"Zaginiony bez śladu" [RECENZJA]. Życie w niespołecznym bycie

"Zaginiony bez śladu" jest zaskakującym, skłaniającym do refleksji i niepozbawionym poczucia humoru filmem, który właściwie gdzieś tam blisko połowy naszego życia każdy powinien obejrzeć.

Multimedia

NASZA OCENA: 7/10

Howard Wakefield to pracujący na Manhattanie prawnik, mający atrakcyjną żonę i dwie córki. Jednak pewnego dnia postanawia… nie wrócić z pracy do domu, ale ukryć się w opuszczonym budynku naprzeciwko niego. Z jednego dnia robi się kilka tygodni, podczas których z fascynacją obserwuje przez lornetkę swoją rodzinę.

"Tylko w samotności człowiek jest naprawdę sobą" - pod tym zdaniem Jose Ortegi y Gasseta mógłby się podpisać bohater filmu, rezygnujący z normalnego życia, by stać się przez jakiś czas jego biernym obserwatorem i odkryć kim tak naprawdę jest. Można filmowi zarzucić, że pokazana w nim sytuacja jest zupełnie niewiarygodna. To niemożliwe, by policja nie przeszukała okolicy domu zaginionego i niezbyt prawdopodobne, by zarówno żona jak i sąsiedzi nie zauważyli niczego podejrzanego. Nie o taką jednak prawdę chodziło reżyserowi i zgódźmy się na te nieprawdopodobieństwa, by pochylić się nad kluczową sytuację, o której mowa w filmie, a która jest bardzo inspirująca. No bo po co Wakefiled rezygnuje z życia jakie prowadził? Czy dlatego, że paradoksalnie przepływało tylko obok niego, zbyt szybko i zbyt chaotycznie, by poświeci mu stosowną chwilę uważności. Ukrywający się Wakefield dopiero teraz przetrawia określone wydarzenia, dopiero teraz może poświecić im swą energię i myśli. Zastanowić się, co w tym życiu zaprzepaścił i dlaczego jego rodzina wydaje się szczęśliwsza bez niego? Dzięki swemu dobrowolnemu zamknięciu zyskuje… czas, którego wcześniej nie miał w ogóle, bo go głównie marnotrawił na błahostki i wikłanie się w niepotrzebne emocje.

Oglądając ten film trudno nie zastanowić się, co sami odkrylibyśmy w swoim życiu stając się jego obserwatorami. Co tracimy każdego dnia, co zyskujemy i tego nie doceniamy? Jak inni, wydaliby się wtedy nasi bliscy? Jak długo by po nas płakali? To, co najcenniejsze w tym filmie to właśnie ta refleksja dotycząca życia widza, który nie może nie odnieść tego do siebie. I który, swoją drogą, po obejrzeniu tego filmu być może inaczej spojrzy na bezdomnych, którzy czasem dobrowolnie rezygnują ze swej normalności, by na ulicy znaleźć coś co stracili. Film, choć niewiele się w nim dzieje nie jest nużący, a czasem i zabawny (Wakefielda dostrzegają tylko dzieci dotknięte chorobą Downa). Główny bohater i jego myśli, które poznajemy w formie narracji z offu jest tyleż ciekawy, co irytujący. Izolacja nie pozbawiła go jego niezbyt przyjemnych cech, co akurat dla widza jest bardziej intersujący niż gdyby nagle krystalicznie wyszlachetniał. To jednak zgrzyta mi pod koniec filmu, bo motywacja bohatera do tego, co robi (postaram się nie spoilerować) jest tak przyziemna, że wolałabym, aby jednak scenarzysta uczynił go jednak bardziej refleksyjną osobą.

Beata Cielecka

WRÓĆ DO PROGRAMU TV

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×