Recenzja serialu

"Korona królów". "M jak miłość" w historycznych szatach? Jaka jest nowa telenowela TVP?

2018-01-02 13:54

ocenia serial na: 4/10

Jak rozpoczynać nowy rok, to z grubej rury! To hasło Telewizja Polska chyba wzięła sobie mocno do serca, bo jej najnowsza telenowela historyczna pt. „Korona królów” jest na ustach niemalże wszystkich. Jedni chwalą, większość jednak drwi z produkcji – słusznie?

Na „Koronę królów” wylały się hektolitry gorzkich słów; w dużej mierze bardzo zasłużenie, ale nie wszystko jest tak złe, jak mogłoby się wydawać. Zacznijmy od tego, że w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z polską odpowiedzią na „Grę o tron” i jeżeli ktoś oczekiwał produkcji tego rozmachu, to jest raczej pozbawiony rozumu i godności człowieka. „Korona królów” od początku miała być reakcją na popularność tureckich seriali, oczywiście ze słynnym „Wspaniałym stuleciem” i jego odnogami na czele. Idea jak najbardziej słuszna, bo jeżeli polski widz może żywo interesować się historią Turcji, to czemu nie miałby tak samo zareagować w przypadku historii Polski?

Jest tylko jedno ALE: „Wspaniałe stulecie” nie było serialem zrealizowanym za „pięć złotych”, lecz liry tureckie były sypane grubo, milionami wręcz. I to widać, bo „Korona królów” jest uboga niczym polska rodzina wydająca większość pensji na spłatę kolejnej raty kredytu hipotecznego za małe mieszkanie na Białołęce. Niby wszyscy się uśmiechają, niby jest dobrze, ale do pierwszego trzeba jakoś wiązać koniec z końcem i liczyć każdy grosz – dokładnie tak wygląda „Korona królów”. Dorzućmy do tego fatalny montaż, niedoświetlone sceny i przedziwne kadrowanie, które ma za zadanie chyba maskowanie budżetowych niedostatków.

Przy okazji warto dodać, że początkowo to miał właściwie być ciut inny serial. Całość nazywała się „Korona królowej”, ale coś nie wyszło… Wówczas Telewizja Polska, przekładając jednocześnie premierę na styczeń 2018 roku, ratowała się jak mogła i sięgnęła po pomoc Ilony Łepkowskiej, która została konsultantką scenariuszową projektu, a dodatkowo spod jej ręki wyszły dwa pierwsze odcinki. Jak zdradziła sama Łepkowska, gdy zajęła się telenowelą, to produkcja – poza tytułem – zmieniła charakter oraz styl, a fabularnie postanowiono, iż całość będzie skupiać się na postaci Kazimierza Wielkiego, który zostaje królem. Aż strach pomyśleć, jak złe były początkowe scenariusze, że wszystko zaczęto pisać na nowo na kolanie i w pośpiechu realizować, co niestety widać.

„Korona królów” to telenowela, a telenowele rządzą się swoimi prawami – rozumiem, że to frazes, ale jakże prawdziwy. Część z widzów razi fakt, iż bohaterowie serialu mówią zbyt współczesnym językiem, a jak pojawiają się wtrącenia z innych języków, to szybko transformują się w polski. Owszem, jest to nieścisłość, ale pamiętajmy, że „Korona królów” w ramówce znajduje się między programem „Jaka to melodia?”, „Klanem” a „Wiadomościami” i do tej grupy widzów jest kierowana. Nikt z oglądających nie zastanawiałby się, co właśnie powiedział ten czy tamten bohater, tylko wówczas zwyczajnie zmieniłby kanał. Dlatego to musi brzmieć w miarę współcześnie, aczkolwiek pewne granice powinny zostać zachowane. Poziom samych dialogów pozostawia wiele do życzenia, to szkoła twórców „M jak miłość”, aczkolwiek doceniam ironię i subtelne żarciki, które gdzieniegdzie się pojawiają.

