Recenzja filmu

Walka na śmierć i życie policjanta z drogówki

2016-06-28 20:47

ocenia film na: 8/10

Nieokreślona, choć niezbyt odległa przyszłość. Cywilizacja upada, świat terroryzują różne bandy. "Mad" Max Rockatansky jest jednym z nielicznych policjantów. Na tyle, na ile potrafi, próbuje utrzymać ład. Jednocześnie zaczyna dostrzegać, że coraz mniej się różni od przestępców i, by zachować człowieczeństwo, planuje rzucić pracę. Jednak kiedy bandyci, którym się naraził, mordują jego żonę i dziecko, rusza na prywatną wojnę.

Pod koniec lat 70. australijska kinematografia była tak znana i popularna w USA i Europie jak azjatycka - czyli prawie w ogóle. Jedynym filmowcem z antypodów, który zrobił karierę, był Peter Weir, którego wyrafinowany tajemniczy "Piknik pod Wiszącą Skałą" (1975) błyskawicznie stał się pozycją kultową. Dlatego pojawienie się prostego i brutalnego "Mad Maksa" było szokiem porównywalnym do tego, jaki kilka lat wcześniej wzbudził "Brudny Harry" (1971) Dona Siegela. Przygnębiająca i przekonująca wizja rozpadającego się świata, w którym dominuje przemoc i szaleństwo, doskonale korespondowała np. z królującym punkiem, ale też z depresyjną muzyką Joy Division. Nigdzie w filmie wprost nie powiedziano o wojnie atomowej, która zniszczyła świat, ale wielokrotnie pojawiają się aluzje do niej. To robiło wrażenie na widzach, tym bardziej że świat był u szczytu zimnej wojny i kataklizm wisiał w powietrzu (pół roku po premierze ZSRR wkroczył do Afganistanu).

Film jest "surowy": wiele ujęć było robionych z ręki, w naturalnym świetle, te same samochody były używane kilkakrotnie po przemalowaniu. Mel Gibson był jedynym aktorem, który miał oryginalną skórzaną kurtkę: pozostali musieli się zadowolić winylowymi podróbkami. Jednak właśnie ta surowość, która jest efektem braku pieniędzy, stała się atutem "Mad Maksa" - dodała mu autentyczności i siły oddziaływania. W niektórych scenach można wręcz odnieść wrażenie, że to film dokumentalny z przyszłości.

Futurystycznych filmów o ginącym świecie powstało mnóstwo, jednak niewiele z nich miało taki wpływ na kinematografię jak "Mad Max". Przede wszystkim dlatego, że dzięki niemu trafiło do Hollywood dwóch Australijczyków, którzy odcisnęli silne piętno na światowej popkulturze. Pierwszym z nich jest oczywiście Mel Gibson, wtedy słodki przystojniaczek z niesamowitym błyskiem w oku, dziś jeden z najsłynniejszych aktorów zarabiający 20 mln dol. za rolę. Ale także twórca o dwóch twarzach: widowiskowy, historyczny "Braveheart - Waleczne serce" przyniósł mu Oscara i miano niezwykle zdolnego reżysera scen batalistycznych. Z kolei krwawa, choć religijna "Pasja" wzbudziła silne kontrowersje na całym świecie, a jeszcze okrutniejsze "Apocalypto" sprowokowało zarzuty o epatowanie bezmyślnym i bezzasadnym horrorem.

Drugim Australijczykiem, który triumfalnie wpłynął do Hollywood na statku "Mad Max" był George Hill, reżyser dla którego ten film był zaledwie drugą produkcją w karierze! Już w Ameryce zrealizował m.in. dwa kolejne filmy o Szalonym Maksie, porywające "Czarownice z Eastwick" i wzruszającego "Oleju Lorenza". W 2006 roku wyprodukował i wyreżyserował film animowany "Happy Feet: Tupot małych stóp" według własnego scenariusza, który został nagrodzony Oscarem.

Ocena społeczności: 7.0 Głosów: 18

Mad Max w telewizji

ZwińRozwiń

Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×