"Biały kruk" [RECENZJA]. Uwodzicielski poemat o wolności, czyli Ralph Fiennes daje nam bardzo wysmakowane kino

Rudolf Nuriejew to jedna z ikon rosyjskiego baletu. Urodzony w pociągu Kolei Transsyberyjskiej gwiazdor dzisiaj nosiłby miano celebryty, bo już w latach 50. i 60. XX wieku gwiazdorzył, naigrywał się z KGB i nie ukrywał swojego biseksualizmu. Tak się robi show. Właśnie tej postaci w filmie "Biały kruk" przygląda się Ralph Fiennes.

Multimedia

"BIAŁY KRUK" - RECENZJA

Rudolf Nuriejew (Oleg Iwenko) to facet, którego trudno polubić. Egoista, wpatrzony w siebie jak w obrazek, wykorzystujący innych do osiągnięcia własnych celów. Z drugiej strony trudno mu się dziwić; potomek ubogich rodziców, od dziecka musiał walczyć o realizację marzeń i wszędzie rozpychać się łokciami. Gdy wyrzucali go drzwiami, to wracał oknem i robił wszystko, aby udowodnić swoją wartość. Gdybym dzisiaj tańczył, to na pewno byś to zapamiętała - rzuca do swojej francuskiej koleżanki po fachu, gdy wraz z ekipą Teatru im. Kirowa przyjeżdża do Paryża, aby wzmocnić potęgę radzieckiego baletu na światowej arenie.

Ralph Fiennes, który w "Białym kruku" pojawił się w podwójnej roli: reżysera i aktora, biografię Nuriejewa traktuje jedynie pretekstowo. Dzieciństwo i lata młodzieńcze tancerza są streszczane przez właściwie zbędne retrospekcje, natomiast właściwa akcja rozgrywa się w Paryżu, gdy Związek Radziecki postanowił pochwalić się swoim baletem przed światem. Ale także tutaj Fiennes używa swojego bohatera jako wytrychu do innej historii.

Trudno jednoznacznie "Białego kruka" uznać za biografię Rudolfa Nuriejewa. Mam wrażenie, że angielski twórca chciał użyć sylwetki słynnego tancerza baletowego wyłącznie jako ramy do opowieści o pragnieniu wolności. Niektóre ze scen, gdy na każdym kroku radzieccy artyści są kontrolowani przez oficerów KGB, przywodzą na myśl podobne sekwencje z "Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego, gdzie ludzie sztuki też byli na cienkiej smyczy władzy, która potrafiła w odpowiednim momencie powiedzieć "stop" i założyć kaganiec.

"To my". Horror skąpany w humorze, ironii oraz popkulturze. Najlepszy tegoroczny film grozy?Zobacz więcej

"Biały kruk" to również gorzka przypowieść o walce o sukces. Droga na szczyt jest długa i wyboista, wymagająca niezliczonej ilości poświęceń. Być może to przykre, ale gdy walczy się o własne marzenia, to nie ma miejsca na altruizm. Trzeba myśleć wyłącznie o sobie i samego siebie stawiać na piedestale, bo w przeciwnym razie utonie się w morzu przeciętności. Przykre, ale prawdziwe.

Ralph Fiennes sprawnie buduje napięcie. Z pewnością jest to też ogromną zasługą debiutującego na dużym ekranie Olega Iwenko, rosyjskiego tancerza baletu, który ma ukraińskie korzenie. W Olegu jest charyzma, siła, moc, wręcz miałem wrażenie, że wcielając się w Nuriejewa tak naprawdę opowiada o samym sobie. Kapitalna jest rozgrywająca się na lotnisku końcówka filmu, która aż wrze od emocji. Każdy ruch, każdy gest oraz kadr mają tam znaczenie.

Na "Białego kruka" bardzo dobrze się patrzy. To wysmakowane kino. Ralph Fiennes dokonał dla mnie rzeczy wręcz niespotykanej, a mianowicie nakręcił film, który chociaż nie jest produkcją rosyjską, to jest rosyjskością przesiąknięty. I w tym jest siła "Białego kruka". Uwodzicielski poemat o wolności, nie tylko artystycznej, ale przede wszystkim ludzkiej. Łatwo jest zniewolić człowieka, a czasem naszym największym ciemiężcą są niespełnione ambicje.

Ocena: 7/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 28 marca 2019 roku.

Zobacz galerię

Komentarze

Skomentuj
  • Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×