Ale już pal licho język, dużo gorzej prezentuje się scenografia oraz kostiumy. To po prostu jest tanie. Zresztą warto zwrócić uwagę, że większość akcji dzieje się w pomieszczeniach, twórcy starają się unikać plenerów, chociaż z drugiej strony może na szczęście, bo scena pojedynku rycerskiego – któremu przyglądało się góra 16 osób – była tak zła i żenująca, iż wyglądała jakby została nakręcona w 10 minut, w przerwie pomiędzy właściwymi zdjęciami. Równie fatalnie prezentuje się, udający Wawel, zamek w Bobolicach. Naprawdę można odnieść wrażenie, że Władysław Łokietek stacjonował gdzieś na odludziu, skryty głęboko w lesie.

Nie zapominajmy też o tym, jak twórcy wywrócili się na kilku historycznych elementach. Twitter wciąż płonie od wytykania „Koronie” wpadek, z niewłaściwym fragmentem modlitwy „Zdrowaś Maryjo” na czele. Irytujące jest także kreowanie Łokietka na wielkiego patriotę, który wszystko robi W IMIĘ I DLA POLSKI, a nie dlatego, że ten kraj jest jego własnością. I to może być jedną z największych wad produkcji; zamiast uczciwie opowiedzieć o narodzinach i dojrzeniu do patriotyzmu, to próbuje się uciekać w banalny patos.

Pierwsze dwa odcinki „Korony królów” niezbyt bronią się fabularnie. Już w pierwszym epizodzie można złapać się za głowę, gdy litewska księżniczka Aldona (Marta Bryła), która z przymusu musi wyjść za Kazimierza (Mateusz Król), chociaż najpierw trochę się focha, to już w scenie ślubu robi do przyszłego króla maślane oczka. Drugi odcinek to jeszcze większy odlot – z fabuły wylatuje 7 lat, a większość bohaterów nawet się nie postarzała. No dobra, pewna niewiasta trochę wyrosła, ale żadna doklejona broda i peruka ani na milimetr nie stała się bardziej siwa.

Początkowe odcinki „Korony królów” zapowiadają, iż serial skupi się na konflikcie złej teściowej, królowej Jadwigi (bardzo dobra Halina Łabonarska) z synową (Marta Bryła), bo chociaż poganka Aldona przyjęła chrzest i stała się Anną, to jednak w jej żyłach płynie nieodpowiednia krew. Najmniej, póki co, do powiedzenia mają panowie; Wiesław Wójcik jako Władysław Łokietek jest bezbarwny, natomiast Mateusz Król – jak już sugeruje nazwisko – ma prezencję króla, ale jego bohater to na razie historyczny odpowiednik Sylwusia Miauczyńskiego – „Synu, niedługo zostaniesz królem. / Weź się, tato…”. Dlatego panie górą! Łabonarska rozdaje karty, ale coś mi podpowiada, że Marta Bryła stworzy jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci serialu. I swoją drogą niezbyt rozumiem hejt na jej dykcję, chyba niektórzy zapomnieli, że gra Litwinkę, a nie Polkę, więc musi „zaciągać”.

„Korona królów” mogła wyglądać dużo lepiej i trzymam kciuki, aby w kolejnej transzy sakiewka z polskimi złotymi otworzyła się szerzej, ale prawda jest taka, że telenowela i tak ma wszelkie zadatki na hit. Co potwierdził sukces paradokumentów, polscy widzowie telewizji naziemnych nie należą do zbyt wymagających jeżeli chodzi o scenariusz, kwestie techniczne i aktorstwo, a to właśnie do nich kierowana jest „Korona”.

Ale jeżeli dzięki serialowi część widzów zainteresuje się historią, sami zaczną szukać informacji o dziejach Piastów, to będzie jedna z największych zalet „Korony królów”. Chciałbym, aby tak było. Szkoda tylko, że całość wygląda tak marnie, a w promocję serialu – gdzie zwiastuny telenoweli mogliśmy oglądać nawet w kinach (!) – zainwestowano grube pieniądze, a tak doskonałego serialu jak „Artyści” nie tylko nie promowano, ale wręcz się go wstydzono, emitując produkcję po nocach. Nie potrafię tego zrozumieć. I to jest więcej niż przykre.

Ocena społeczności: 6.6 Głosów: 10

Korona królów w telewizji

ZwińRozwiń

Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×