicznym przesłaniu [RECENZJA]

Ludzkość w obliczu nowego potopu. Kevin Costner jako samotny wędrowiec wiedzie rozbitków do cudownego miejsca zwanego Suchym Lądem

Multimedia

NASZA OCENA: 8/10

Ta hollywoodzka superprodukcja to rzadki przypadek filmu, który "dojrzewa". Co prawda upływający czas nie pozbawił "Wodnego świata" błędów i mielizn scenariuszowych, ale zmieniając perspektywę, pozwolił dojrzeć jego zalety - malowniczy, wręcz romantyczny rozmach, zgryźliwy humor oraz fakt, że to całkiem przyjemne kino rozrywkowe właściwie dla całej rodziny - dość oryginalne i niezbyt brutalne - a przedstawiona tu wizja świata przyszłości ma w sobie coś urzekającego.

Oto Ziemię zalały wody ze stopionych z powodu efektu cieplarnianego biegunów. Ocalała ludzkość żyje na niewielkich atolach (sztucznych bądź naturalnych), oddzielonych setkami, a nawet tysiącami mil oceanów. Sucha ziemia i naturalne rośliny są niezwykle cennym towarem wymiennym. Wszędzie jest powtarzana legenda, że gdzieś za horyzontem znajduje się ląd, nowa Ziemia Obiecana. Głównym bohaterem filmu jest Mariner przemierzający morza lekko sfatygowanym, ale niezawodnym stalowym trimaranem. Utrzymuje się handlując z różnymi atolami. Mariner to człowiek-mutant - ma błonę pławną miedzy palcami oraz skrzela pozwalające mu oddychać pod wodą. Ukrywa te cechy, bo mieszkańcy atoli nie lubią odmieńców. Jednak pewnego dnia musi ujawnić swoją inność, co kończy się uwięzieniem i skazaniem na śmierć. Wybawienie przychodzi z zewnątrz: atol atakuje banda dowodzona przez szalonego Deacona. Marinerowi udaje się uciec, a wraz z nim urodziwej Helen (Jeanne Tripplehorn) i pozostającej pod jej opieką Enoli. Enola jest dzieckiem znikąd i ma na plecach wytatuowaną mapę do mitycznego Suchego Lądu...

"Wodny świat" ma wiele wspólnego z "Mad Maksem" i innymi tego typu filmami, wykorzystując schemat samotnego outsidera, który często wbrew sobie zbawia świat. Ta kinowa superprodukcja miała być pomnikiem wystawionym Kevinowi Costnerowi, który gra główną rolę. Jednak od początku realizacji była trudną lekcją pokory dla pewnego siebie Costnera. Najpierw musiał zdobyć pieniądze - niebagatelna sumę 175 mln dolarów. Potem dosłownie wydusił na producentach zgodę, by reżyserią zajął się Kevin Reynolds (pracowali razem przy "Fandango", 1985 - pierwszym ważnym filmie Costnera - oraz przy "Robinie Hoodzie, księciużę złodziei", 1991). A to był dopiero początek drogi przez mękę. Tornado zniszczyło prawie gotowe, budowane przez blisko dwa miesiące na specjalnych tratwach dekoracje do filmu. Pracę trzeba było zacząć od początku - harmonogram realizacji mocno się wydłużył, a koszty drastycznie wzrosły. Zastrajkowali pracownicy techniczni, co oznaczało kolejne opóźnienie i kolejne niezaplanowane koszty. Następnie zbuntowali się aktorzy - przedłużenie zdjęć sprawiało, że nie mogli grać w innych filmach. Z tego powodu stracili pieniądze, więc żądali podwyżek. Problem tkwił także w osobie reżysera. Producenci słusznie nie chcieli zatrudniać Reynoldsa, bo choć to twórca solidny, jednak pozbawiony błyskotliwości, a tym bardziej geniuszu. A tylko geniusz mógł uratować "Wodny świat". Coraz częściej dochodziło do sporów na linii Costner - Reynolds, aż wreszcie dwa tygodnie przed zakończeniem zdjęć ten drugi opuścił plan. Od tej pory zeznania są sprzeczne: oficjalnie następnego dnia wrócił i dokończył pracę. Nieoficjalnie mówi się, że za reżyserię zabrał się Costner.

Kolejnym problemem był scenariusz - oparty na jednym tylko pomyśle był dość miałki i schematyczny. Jego autorzy Peter Rader i David Twohy nie bardzo wiedzieli co mają zrobić z głównym bohaterem i jego adwersarzem. Do ostatniej chwili, jeszcze na planie, przerabiali i poprawiali scenariusz. A wyszło tak, jak wyszło.

W efekcie prace nad filmem przeciągnęły się o blisko pół roku. Costner spędził na planie ponad pięć miesięcy pracując sześć dni w tygodniu. A budżet zamiast planowanych 175 mln dolarów, sięgnął 255 milionów i "Wodny świat" stał się najdroższym filmem w historii kinematografii, bijąc na głowę nawet "Titanica". Jeszcze przed premierą superprodukcję Costnera zaczęto nazywać "Kevin’s Gate", nawiązując do filmu Michaela Cimino "Heaven’s Gate" ("Wrota niebios" 1980), który okazał się bodaj największą klapą w historii Hollywood. Porównanie okazało się ze wszech miar słuszne: film zarobił w kinach niespełna 40 mln dolarów, stając się upokarzającą klęską Kevina Costnera. Ale tak jak "Wrota niebios" z czasem zostały docenione, awansując do klasyki westernu, tak "Wodny świat" po zakończeniu krótkiego żywota kinowego, zaczął życie po życiu. Stał się przebojem w wypożyczalniach na całym świecie. W efekcie zyski z wypożyczania i sprzedaży kopii wideo, a potem DVD, szybko pobiły dochody z kina. Do dziś film zarobił ponad 255 mln dolarów, po 13 latach wreszcie wychodząc na zero.

Piotr Radecki

Film przygodow, USA 1995, reż. Kevin Reynolds

"Wodny świat" w tv. Sprawdź datę emisji!

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×