"Diablo. Wyścig o wszystko" [RECENZJA]. Witajcie w świecie świrów, czyli mieli być polscy "Szybcy i wściekli", a otrzymaliśmy nową wersję "Młodych Wilków"

„Witaj w świecie świrów” – tak w pewnym momencie mówi jedna z głównych bohaterek filmu „Diablo. Wyścig o wszystko”. No SERWUS, widzę, że KLAWO się bawicie, ale czemu zrobiliście tak zły film? Oceniamy film „Diablo. Wyścig o wszystko”!

Multimedia

"DIABLO. WYŚCIG O WSZYSTKO" - RECENZJA

Początek jest nawet całkiem obiecujący; Kuba (Tomasz Włosok) to normalny chłopaczyna, z którym swojsko poczujesz się i na balecie, i w bibliotece czy w kinie lub w Lublinie. Ot spoko ziomek, który więcej nie ma niż ma. Znaczy nie ma kasy, ale ma słabą pracę w gastronomii, zabytkowego Forda, chorą siostrzyczkę i smykałkę do wyścigów. Nie krzyczy DEJCIE PIENIONDZ, MAM CHOROM SIOSTRE, tylko silnie chwyta kierownicę, wciska gaz do dechy i zarabia hajsik. Ale nie tym razem – awaria samochodu pozbawia go zwycięstwa tuż przed metą. Przegrał, lecz pomocną dłoń wyciąga do niego ziomek, który linię mety przekroczył jako pierwszy (Aleksy Komorowski), bo wiedział, że uratował go jedynie fart. Co prawda ziomek później już prawie w ogóle nie pojawia się w filmie, co jest tutaj dość typowe, ale kogo to obchodzi, w końcu wcześniej zdąży poznać Kubę z ludźmi, którzy znają ludzi, przez co miły dostawca żarcia zostaje kierowcą niejakiego Maksa (Rafał Mohr), otwierającego przed nim drzwi do świata „Diablo”. Zachęceni?

Później jest już tylko gorzej. Od pierwszych minut widać, że twórcy celują w publiczność Patryka Vegi (chociażby plansza informacyjna na początku), ale prawda jest taka, że aby robić kino – może i przaśne – ale dość sprawnie łączące sensację z komedią, to jednak trzeba mieć wyobraźnię, a nie ślepo kalkować kolejne tytuły. Przecież „Diablo. Wyścig o wszystko” wygląda jak uwspółcześniona wersja „Młodych Wilków” Jarosława Żamojdy, wymieszana z rosyjskim serialem „Bezsenność” (gdzie grał Maciej Stuhr), a całość ubrano w strój NIBY polskich „Szybkich i wściekłych”.

Właściwie wszystko tutaj jest niby, na czele ze scenariuszem, który chyba powstawał na bieżąco, na planie, znając życie podczas wieczornego chillowania ekipy. Swoją drogą, zawrzeć tyle fabularnych bzdur w skrypcie – szacun! Nic się nie klei. Już pal licho, że sceny stricte wyścigowe ograniczono do minimum, a gdy już są to jest to jakieś ściganie się dookoła słupka, ale cała intryga kryminalna, włącznie z mini wątkiem polityczno-biznesowym, jest zwyczajnie głupia. Natomiast wątek romantyczny po prostu nudzi, bo wiadomo, że będą żyli długo i szczęśliwie od momentu, gdy głównemu bohaterowi zaświecą się oczy na widok Karoliny Szymczak.

"Vice". Doskonała satyra polityczna, chociaż tak naprawdę nie ma z czego się śmiaćZobacz więcej

Michał Otłowski, któremu aktualnie jako współreżyser towarzyszył scenarzysta i producent – Daniel Markowicz, kilka lat temu zadebiutował dość sprawnym kryminałem pt. „Jeziorak”, teraz jakby kompletnie nie poradził sobie ani z udźwignięciem tematu, ani z panowaniem nad aktorami, bo każdy gra zupełnie co innego. Tomasz Włosok na serio próbuje dać z siebie 100% i być poważny, Karolina Szymczak stara mu się partnerować, ale już dla odmiany Mikołaj Roznerski jest tak przerysowany, że aż jest śmieszny a nie straszny. A i tak jest to jego najlepsza rola w karierze, bo przynajmniej w końcu jest JAKIŚ. No i nie tylko zakręty lubi ostre, HEHE. Za to Cezary Pazura ewidentne myślami był na planach ostatniego „Pitbulla” i „Ślepnąc od świateł”, bo dał nam mieszankę obydwu swoich charakterów z tych produkcji. Różal próbował być wariacją na temat Tomka Oswiecińskiego, natomiast trener personalny Wojciech Bocianowski chyba miał zakaz otwierania ust, bo praktycznie nie raczył się odezwać.

I prawdziwa truskawka na torcie – realizacja! Matko, ale to niezgrabne. O ile sceny samochodowe w większości wyglądają bardzo fajnie, doceniam kombinowanie z różnym ustawieniem kamery, tak wszystkie momenty, w których wykorzystano tanie efekty specjalne to jakaś parodia. Spadające śmigłowce, wybuchające samochody po wjechaniu w kartony i radiostacje, których nie da się usłyszeć, bo standardowo jest kiepski dźwięk. I te gangsterskie sceny, gdzie Rafał Mohr robi pif paf na dwie spluwy, ach, jakież to amerykańskie i w ogóle przepełnione testosteronem. Ech.

„Diablo. Wyścig o wszystko” to koncertowo zmarnowany potencjał opowiedzenia o arcyciekawym świecie nocnych wyścigów i tuningowego podziemia. Tam są emocje, tam jest rap i zapewne interesujące historie, ale zamiast tego twórcy dali nam naiwną, głupią i nudną parakryminalną historyjkę. Jest to oczywiście momentami ładne dla oka, ale to samo oko pod koniec będzie bardzo boleć widząc tyle iście żenujących scen. Szkoda. Może w drugiej części będzie lepiej, bo wszystko wskazuje na to, że „Diablo” powróci.

Ocena: 3/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

"DIABLO. WYŚCIG O WSZYSTKO" JUŻ W KINACH

Zobacz galerię

Recenzja została pierwotnie opublikowana 18 stycznia 2019 roku.

Komentarze

Skomentuj
  • jacek (gość)

    niech kręcą drugą część, muszą przecież poprawić jedynkę !

    03.02.2019 17:25
  • Ja (gość)

    Taka chwila dla debila

    19.01.2019 15:42

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin.

Telemagazyn poleca

Hity dnia

Wszystkie hity »


Logowanie

Jeżeli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

×